Równocześnie z budową domu trzeba było wykańczać budowę kościoła – a więc wyłożyć supremą wnętrze i kościół otynkować. Ale na kupno supremy trzeba było mieć zlecenie z gminy. O zlecenia starali się parafianie, oddawali mi papiery, a ja materiał przywoziłam z Warszawy. W związku z tym miałam kiedyś przygodę, która dziś wydaje się śmieszna, ale wtedy przestraszyłam się nie na żarty. Był to chyba rok 1955. Nie zorientowałam się, że trzeba być ostrożniejszą i po raz trzeci pojechałam do tego samego składu po supremę ze zlecenia na trzecie nazwisko. Kierownik uśmiechnął się i zapytał: ‚Czy siostrzyczka całą wieś zaopatruje w supremę? Bo jeśli tak, to będę musiał donieść o tym do urzędu skarbowego!’ I bierze do ręki słuchawkę telefonu. Zrobiło mi się trochę ‚łyso’ na szczęście, to był tylko żart. Ale więcej do tego składu nie pojechałam, tylko objeździłam inne składy z materiałami budowlanymi – omal wszystkie, jakie były wtedy w Warszawie. Dzięki temu wnętrze kościoła zostało wyłożone supremą i otynkowane.

I wtedy Ksiądz Proboszcz zażyczył sobie, aby w taki sam sposób wykończyć kościół od zewnątrz. Bagatelka! – na to trzeba było mieć 150 m2 supremy! Tłumaczę Księdzu, że już w żaden sposób nie zdobędę supremy, że wyczerpałam już wszelkie możliwości, że mnie już wszędzie rozpoznają! Akurat! Niech nikt nie myśli, że naszemu Księdzu można było wyperswadować, jeśli sobie coś zaplanował. Po kilku dniach Ksiądz pyta niby nieśmiało, z przemiłym uśmiechem: ‚No co, pojedzie siostra?’ Nie mogę powiedzieć, aby to spowodowało we mnie łagodny nastrój. Pomyślałam: ‚no nie da mi Ksiądz żyć, więc pojadę, pojeżdżę trochę po Warszawie i wrócę.’ Pojechałam: po drodze wstąpiłam do Lasek, polatałam po Zakładzie, a że za wcześnie było jeszcze wracać do domu, więc postanowiłam, że jednak do tej Warszawy pojadę. Na przystanku stoi jakiś chłopina. Pytam odruchowo, może wie, gdzie można kupić supremy. ‚A w Brwinowie siostrzyczko, tam jest przecież fabryka supremy.’ No więc wiem przynajmniej, gdzie mam jechać i to mi bardzo poprawiło nastrój. W Brwinowie znalazłam fabrykę, na placu pełno supremy. Pytam robotnika, czy można kupić. ‚Tak, oczywiście.’ Idę do kantorku, gdzie urzędowała kasjerka i dowiaduję się, że kupić można, ale trzeba mieć zlecenie od dyrektora, a ten urzęduje w Warszawie na Nowym Świecie. Wracam do Warszawy, ale dowiaduję się, że dyrektor wyjechał na trzy dni. Ponieważ informująca mnie sekretarka wzbudziła moje zaufanie, pytam ją, jaki to człowiek i czy mogę liczyć na to, że mi da takie zlecenie. Odpowiedziała, że dyrektor wprawdzie jest partyjny, ale niezły człowiek, więc żebym spróbowała.

