Slider

 

Aleksander Antoni Maria Fedorowicz urodził się 16 czerwca 1914 r. w Klebanówce na Podolu. Przyszedł na świat w rodzinie ziemiańskiej jako ósme dziecko Aleksandra i Zofii z Kraińskich.

Rodzina cieszyła się bogatymi tradycjami patriotycznymi, była zaangażowana społecznie i politycznie w życie ówczesnej wielonarodowej wspólnoty. Przenikanie się kultur dało się zauważyć także w historii rodziny Fedorowiczów. Wśród przodków byli Francuzi, Rosjanie, Czesi, Węgrzy i Rusini. Wzajemny szacunek panował między mieszkańcami dworu a ludnością ruską Klebanówki a później Kamionek, do których rodzina przeprowadziła się w 1922 r.

Dzieci nie były izolowane od prostego ludu, były świadkami jego ciężkiej pracy i bardzo skromnego życia. Wiele lat później ks. Aleksander widząc wielką biedę wśród swoich parafian powiedział do brata Tadeusza, że „myśmy mieli wszystko, niczego nam nie brakowało, więc dobrze, że teraz niczego nie mamy”. Jako dziecko Ali był bardzo pogodny i karny, edukację na poziomie podstawowym odbierał w domu. We wrześniu 1926 r. rozpoczął naukę w II klasie typu klasycznego IV Gimnazjum im. Jana Długosza we Lwowie.

W tym okresie pogłębiło się życie religijne chłopca. Z własnej woli uczęszczał codziennie na poranną Mszę świętą i przystępował do Komunii świętej pomimo wyrzeczenia, jakim był 12-godzinny post eucharystyczny.

Czasami Msza święta była recytowana po polsku, co bez wątpienia mogło mieć znaczący wpływ na poglądy i przemyślenia przyszłego kapłana. Swoją formację pogłębiał Aleksander także w Sodalicji Mariańskiej oddając głęboką cześć Matce Bożej, oraz w szkolnym kole „Ognisko”, nad którym opiekę sprawowała młodzież studencka ze stowarzyszenia „Odrodzenie”. Była to organizacja o charakterze wychowawczym, mająca na celu harmonijny rozwój młodego człowieka, żyjącego na co dzień Ewangelią. Właśnie tutaj po raz pierwszy Ali zetknął się z zagadnieniem przeżywania Mszy św. we wspólnocie wiernych. W 1926 r. na jednych z rekolekcji organizowanych przez „Odrodzenie” brat Alego – Tadeusz poznał księdza Władysława Korniłowicza, który wiele lat później zaważył na powojennych losach obu braci. W 1933 r. Aleksander zdał maturę i pomimo, że pragnął zostać księdzem (nie chciał przeciwstawić się ojcu, który życzył sobie, by młodszy syn wybrał studia świeckie, gdyż zarówno starszy brat Tadeusz, jak i siostra Olga wybrali drogę służby Bogu), rozpoczął studia na pierwszym roku Wydziału Filozofii Uniwersytetu im. Jana Kazimierza. Jednak po dwóch latach zamienił studia filozoficzne na Wydział Teologiczny Uniwersytetu we Lwowie.

Nauka w tzw. Małym Seminarium trwała zaledwie 2 lata, ze względu na wykrytą jesienią 1937 r. zaawansowaną gruźlicę. Władze seminaryjne udzieliły wówczas Alemu urlopu zdrowotnego i wysłały go do Sanatorium Akademickiego w Zakopanem, w którym leczył się do wybuchu II wojny światowej. Uczestniczył tam w odczytach w Iuventus Christiana (Stowarzyszenie Katolickiej Młodzieży Akademickiej), uczył się języka włoskiego. Podczas wojny rodzinna posiadłość została przejęta przez bolszewików, a rodzina Fedorowiczów przeniosła się do Lwowa, gdzie młody Ali podejmował się różnych zajęć zarobkowych. W kwietniu 1940 r. został aresztowany ksiądz Tadeusz. Represje wobec Polaków nasilały się, istniało zagrożenie wywózką na Sybir. 8 maja 1940 Aleksander z rodziną w Przemyślu przeszedł granicę niemiecką na podstawie dokumentu wyrobionego przez węgierskiego kuzyna, pracownika ambasady węgierskiej w Moskwie. Udał się z rodziną do wujostwa Kraińskich w Jabłonce pod Sanokiem a stamtąd 21-go czerwca do Maniowa w Bieszczadach. Jeszcze tego samego roku kleryk Aleksander starał się o przyjęcie do krakowskiego Seminarium Duchownego. Niestety mógł podjąć naukę dopiero w 1941 r., po otrzymaniu zgody władz kościelnych we Lwowie. 15 listopada 1942 r. Aleksander Fedorowicz przyjął święcenia kapłańskie z rąk ks. abp. Bolesława Twardowskiego. W tym też roku podjął starania o uzyskanie dyplomu magisterskiego pisząc pracę na temat zagadnienia osoby w „Summie teologicznej” św. Tomasza. Pracę tę kontynuował po przybyciu do Lasek na Wydziale Teologicznym Uniwersytetu Warszawskiego, czego uwieńczeniem było otrzymanie tytułu magistra filozofii 31 marca 1952 r.

