Wspomnienia siostry Anny Bielawskiej


 

Ten styl rodzinny wytwarzał się w naszym domu przede wszystkim przez wspólne posiłki. Według niepisanej umowy Ksiądz Proboszcz miał określone miejsce przy stole, a inni siadali jak popadło. Ksiądz sam przestrzegał punktualnego przychodzenia do stołu i o to samo prosił zawsze naszych gości, żeby siostrom nie zabierało to dużo czasu, przeznaczonego na wiele różnych prac. Jeśli przy stole było wiele osób, to ksiądz był „w swoim żywiole”. Obsługiwał wszystkich, zachęcał do jedzenia, nalewał zupę na talerze. Jeśli ktoś się zjawiał w trakcie posiłku, był natychmiast zapraszany do stołu z jednakową życzliwością, bez względu na to, czy to był ktoś „ważny”, czy np. kominiarz. Po posiłkach Ksiądz Proboszcz, a za nim wszyscy obecni wynosili do kuchni brudne naczynia, a Ksiądz wycierał stół. Był specjalnie jakoś uczulony na czysty stół.
Przy stole wszyscy mogli być zupełnie swobodni, nikt nie czuł się zażenowany. Oczywiście, było to zasługą Księdza, który wszystkich wciągał do pomocy, ośmielał, odnosił się do każdego z szacunkiem. Interesował się sprawami tych ludzi, potrafił pokierować rozmową przy stole w ten sposób, że wszyscy byli w rozmowę wciągnięci, nit nie pozostawał odosobniony.
Ludzie nie czuli się onieśmieleni przy stole jeszcze i dzięki temu, że wyposażenie domu było bardzo ubogie: na stole nie było obrusa ani nawet ceraty, herbatę piło się w kubkach, używano zwykłych aluminiowych noży i widelców – a więc wyposażenie tego domu nie odbiegało od urządzenia
przeciętnego domu naszych parafian. Taki styl domu tworzył Ksiądz Aleksander świadomie poprzez swój sposób bycia – co nie przeszkadzało, że bardzo się cieszył, gdy nasi parafianie mogli sobie urządzać ładne domy.

 


 

Stół był wiele razy okazją dla Księdza do różnych refleksji. W dniu odpustu przygotowałyśmy elegancki obiad dla gości – przeważnie księży. Weszłam do sali, żeby jeszcze sprawdzić, jak stół wygląda. Przyszedł także Ksiądz Proboszcz, a spojrzawszy na stół powiedział: „My na ten obiad powinniśmy zaprosić naszych parafian, a nie księży, bo księża to i tak zawsze dobrze jedzą.” „Niejednokrotnie słyszałyśmy od Księdza, że „nie warto gotować.” Ale pewnego razu zaniepokoił się o obiad. Przyszedł do kuchni około 12-tej, a tu nic się nie dzieje: na kuchni stoi jeden garnek, podłoga wyfroterowana, bo siostra Sadoka lubiła porządek o w czasie gotowania nie było bałaganu, ani nawet porozstawianych garnków. Ksiądz popatrzył i nieco zaniepokojony zapytał: „Czy to u nas dzisiaj nie będzie obiadu?” A ja: „Obiad już jest gotowy, tylko siostra Sadoka potrafi tak to zrobić, że nic nie widać w kuchni.” Ksiądz uspokojony pokiwał głową i powiedział z podziwem: „Rzeczywiście – jak ona to potrafi zrobić!”


 

Innym razem zobaczyłam – że Ksiądz, zamiast jeść kolację – bardzo zdenerwowany chodzi po lesie. Wchodzę do domu i pytam młodą dziewczynę siedzącą w jadalni, czemu Ksiądz taki rozgniewany. „Bo siostra przygotowując jedzenie przy nakryciu dla Księdza postawiła nierozpoczęty garnek ze zsiadłym mlekiem, a przy drugim nakryciu duży garnek z resztą rozbełtanego mleka. Ksiądz wszedł, spojrzał na stół, widać było że się zdenerwował, i wyszedł”. Już nie pamiętam, jak się ta kolacja zakończyła.
Ale przecież trzeba było dbać o Księdza, o jego odżywianie. Kiedy zaczęłam pracować w parafii, Ksiądz miał jeszcze nie zaleczoną gruźlicę i odżywianie było rzeczą ważną. A Ksiądz przy stole dbał o to, by wszyscy jedli i wszystkimi się zajmował, tylko nie sobą.
Oczywiście, przy takim stylu bycia przy stole Ksiądz sam jadł najmniej, więc trzeba było używać różnych forteli by te braki uzupełniać ze względu na zdrowie Księdza.
Zanosiłyśmy więc do pokoju Księdza na górę drugą kolację. Ale trzeba to było zanosić wtedy, gdy Księdza w pokoju nie było, bo inaczej zaczynała się „dyskusja”: „A po co to?”, „A tego mi nie dawajcie” – itd. Czasem siostra która zajmowała się gospodarstwem nie zdążyła tacy przygotować i wtedy organizowano „akcję”: jedna z sióstr przygotowywała jedzenie, druga stała za oknem klauzury, żeby przez okno odebrać tacę (chodziło o uniknięcie przejścia przez korytarz, aby nie natknąć się na Księdza) a ja stawałam w progu i zaczynałam „ważną” rozmowę żeby Księdza w razie czego zatrzymać – oczywiście, w sytuacjach „awaryjnych”, bo Ksiądz trochę się mnie bał.
Kiedyś zaniosłam czerwone porzeczki z cukrem i wtedy, o dziwo, Ksiądz powiedział: „Jak to dobrze, że wy mi to dajecie, bo to takie dobre! ” Porzeczki i czarne jagody to były ulubione owoce Księdza. Zwyczajnie się do tego przyznawał. Wiedzieli o tym parafianie, toteż gdy tylko się pojawiły te owoce, zaraz je przynosili. Czasem zdarzało się, że ktoś nam ofiarował tabliczkę czekolady. Wtedy dzieliło się ją na tyle równych części, ile osób było w domu i każdy otrzymywał „po podziałce”. W takim wypadku Ksiądz bez sprzeciwu zjadał swój „przydział”, innym sposobem nie próbowałyśmy Księdza na coś takiego namawiać.
Ksiądz bardzo zwracał uwagę na to, żeby jemu nie dawać lepszego jedzenia niż innym. Dlatego często musiałam odpowiadać na różne „dziwne” pytania – np. „Dlaczego zupa Pana Grubowskiego ma inny kolor niż moja?” /chodziło o zupę pomidorową/ „Bo Pan Grubowski nie może jeść ze śmietaną”; „A dlaczego ja piłem na śniadanie mleko, a wy herbatę?” – no bo my wolimy kiełbasę, a trudno kiełbasę popijać mlekiem.”
Ksiądz mięsa nie lubił; kiedyś mi powiedział: „Mięso to wy mi dawajcie tylko za ciężką pokutę”. W tych czasach nie zawsze było łatwo zdobyć mięso, więc siostra prowadząca kuchnię hodowała kurczęta, które często podawano na obiad. Aż kiedyś Ksiądz się zirytował: „Jak wy mi będziecie ciągle te kurczaki dawały to ja wam je wszystkie wyduszę”.