Po trzech dniach znowu jadę do Warszawy i idąc Nowym Światem tak się modlę: ‚Święta Tereso, ty umarłaś z zimna – nas to samo czeka, jak ja nie dostanę supremy.’ Dyrektora zastałam. Człowiek raczej młody, o miłej powierzchowności. Prosi, bym usiadła i pyta w jakiej przyszłam sprawie. Zapytałam, czy może mi dać zlecenie na kupno supremy w Brwinowie. ‚A na co siostrze ta suprema?’ Bez namysłu odpowiadam: ‚Na kościół.’ I tłumaczę, że mamy kościół zbudowany z baraku, że w nim strasznie zimno, więc chcieliśmy go obłożyć supremą i otynkować, żeby ludzie tam nie marzli. ‚A ile siostrze tego potrzeba?’ Moi parafianie już mnie trochę w różnych sprawach przeszkolili a między innymi nauczyli mnie, że władze zwykle dają połowę tego, o co się prosi. Więc niewiele myśląc pomnożyłam potrzebną mi ilość przez 2 i mówię, że 300 metrów kwadratowych. Dyrektor bez słowa wypełnił blankiet, podpisał, przybił pieczątkę i dał mi gotowy druk. Podziękowałam i wyszłam niczego nie oglądając. Dopiero na schodach czytam, że mam zlecenie na całe 300 metrów. Wracam do domu rozradowana, mówię Księdzu, co dostałam. Ksiądz nie chce wierzyć, więc pokazuję ‚czarno na białym’. Jeden metr kosztował wtedy 22,5 zł, więc obliczyliśmy prędko, że potrzeba na to około 7 tysięcy plus opłata za samochód. Dowcip polegał na tym, że myśmy w tym momencie w ogóle nie mieli pieniędzy. Ale Ksiądz rozradowany mówi: ‚To ja w takim razie jadę do Lasek pożyczyć pieniędzy.’

Następnego dnia wynajęłam z PKS-u 7-tonową ciężarówkę i jadę. Z tej radości nie przyszło mi do głowy, żeby wziąć ze sobą dwu chłopców do ładowania. Wobec tego sama podawałam, a kierowca układał. Do dziś dziwę się temu kierowcy, że on to chciał robić, przecież to absolutnie nie było jego obowiązkiem! Co innego ja – ja musiałam. Dopiero przy końcu zlitował się nade mną jakiś robotnik z placu i ostatnie kilkanaście metrów podał sam, bo ja już nie miałam sił. Jak wyglądał mój jedyny habit po tej pracy – lepiej nie mówić! Wreszcie idę płacić. Kasjerka wymienia sumę: 3375 zł. Pomyślałam, że się pomyliła, ale wstydzę się jej to powiedzieć /równocześnie nie chcę/ – a przecież nie mogę narazić jej na taką stratę. Stanęłam bezradna – ona domyśliła się moich wątpliwości i wyjaśniła: ‚Dyrektor policzył Siostrze cenę hurtową, czyli o połowę taniej!’ Tu już nic dodać, nic ująć. Dodam chyba tylko to, że nie tylko kościół, ale i cały nasz barak, czyli dom parafialny wewnątrz i zewnątrz jest wyłożony brwinowską supremą, której starczyło w nadmiarze.

s. Anna Bielawska
Slider

 

15 lipca 1951 r. została erygowana nowa parafia Izabelin-Laski. Kaplica w Laskach miała pełnić funkcję kościoła parafialnego do czasu zbudowania nowego. Tydzień później świeżo upieczony proboszcz zwołał zebranie dotyczące jego budowy. Z przybyłymi parafianami i siostrami naradzał się jak w trudnej powojennej rzeczywistości zbudować kościół. Ksiądz Aleksander był bardzo zdeterminowany: ”choćbym budkę miał postawić, ale Najświętszy Sakrament będzie w środku”. Długo nie trzeba było czekać, ponieważ już rok później kościół stanął w Izabelinie na działce podarowanej przez parafian. Ze względu na trudności w dostępie do materiałów budowlanych, postanowiono kupić barak we Wrocławiu, i przetransportować wagonami do Warszawy, a stąd ciężarówką do Izabelina. Wiosną prace budowlane miały zostać wznowione, w tej sprawie wydał ksiądz proboszcz odpowiedni komunikat.

Kościół zbudowano według projektu architekt Barbary Brukalskiej, która inspirowała się średniowiecznymi kościółkami w Umbrii, ojczystej ziemi świętego Franciszka. Nowa parafia pod wezwaniem tego świętego musiała być prostą i skromną świątynią z wnętrzem dostosowanym do nowej liturgii. Dlatego ksiądz Ali nie chciał umieszczać w kościele przynoszonych mu obrazów i chorągwi procesyjnych, ponieważ przeszkadzały zasłaniając ołtarz lub monstrancję. Dużo czasu poświęcił na tłumaczenie i objaśnianie szczegółów i w końcu doprowadził do tego, że ludzie zaczęli cenić sobie prostotę swojego kościoła. Budową świątyni zajęli się sami parafianie pod okiem fachowców i nieocenionej siostry Klary. Wówczas też powstał „gołębnik” księdza Aleksandra. 13-ego lipca 1952 r. nowy kościół został poświęcony przez księdza Prymasa Stefana Wyszyńskiego, a w kolejnych latach skupiono się na przyozdabianiu wnętrza świątyni. W niecały rok po ukończeniu budowy podarowana została księdzu Alemu kopia osiemnastowiecznego obrazu Matki Bożej hiszpańskiego malarza Murilla. W 1953 r. przywieziona została z Hobieni siedemnastowieczna figura Pana Jezusa Ukrzyżowanego, która po renowacji zawisła w głównym ołtarzu. W 1962 r. sufit kościoła został pokryty przez dwie warszawskie malarki ornamentami i malarstwem figuralnym, a w roku 1964 mozaikę na frontonie wykonała Maria Reklewska.