Ks. Aleksander Fedorowicz po otrzymaniu święceń kapłańskich pod koniec 1942 roku, korzystając z urlopu zdrowotnego, udał się do Lipinek u podnóża Beskidu Niskiego, żeby podreperować swoje zdrowie. Na zaproszenie miejscowego proboszcza zamieszkał na plebanii, gdzie wypoczywając pomagał w posłudze kapłańskiej, spowiadał i głosił kazania oraz uczył dzieci religii. Te doświadczenia pomogły potem księdzu Fedorowiczowi w pierwszej parafii świętego Stanisława Kostki w Tywonii, do której został skierowany.

W 1945 r. na zaproszenie swojego brata księdza Tadeusza, młody kapłan udał się do Lasek, których proboszczem był ks. Władysław Korniłowicz. Istniejący tu od 1921 r. Zakład dla Niewidomych był dziełem Róży Czackiej, niewidomej siostry zakonnej trzeciego zakonu świętego Franciszka. Towarzystwo Opieki nad Ociemniałymi zapewniało niewidomym opiekę i uczyło samodzielności w duchu głębokiego zjednoczenia z Bogiem, przyjęcia swojego krzyża jako ofiary i źródła łaski oraz mocy dla siebie i innych. Z tak nowatorskim podejściem do cierpienia spotkał się w Laskach ks. Aleksander. Włączył się w to dzieło posługą na rzecz chorych i niewidomych. Został również spowiednikiem sióstr oraz głosił dla nich rekolekcje. Zasłynął na całą okolicę kazaniami w kaplicy laskowskiej. Msze święte odprawiane przez niego z wielką uwagą i namaszczeniem przyciągały ludzi nawet z Warszawy. U boku ksiedza Korniłowicza młody kapłan pogłębiał nie tylko swoją duchowość, ale również poglądy filozoficzne i teologiczne, zwłaszcza myśl świętego Tomasza w odnowie liturgii i pojęciu wspólnoty. Nowatorskie podejście dotyczące liturgicznego uaktywnienia laikatu, z którym zetknął się tutaj po raz pierwszy, realizował później jako program duszpasterski w izabelińskiej parafii, erygowanej dekretem wydanym przez metropolitę warszawskiego abpa Stefana Wyszyńskiego 15 lipca 1951. Posługę proboszcza pełnił aż do śmierci 15 VII 1965 r.

Zasłynął nowatorskim podejściem do liturgii już wiele lat przed Soborem Watykańskim II, budowaniem wspólnoty parafialnej, aktywną miłością bliźniego, pokorą i skromnością. A nade wszystko miłością Boga i człowieka.