 

Ksiądz nie lubił jeść sam a jeśli np. przy kolacji nie było nikogo, to Ksiądz się szybko z kolacją „rozprawiał”, sprzątał ze stołu i przychodził do kuchni, w której my jadłyśmy – tu zaczynał rozmowę na temat różnych spraw parafialnych. Kiedyś chodząc tak po kuchni, w pewnym momencie powiedział: „Wam ze mną jeść nie wolno, ale mnie z wami wolno” – i wziął sobie z naszego stołu kawałek sera. Od tej pory weszło to w zwyczaj. Jednego razu nie miałyśmy nic prócz chleba i masła. W pewnym momencie zaproponowałam: „A może by Ksiądz Proboszcz zjadł pajdę chleba z masłem? ” – „A wie siostra, że nawet zjadłbym, bo tak to ja lubię – a jak mi tak siostrzyczki w Laskach zaczną „podstawiać”, to ja od razu tracę apetyt”. Wziął leżący na stole jeszcze nie rozpoczęty dwukilogramowy bochenek, zrobił na nim nożem duży krzyż, odkrajał porządną „przylepkę”, posmarował masłem i chodząc po kuchni zjadł.
Ogromnie lubił sam się obsłużyć. Gdy wracał wieczorem późno z Warszawy, to prosił zawsze żeby na niego nie czekać, że sam sobie zrobi kolację. Bardzo to lubił, więc zostawiałyśmy Mu zupełną swobodę, tylko chowałyśmy zimne kartofle i tym podobne „przysmaki”, a zostawiałyśmy w spiżarni to, co chciałyśmy, żeby Proboszcz znalazł. Czasem, jeśli wcześniej wracał, przyrządzał sobie sałatkę z kartofli podlanych octem – mówił, że jego ojciec taką przyrządzał. Myślę jednak że sałatka robiona przez ojca Księdza Proboszcza była nieco inna. Raz do tej sałatki użył esencji octowej – krzyknęłam przestraszona, że to ESENCJA! Wobec tego spokojnie dolał do ziemniaków wody z kranu i twierdził, że to wszystko jedno, że już jest ocet. Kiedyś zaproponował mi, że jeślibym chciała, to mógłby i mnie taką sałatkę przyrządzić – ale ja podziękowałam.
Kiedyś Proboszcz wrócił strasznie głodny po całym dniu chodzenia po wsi i przyszedł do kuchni żeby coś zjeść. Stało jakieś jedzenie na stole: sałatka jarzynowa, kartofle, kapusta. Wszystko nałożył na jeden talerz, potem jeszcze poszedł do spiżarni, przyniósł kawałek kiełbasy, pokrajał w plasterki, dodał i jadł wszystko łyżką. A co mu się trochę luzu na talerzu zrobiło, to sobie wciąż dokładał, jakby się bał, że mu zabraknie. Nic dziwnego: taki apetyt miewał Ksiądz także po całodziennym pobycie w Warszawie, gdzie na pewno od rana nic nie jadł, a i rano jadł niewiele.
Przy jedzeniu zawsze opowiadał nam, co się na wsi dzieje, u kogo był itd. Niejednokrotnie cytował powiedzenie Ojca Witalisa, że siostry mają jedną niepotrzebną cnotę, a mianowicie – troskliwość. Pewnego razu udałam, ze jestem tym bardzo „dotknięta” i niemal obrażona powiedziałam: „I ksiądz Proboszcz jeszcze śmie na nas narzekać?” – „Nie, wy jesteście dobre, bo wy nie macie tej niepotrzebnej cnoty „troskliwości”.