poprzednipoprzedni
następnynastępny
PlayPause
Shadow
Slider

 

W skład nowej parafii weszły wsie: Izabelin, Hornówek, Laski, Truskaw, Pociecha, Sieraków i Opaleń. Ksiądz Aleksander objął w niej funkcję proboszcza.

Mieszkańcy nowoutworzonej parafii byli bardzo biedni (niektórzy mieszkali jeszcze w lepiankach), zaniedbani pod względem duszpasterskim. Ludzie z Truskawia jeździli dwa razy w roku do kościoła w Borzęcinie, a ludzie z Sierakowa – do Młocin lub do Lasek. Po kolędzie zwykle chodził organista, o katechizacji nie było mowy. Ksiądz Aleksander bardzo przeżywał nędzę nie tylko duchową ale i materialną swoich parafian. Od razu zorientował się, że głównym problemem jest alkoholizm. Założył więc Koło Trzeźwości. Zapraszał wybitnych prelegentów, urządzał wycieczki parafialne do Tworek i Żbikowa, by ukazać skutki nadużywania alkoholu. Kiedy Koło trzeba było rozwiązać, włączył się za zgodą Kurii do Gromadzkiego Komitetu Przeciwalkoholowego, którego został sekretarzem. Przewodnicząca Komitetu nieraz korzystała z konsultacji księdza Proboszcza. Wiosną 1965 roku radiowęzeł nadał rozmowę księdza ze zdrowiejącym alkoholikiem w trakcie leczenia. Rodzinom dotkniętym tym problemem przychodził z pomocą bardzo dyskretną. Mówił: „Boję się, żeby udzielając pomocy nie robić przykrości”.

W swojej pracy duszpasterskiej skupił się także na walce z plotkarstwem, nieuczciwością i opuszczaniem Mszy świętej niedzielnej. Troszczył się o rodziny mniej zaradne życiowo, ludzi żyjących bez związku sakramentalnego oraz młode małżeństwa. Od samego początku swojego duszpasterzowania przyjął zwyczaj częstych odwiedzin parafian w ich domach. Wiedział, że nie może czekać na nich w kościele i na plebanii. Jako jeden z pierwszych propagował odpowiedzialne rodzicielstwo w czasach, gdy nie było to jeszcze znane. Usilnie dążył także do włączenia parafii w ogólnopolski nurt Maryjny między innymi przez organizowanie pielgrzymek na Jasną Górę czy też utworzenie Koła Żywego Różańca. Powołał również Kółko Czcicieli świętego Franciszka. Jednym z głównych celów jego duszpasterstwa była również troskliwa opieka nad dziećmi i młodzieżą. W pracy duszpasterskiej pomagały i wspierały Księdza siostry ze Zgromadzenia Franciszkanek Służebnic Krzyża.

Wychowywał swoich parafian także pod względem kulturalnym i estetycznym. Zapraszał na pogadanki specjalistów z różnych dziedzin, sam organizował pokazy slajdów z historii sztuki. Potańcówki na plebanii dla ludzi różnych stanów i w różnym wieku cieszyły się dużą sławą i zainteresowaniem. Zwracał także uwagę na estetykę cmentarza i kościoła oraz poszanowanie przyrody. Jako pierwszy w Polsce prowadził też zamknięte rekolekcje dla dziewcząt, które odbywały się na plebanii.