 

Gdy byłem mały, pacierz mi ciążył, litania do Matki Boskiej, którą Mama odmawiała przez cały maj, nie miała końca, nie mogłem się doczekać zakończenia niedzielnej Mszy.Kiedy zacząłem się modlić, nie pamiętam. Może miałem 10 lat. Skąd mi się to brało nie wiem. Nagle gdzieś na polu, w ogrodzie, gdziekolwiek – ogromna świadomość rzeczywistości i Boga, i modlitwa, która nie wiadomo gdzie miała źródła, a była otwarta na nieskończoność. W takich chwilach każdy liść, kamień, chmura stawały się dotykalnym świadectwem. Gdybym znał wtedy psalmy, one by ze mnie wyrywały to, co nosiłem w sercu. Byłem szczęśliwy. Dzisiaj rozumiem, że to nie była «moja» modlitwa.Pacierz nadal mi ciążył, bezradnie walczyłem z sennością, pół leżąc, pół klęcząc przy łóżku. Dom był katolicki, ale niespecjalnie «pobożny», nic nam nie narzucano i nie włażono do duszy z butami. Jedynym świadkiem modlitwy i życia duchowego był Bóg. Miałem 14-15 lat, gdy zacząłem codziennie chodzić na Mszę św. i do Komunii św. Mszy nie rozumiałem, ale Komunia stała się dla mnie wszystkim.

Traktowałem ją, oczywiście, jako moje osobiste spotkanie z Panem Jezusem. Żadnych momentów społecznych jeszcze nie przeżywałem, choć dobrze się czułem w tłumie modlących się ludzi.Księży i ołtarza bałem się. Nigdy nie byłem ministrantem. Kiedyś jakiś braciszek zakonny zaciągnął mnie do zakrystii i kazał klęczeć przy ołtarzu w czasie Mszy św. Byłem nieszczęśliwy. Służyć do Mszy św. nauczyłem się dopiero w seminarium duchownym. Przy Komunii św. posługiwałem się jakąś książeczką, ale modlitwa była poza tym, ewentualnie każde słowo z książeczki nabierało smaku nieograniczonego. Podobnie było z czytaniem. Jedną książeczką o dobroci Boga żyłem kilka lat. W seminarium Ojciec Duchowny dał mi jakąś książeczkę, nie pamiętam jaką. Czytałem ją przez cały rok, bo każde zdanie rosło w sercu ogromnie. Poza tym nie byłem wcale potulnym aniołkiem.

Hipotekę miałem dość zabazgraną. Nie pamiętam żadnych wzniosłych myśli z mojej pierwszej Mszy św. Wiem tylko, że się bałem, żeby się nie pomylić i oczywiście myliłem się w początkach często. Odprawianie Mszy św. przez kilkadziesiąt lat mego kapłaństwa to długa droga, ale droga najszczęśliwsza, na której odnalazłem najpierw Boga, potem Kościół i w końcu swoich parafian. Chciałbym, żeby z kolei oni odnaleźli we Mszy św. Boga, Kościół, mnie i samych siebie, ale nie wiem, jak to zrobić. Tego się nie osiągnie żadną zewnętrzną techniką.Psalmy odkryłem zawstydzająco późno, po długich latach odmawiania brewiarza. W ogóle dopiero teraz zaczynam rozumieć, że ta sama rzeczywistość, którą w sobie noszę od dziecka i która mnie w pewnych momentach zalewa, tętni w całym Piśmie św. Bóg jest tam żywy nawet w przekleństwach i bezeceństwach. Ta rzeczywistość Boga, którą znajduję w modlitwie i w Piśmie św. daleko odbiega od sylogistycznych wniosków u kresu którejkolwiek drogi prócz tej jednej, którą jest Objawienie.Z wielkim wstydem wyznaję, że prócz brewiarza inne tzw. ćwiczenia duchowne, nowenny, adoracje, czytania duchowne, ogromnie zaniedbywałem. Nadmiar pracy na przemian z lenistwem, a w końcu przyzwyczajenie były tego powodem. Bóg jest niezmiernie dobry, że mimo tych niedbalstw i innych grzechów nie odebrał mi modlitwy. Ja często nie dbałem o Niego, ale On zawsze mi towarzyszy. Oby był równie cierpliwy i miłosierny do końca. Na ulicy, w lesie, w polu, wśród zboża jest ze mną. Kiedy piszę to: „Jest ze mną”, czuję szczęście w sercu.Prawdziwych okresów ciemności i jakichś oczyszczeń chyba nie przechodziłem. Dlatego pewnie, że nie byłem modlitwie wiemy. Gdy myślę o modlitwie w moim życiu, to wdzięczność przeplata się z poczuciem wielkiej winy.

Wspomnienia

 

Do dworu w Klebanówce skręcało się z drogi wiejskiej w szeroką aleję jesionów, grabów i innych drzew tworzących zielone sklepienie nad cienistą i błotnistą drogą. Potem mijało się na jej skraju na lewo duży krzak bzu tureckiego i wchodziło w szeroką, jasną przestrzeń przed samym dworem. Właściwy dom mieszkalny był ładnym, starym, parterowym dworem polskim. Od zajazdu miał ganek na czterech okrągłych bielonych kolumnach, zarośnięty dzikim winem. Wchodziło się do sporej sieni, a z niej na prawo do małego kredensu, gdzie stały lampy naftowe, pachniało zawsze naftą i pastą do butów; w kącie stało łóżko chłopca kredensowego. Dom ściany miał gliniane, dach wysoki, gontem kryty. (…)

 

 

Fedorowicze byli rodziną ruską. Ojciec mojego pradziadka był księdzem unickim, jego ojciec także. Mój dziadek był jeszcze ochrzczony jako unita, ale wychowany całkowicie jako Polak ruskiego pochodzenia – gente ruthenus, natione polonus. Matka wniosła do naszej rodziny element czysto polski, była gorącą patriotką, ale bez nacjonalistycznego zabarwienia.

Ojciec zwany w rodzinie z rosyjska Saszą był wesół i bardzo żywego usposobienia, miły w obejściu, pogodny, żartobliwy. Żywo reagował na dobro, prawdę, piękno. Lubił muzykę sentymentalną i wszelką nastrojowość. Sam trochę grywał na fortepianie. Kochał Podole, Klebanówkę, wieś. Kochał konie, na których się znał doskonale. Religijność taty była tradycyjna i sentymentalna. Był bardzo przywiązany do wiary. Wiele filozofował na tematy ogólne, o Bogu, o duszy, o wieczności, ale nie lubił wchodzić w szczegółowe zagadnienia chrześcijaństwa, jakby się obawiał konkretu religijnego. Tato był niepunktualny, fantazyjny, różne obliczenia, nieraz doniosłe, robił niedokładnie, na mniej więcej, i dawał się nabierać.

ks. Tadeusz Fedorowicz

  

 

Wieś – jak przeważna część tamtejszych wsi, w głębokim jarze położona do którego zjeżdżało się dość stromą drogą widząc na przeciwległym tej drodze stoku dwór, otoczony drzewami parku i sadów. Ogród leżał właśnie na spadzistości. Na gazonie przed gankiem – tarasem mam w oczach małego Alego z najbliższą mu wiekiem z rodzeństwa Anielcią – na burym osiołku. Robił wrażenie zdrowe, rumiany, oczy błyszczące i ten przemiły uśmiech który mu został zawsze. Będąc od niego prawie o 20 lat starszą- dużo bliżej byłam z jego starszym rodzeństwem Jurkiem, który zginął we wrześniu 1939 r jako oficer – z Andrzejem (Drusiem), inżynierem Sł. Wodn., który utonął kąpiąc się w rzece, z Olgą, dziś franciszkanką w Pekinie, Tadziem (księdzem) i Marysią. To byli partnerzy wypraw w okolice, niekończących się partii tenisa, tańców, śpiewów i dyskusji młodzieży, prócz domowej, było tam zawsze sporo. Elementem jednak wprowadzającym i bardzo ożywiającym dysputy była p. Julia Fedorowiczowa Babka Alego. I mogę powiedzieć, że chyba była jedną z większych atrakcji pobytów w Kamionkach czy w ich miejskim mieszkaniu we Lwowie przy ul. Listopada. P. Julia grand maman przez wszystkich nawet przez syna tak nazywana, dysputowała z młodymi jak z równymi sobie partnerami – młodsze dzieci często asystowały tym rozmowom nie biorąc osobiście udziału. Ojciec Alego wpadał w czasie tych rozpraw od gospodarstwa jeśli to było na wsi – z posiedzeń i różnych interesów w Lwowie, i po chwili zorientowania się w przedmiocie rozmowy, brał w niej najżywszy i jakiż interesujący udział, a jeśli właśnie tańczyliśmy to był jednym z danserów ku radości nas panien bo nie było nad niego lepszego dansera.