 

poprzedni
następny
PlayPause
previous arrownext arrow
Shadow
Slider

 

Kiedy przyszłam tam w lipcu 1953 r., nie wiedziałam, od czego zacząć: czy od tych co się rodzą, czy od tych, co do grobu schodzą, czy od tych, co idą do szkoły, czy zająć się tymi, co skończyli szkołę, czy tymi, co się żenią, czy tymi co się rozwodzą – i nagle zrozumiałam: wszystkim na raz! I tak było z całym duszpasterstwem: było wciąż kilka rzeczy ważnych na raz i dlatego trzeba było robić przede wszystkim to, co w danej chwili było najpilniejsze i najważniejsze. A najważniejszą rzeczą okazało się to, że my musimy iść do ludzi. Ksiądz mawiał, że ‚my nie możemy czekać, aż oni do nas przyjdą.’
I tak nasze duszpasterstwo zaczęło się od chodzenia do ludzi. A ludzie bardzo tego chcieli – dziewczęta wtedy nie pracowały zawodowo, siedziały po domach. Gdy się przyszło do wsi, to człowiek czuł się tam potrzebny: ludzie bardzo nas szanowali, okazywali życzliwość.
s. Anna Bielawska

 

Tajemnicą tego duszpasterstwa, na które patrzyłam i któremu towarzyszyłam przez 11 lat, było to, że ten Ksiądz był z ludźmi we wszelkich sytuacjach, ale przede wszystkim w trudnych i ciężkich momentach, jakie przeżywali. Gdy zdarzył się wypadek drogowy, pożar, ciężka choroba – tam zjawiał się natychmiast i to zawsze z realną pomocą. Ludzie wiedzieli, że na niego można w każdej chwili i sytuacji liczyć. Zapytała mnie kiedyś jedna z sióstr na zebraniu sióstr parafialnych w Warszawie: ‚Jakie wy macie w tym Izabelinie metody?’ Tym pytaniem byłam zaskoczona – bo myśmy nigdy o żadnych metodach duszpasterskich nie myśleli, ani nigdy się o tym nie mówiło. Odparłam: ‚My tych ludzi po prostu kochamy. To jest cała nasza metoda.’
s. Anna Bielawska
poprzedni
następny
PlayPause
Shadow
Slider

 

Przy współpracy jednej z lekarek założył ksiądz Parafialne Koło Trzeźwości, które prowadziło bardzo szeroką i ożywioną akcję. Kilka razy urządził Ksiądz wycieczki autokarem do Żbikowa do zakładu dla dzieci głęboko upośledzonych, z których większość ponosiła skutki pijaństwa rodziców. Widok tych dzieci robił wrażenie na ludziach. Jeździł też Ksiądz z ludźmi do Pruszkowa Wschodniego /Tworek/, gdzie nawiązał kontakt z ordynatorem oddziału odwykowego, doktorem F. Tutaj ludzie mogli przekonać się naocznie i dowiedzieć się od samych pacjentów, jakie straszne skutki może pociągnąć nadużywanie alkoholu. Parę razy doktor F. przyjeżdżał do parafii i w domach ludzi znanych z pijaństwa miał prelekcje na temat alkoholu.

Odpowiednie pogadanki urządzano także dzieciom na katechizacji, potem dzieci pisały na ten temat wypracowanie. Kiedyś dziewczynka napisała: ‚Aż strach pomyśleć ile to można było kupić cukierków za te pieniądze, które tatuś wydaje na wódkę!’ Nawiązano także kontakt z poradnią przeciwalkoholową w Warszawie i sama wiele razy odwoziłam tam pacjentów. Były wypadki, że parafianie sami się zgłaszali do nas, żeby ich ratować. A ksiądz szukał dla nich pomocy całkiem konkretnej. Np. jednemu z mieszkańców Sierakowa, ojcu siedmiorga dzieci postarał się o pracę w Zakładzie w Laskach, gdzie ten mógł się jednocześnie leczyć. W ten sposób Ksiądz wyciągnął człowieka ze środowiska, które go wciągało w nałóg i uniemożliwiało leczenie.

Ale najważniejsze, że w tym wszystkim nie było postawy piętnowania i oburzania się na ludzi. Pijanych traktowano z troską, jak chorych. Ksiądz często tłumaczył kobietom, że ich mężowie to po prostu ludzie chorzy i – jak każdy chory – muszą być leczeni. Pijaństwo miało być przeżywane przez parafian jak wspólna klęska.

Tu można powiedzieć słowo o metodach stosowanych przez Księdza. Przede wszystkim Ksiądz zachęcał do wyrzekania się wódki w okresie Adwentu i Wielkiego Postu. To były wręcz akcje w parafii, wielu ludzi – młodych i starych wpisywało swoje postanowienia do specjalnej księgi w parafii. Ksiądz traktował to jak akt religijny. Wiele kobiet wyrzekało się wódki w ogóle, przez co wpływały na zmianę obyczaju: wszyscy pili i ją namawiali, a kobieta mówiła że nie, bo ‚ja podpisałam’ – i to było już respektowane przez gości, nie honor było ją dalej namawiać. Oczywiście, wyłożenie takiej księgi trzeźwości poprzedzane było odpowiednimi naukami Księdza. Uczył ludzi, że to ma być umartwienie, że to ma być ofiara – a prosty naród, ludzie, którymi nikt się dotąd nie zajmował, słuchali tego księdza jak dzieci ojca. Ksiądz bardzo ludzi uczył, żeby NIE NAMAWIAĆ do picia – to było bardzo ważne.

Pewnego razu po ślubie sobotę wieczór poproszono księdza na przyjęcie. Jadąc autem z powrotem zauważył leżącego na drodze człowieka, kazał zatrzymać auto (leżący był pijany do nieprzytomności) wziął pijanego i zaczął ładować do auta. Osłupiały kierowca oponował ale widząc zdecydowaną postawę księdza zrezygnował ze sprzeciwów i zaczął pomagać. Przywiózł pijanego do parafii, wprowadził, a właściwie wciągnął do kuchni, zaczął go cucić rozcierać zsiniałe palce rąk i nóg, uszy, kazał zagotować herbatę, cała ta ceremonia trwała około godziny. Kiedy pijany oprzytomniał na tyle że mógł usiąść Proboszcz włożył mu do ust papierosa i sam przypalił. Polecił siostrze przygotować posłanie, a gdy pijany zaoponował Proboszcz bez chwili wahania wziął delikwenta pod rękę i chciał odprowadzić do domu odległego o 3 km. Była godz. 22:30 (wyręczyłem Go w tym).

ks. Bronisław Piasecki

Intencje mszalne

 

Plebania mieściła się w ciągle rozbudowywanym baraku obok kościoła. Nie było kancelarii, dlatego ksiądz Fedorowicz wszystkie sprawy załatwiał w zakrystii albo w jadalni, rzadziej w ‚gołębniku’. Dla każdego miał czas, był cierpliwy, okazywał szacunek i dobroć.

W prowadzeniu plebanii pomagały księdzu siostry ze Zgromadzenia Franciszkanek Służebnic Krzyża – siostra Klara, siostra Anna Bielawska i siostra Maksymiliana, później siostra Assumpta. Zajmowały się one sprawami kancelaryjnymi, katechezą dzieci i młodzieży, odwiedzały parafian w ich domach, włączały się w rozbudowę plebanii i kościoła.

Wszystkich, którzy przychodzili na plebanię ksiądz Ali zapraszał do stołu na wspólny posiłek. Nikt nie czuł się tu niepożądany. Przy jednym stole zasiadali obok siebie ludzie o różnym statucie społecznym i wykształceniu. Ksiądz często sam obsługiwał swoich gości, dbał, by każdego wciągnąć do rozmowy. Lubił słuchać specjalistów z różnych dziedzin a dzięki tym rozmowom posiadał szeroką wiedzę i rozeznanie w wielu sprawach.

Ludzie szukali pomocy u swego proboszcza i nigdy nie odchodzili z pustymi rękami. Niektórzy nie mając gdzie mieszkać mogli tymczasowo zostać na plebanii: porzucona żona, maturzysta, dzieci, których matka była w szpitalu. Proboszcz cieszył się, gdy mógł gościć ludzi. Dla chronicznie chorych z Warszawy organizował latem w Izabelinie dziesięciodniowe wczasy.

Swoją formację przechodziły na plebanii młode małżeństwa. Dla nich urządzał osobne prelekcje dla mężczyzn i kobiet, wygłaszane przez zaproszonych lekarzy.