Zuzanna Sienkiewicz

  

 

Nigdy nie brał udziału w bójkach w nieporozumieniach koleżeńskich. Zawsze był skupiony, zrównoważony. Na tle chłopców wyróżniał się kulturą. Poważny, ale i radosny. Brał żywy udział w grach sportach

Byłem dwa razy u niego w domu na Listopada, duży dom w pięknym ogrodzie, kort tenisowy. Zawsze b. skromnie ubrany ale b. schludnie w lecie w szarych pumpach z drelichu. Nigdy nie okazywał tego, że jest z lepszej sfery, ani cienia wyniosłości, nigdy się nie chwalił np. tym, że wyjeżdżał za granicę do Jugosławii. Nie wiedzieliśmy o tem. Uczynny, zawsze dobry kolega, pracowity, bardzo lubiany przez wszystkich. Swoją postawą zdobył szacunek u profesorów, nigdy nikt na niego się nie gniewał, nie krzyczał, nie miał żadnych nie porozumień. Wszyscyśmy byli przekonani, że pójdzie do Seminarium. W VI klasie był prefektem Sodalicji Mariańskiej. Patronował nam ks. katecheta ks. Gerard Szmyd pochodził z jeńców szwedzkich z Haczowa.

Nosił okulary w cienkiej czarnej oprawie. Zawsze duży, wyższy od innych zwłaszcza ta różnica była większa w niższych klasach nieco ociężały. Pobór do wojska był w 21 roku życia, a więc Ali był wezwany 1935 ja w 1936 bo jestem 1915 rocznik.

W Sali Solidacyjnej klęczeliśmy, widzę Go jak dziś, Ali klęczący na stopniach Ołtarza w pumpach w letnim mundurku był to maj 1931 lub 32 rok prowadzi litanię. Coś z tego chłopca emanowało fascynowała nas jego postać, czasem nas modlitwa nie pociągała, ale szliśmy dla Alego by jemu nie zrobić przykrości, by na niego popatrzyć jak się modli. Ali był opanowany, taki inny od nas „kot co chodził własnymi drogami”.

Stanisław Strycharski

  

 

Stykaliśmy się raczej w gimnazjalnej Sodalicji Mariańskiej, a w ostatnich latach – być może – w Ognisku – między gimnazjalnej (notabene nielegalnej) organizacji szkolnej, „ekspozyturze” Odrodzenia.

Gdzieś, w czasie kiedy byłem w wyższych klasach, został zorganizowany gimnazjalny turniej tenisowy. Ponieważ byłem wówczas słabego zdrowia, więc „zawodowo” działałem jako „sędzia szkolny”. Turniej odbywał się na kortach na końcu ulicy Listopada (lewa strona), brał w nim również udział Ali. Grał świetnie w tenisa i w momencie, gdy została Mu do rozegrania ostatnia partia był zdecydowanym kandydatem na zajęcie pierwszego miejsca. Kiedy mu to powiedziałem i wyraziłem przekonanie, że na pewno zajmie pierwsze miejsce, zasępił się i odpowiedział, że nie chce tego. Rzeczywiście partię celowo przegrał. Nie wiem, czy była to skromność, czy szlachetna rezygnacja z osiągnięcia celu, o który przecież walczył, czy umartwienie, ale w każdym razie zrobiło to na mnie takie wrażenie, że pomimo zatarcia się wszystkiego innego w pamięci.

Z gimnazjum pamiętam Go zawsze skupionego, prawdziwie pobożnego i praktykującego, ale zawsze bez przesady i reklamy. Robił wrażenie głęboko wierzącego i rzeczywiście wcielającego w życie swą wiarę.

Jerzy Węgierski

          

 

Pobożność Alego przejawiała się najpierw w poważnym i dokładnym spełnianiu czynności liturgicznych, w opanowanej postawie przy ich wykonywaniu i chyba w pełnej świadomości tego, że znaki zewnętrzne pobożności są wyrazem pobożności wewnętrznej. Do tych czynności Ali się starannie przygotowywał, a jeśli czegoś nie wiedział, nie wstydził się o to zapytać kolegów. Mam tu na myśli funkcje spełniane przy asyście, które obowiązani byli spełniać klerycy po kolei. Pobożność Alego przejawiała się następnie w skupieniu przy słuchaniu Mszy świętej. I przy przyjmowaniu Komunii świętej. W przeciągu dwóch lat, w których miałem możność obserwowania Alego podczas tych czynności, nie przypominam sobie, abym kiedy zauważył w jego postawie i wyrazie twarzy rozproszenie lub obojętność. Ustawicznie w czasie Mszy świętej klęczał w skupieniu i rozmodleniu, wydawało się jakby zapominał wtedy o całym świecie. W stanie takiego skupienia i oderwania od wszystkiego szedł do ołtarza, aby przyjąć Komunię św. I potem wracał , aby znów pogrążyć się w modlitwie po Komunii świętej. W podobnym skupieniu odbywał nawiedzenia i adorację Najświętszego Sakramentu. Na pobożność Alego rzuca pewne światło i praktyka codziennej modlitwy indywidualnej. Przypominam sobie z pierwszego kursu , gdy mieszkaliśmy w wspólnej sali, Ali, wieczorem, przed położeniem się do łóżka, klękał przed łóżkiem i modlił się krótko. Był to tylko jego zwyczaj, ponieważ wszyscy klerycy odprawiali modlitwy wspólne kaplicy lub kościele seminaryjnym, i nikt z nas już przed udaniem się do łóżka nie modlił, bo tego specjalnie nasi ojcowie duchowni nie zalecali, czynił to jednak Ali. Nikt z kolegów nie usiłował go w tym naśladować, ale Ali tym się nie zrażał. Jego pobożność udzielała się raczej innym, była pociągająca i zachęcająca do naśladowania.

Darzył raczej wszystkich równą przyjaźnią, obcował ze wszystkimi, być może że z niektórymi chętnie a z innymi mniej chętnie, ale nigdy wyłącznie tymi samymi. Ta jakaś uniwersalistyczna postawa w współżyciu z wszystkimi zjednywała Alemu duży szacunek. Nigdy nie słyszałem, o ile sobie przypominam, aby ktoś wyrażał się o Alim krytycznie, a tym mniej ujemnie. Ali zresztą nie dawał ku temu powodów. Słowem ani zachowaniem swoim nikomu nie ubliżył. Pozostawił pod tym względem piękny obraz życia kleryckiego i w ogóle człowieka, który chyba dobrze rozumiał ducha chrześcijańskiego i umiał dawać o nim świadectwo własnym życiem.

Pewne jest, że częściej można było spotkać Alego z twarzą uśmiechniętą, niż poważną czy smutną. Rozmowy z nim na rekreacjach czy przechadzkach były miłe, pełne radości i śmiechu. Umiał opowiadać wesołe żarty, utrzymane zawsze w granicach przyzwoitości.

Ali nie należał, wydaje mi, się do ludzi śmiałych, którym obcowanie z innymi ludźmi nie sprawia trudności, ale był nieco nieśmiały i to go czasem utrzymywało w pewnej powadze i niekiedy w odosobnieniu. Kiedy jednak kogoś już poznał, to się ośmielał i wówczas zachowywał się z całą swobodą i wesołością.

ks. Mikołaj Lohr

  

 

To był mąż modlitwy. Pamiętam, że jego postawa zawsze zachęcała mnie do modlitwy. W czasie ‚rozmyślania’ trwającego pół godziny, nieraz trudno było być skupionym przez cały czas .0 Alego nie było widać żadnych oznak znużenia, czy roztargnienia -on naprawdę się modlił, rozmawiał z Bogiem, na jego twarzy można było wyczytać głębokie religijne przeżycie. Ali był zawsze głęboko zatopiony w Bogu -np. w czasie naszych codziennych kleryckich,15 -minutowych adoracyj. Pamiętam, że nieraz, po przechadzce dwugodzinnej, gdy udawaliśmy się na adorację chciało się porządnie spać. Jedno spojrzenie na rozmodlonego Alego wystarczało, aby uzyskać doping do walki z sobą, z ogarniającą sennością, czy z roztargnieniem.

 

Wiedzą i rzeczowością przewyższał bardzo nas wszystkich, swoich kolegów. Zresztą Ali przed wstąpieniem do Seminarium studiował filozofię ścisłą na Uniwersytecie Jana Kazimierza. Między kolegami miały miejsce niejednokrotnie dyskusji kontrowersje. Jeśli w dyskusji zabrał głos Ali, sprawa była przesądzona.

 

Dla mnie osobiście zdanie Alego było największym autorytetem, dlatego w różnych swoich wątpliwościach do niego się zwracałem, do niego też apelowałem od zdania swoich kolegów. Jego sąd był dla mnie decydujący.

ks. Stanisław Demel

 

 

Święty Ksiądz, jak tylko usłyszał, że ktoś chory to nie czekał aż go zaproszą i przyjdą po niego. Brał Pana Jezusa i już był, sam sobie wszystko przygotował. Ogromnie był czuły na niedolę ludzką, sam nie zjadł a drugiemu dał _Było czasem zaledwie parę osób na Mszy Św. A on wykładał, objaśniał o Mszy Św. W kościele było zimno, myśmy się ubrali, a on marzł, bo nie miał ubrania. Wygnańcom niósł swoje jedzenie i co tylko miał. Bardzo był dobry, życzliwy dla wszystkich, a szczególnie dla chorych i tych, którzy byli kimś nieszczęściem dotknięci. Tam gdzie było nieszczęście tam On był.

Katarzyna Padolak

  

 

Ks. Fedorowicz zamieszkał u pewnego gospodarza, mieszkającego blisko kaplicy, który mu odstąpił niewielki pokoik. Młody kapłan zapalił się do pracy. Codziennie odprawiał o oznaczonej godzinie Mszę św. bardzo pobożnie. Przed i po Mszy słuchał spowiedzi. Zaopiekował się ministrantami, bielankami, odwiedzał chorych, a wnet poznał wszystkich wiernych mieszkających w Tywonii i w Szczytnej.

Do kazań przygotowywał się gruntownie i wygłaszał je według programu diecezjalnego. Wnet okazało się że kaplica była za mała by mogła pomieścić na dwóch mszach wszystkich. Nie było zakrystii. Młody ten pasterz wnet ją wystawił i dobudował ją do kaplicy głównej od strony prezbiterium. Od frontu kościoła dostawił przedsionek, w którym mieściło się około 50 osób.

Pięknie urządzał nabożeństwa. Odwiedziłem Grób Chrystusa w Wielki Piątek. Przy pomocy pomysłowej młodzieży wystawił ołtarz grobu Pańskiego, estetycznie, liturgicznie, ozdobił go kwiatami żywymi, zapalił mnóstwo świateł. Postarał się o harmonium i o organistę dla celów liturgicznej muzyki. Tam jednak mieszkał bardzo ubogo i prymitywnie. Właściwie poza jednym krzesłem, stolikiem i łóżkiem najtańszego gatunku oraz potrzebnymi książkami niczego nie posiadał. Razu pewnego przywiozłem na furze z Jarosławia pewne sprzęty, aby Mu urządzić mieszkanie wygodniej i bardziej elegancko. Rzeczy tych nie przyjął, powiedział, że w planie swego życia kapłańskiego nie przewidział tego. Rzeczy te zwróciłem kupcom. Odżywiał się bardzo skromnie. Żona gospodarza-rolnika, u którego mieszkał, gotowała Mu pożywienie. Lecz cóż to była za kuchmistrzyni! Umiała ugotować kluski, ziemniaki, barszcz, a w największe uroczystości pierogi z ziemniakami. Skromne to pożywienie było, jeszcze skromniejsze w piątki, a w dni postne, a zwłaszcza we wielkim poście. Nigdy się nie żalił na brak grosza, zapytywany przeze mnie o dochody odpowiadał, że ma ich dosyć i że żadnej pomocy nie przyjmie. Prowadził życie umartwione. Codzienna medytacja, brewiarz odmawiany przed N.

Sakramentem w Tabernakulum, różaniec, życie skupione, często oderwane od ludzi, studium teologii i pogłębienie wiedzy, czytania duchowne – wytworzyły w Nim postać człowieka pogodnego, a jednocześnie surowego, o głębokim spojrzeniu – jak mówiono – przeszywającym duszę na wskroś.

ks. Wojciech Lewkowicz