Wielkim zainteresowaniem cieszyły się także spotkania opłatkowe w kolejne trzy niedziele karnawału. Po Mszy świętej popołudniowej przybywali na plebanię parafianie, którzy dzielili się opłatkiem, spędzali ze sobą czas rozmawiając i nawet tańcząc. Ksiądz Proboszcz twierdził, że nie umie tego aranżować, ale ktoś zagrał na harmonii, ktoś z przyjezdnych studentów pomógł przy dekoracji i kotylionach, i można się było „pobawić w domu proboszcza”. Patrząc kiedyś na „twista” powiedział: „To nawet ładne”.

Plebania zawsze była pełna dzieci, one czuły się tutaj jak „u siebie w domu”. Młodzież uważana za chuligańską też przychodziła posiedzieć, pogadać. Nie byli to sami wierzący i praktykujący. Cieszył się z tego, uważał, by wobec nich nie stosować nacisku, ale czekać.

Wspomnienia

 

 

W tej kuchence koncentrowało się całe życie domu: gotowano, przyjmowano interesantów itd. Kiedyś w kurii zapytał mnie jeden z księży, czy to prawda, że siostry w Izabelinie śpią pod stołem. Było w tym coś z prawdy, ponieważ jeden tapczan miał kształt łóżka, i na poręczach kładło się blat, który w dzień służył nam jako stół. Ale że na noc blat był zdejmowany, więc ostatecznie trudno mi było zdefiniować, czy spałam pod stołem, czy nie.

Drzwi naszego ‚mieszkania’ były wprost na dwór. Wodę nosiło się od sąsiada, bo studni jeszcze nie było. Ponieważ wodę trzeba było wyciągać tzw. ‚kulką’, więc w początkowym okresie często topiłam wiadro, które cierpliwy sąsiad jakoś wydostawał. Brudną wodę wylewało się wprost na dwór. W czasie pierwszej zimy, która była bardzo mroźna, dokuczało nam zimno, więc każdy od ranka wkładał na siebie niemal wszystko, co miał i tak chodziliśmy cały dzień. Pierwsze lato było z kolei bardzo upalne i siostra – kucharka miała ‚piekło za życia’, bo jeśli nie otworzyła drzwi na dwór, to było strasznie gorąco i duszno, a jeśli drzwi były otwarte, to blacha zabezpieczająca podłogę przed wypadającymi z pieca węgielkami była tak rozpalona, że siostra nie mogła na niej stać – a w dodatku była jakby na plaży, bo drzwi wychodziły na południe.

W tych warunkach trzeba było pomyśleć o zbudowaniu kuchni od północy i choćby jednego pokoju, gdzie można by było ‚żyć’. Szkielet obecnego pokoju stołowego już zastałam. Trzeba było dobudować czwartą ścianę i komin, ale nie mieliśmy na to ani jednej cegły – a o kupieniu cegły w tych latach nie było nawet mowy. Wobec tego któregoś dnia poszłam do Truskawia, poprosiłam jednego z parafian, żeby zaprzągł konia i tak jeździliśmy od domu do domu, prosząc o kilka cegieł, a nawet połówek,jeśli ktoś nie miał całych. Ludzie bardzo życzliwie odnieśli się do tej ‚akcji’ i można już było zbudować czwartą ścianę i komin. Pozostawała jeszcze kwestia podłogi, a więc podwalin i desek. Ale i tę trudność udało się jakoś pokonać i pokój był gotowy. Nie pamiętam gdzie i w jaki sposób udało nam się zdobyć duży piec i wielką kwadratową rurę, która rozgrzewała się natychmiast po rozpaleniu w piecu i w pokoju robiło się jak w raju.

Równocześnie urządziliśmy jeden pokoik ‚na klauzurę’. Paliłyśmy tam wieczorem, żeby w nocy było ciepło i tak wieczorem miałyśmy -3°, a nad ranem -6°. To też spędzanie dni w ciepłym pokoju wydawało nam się ciepłym rajem.

Następnym etapem była budowa prawego skrzydła domu: najpierw kuchni od północy i łazienki, a potem spiżarenki i pokoju, który ksiądz Aleksander przeznaczył na klauzurę, gdyż nie chciał jej mieć gdzieś w środku domu.

Ważnym momentem w naszym życiu było kupienie łóżek dla sióstr. I tu się objawił realizm Proboszcza, który bardzo nas przestrzegał, byśmy kupiły koniecznie łóżka żelazne, a nie drewniane. Wiedział, że w tych naszych starych wyrkach, skleconych z resztek desek barakowych, były zawleczone z dawien dawna pluskwy, chodziło mu więc o to, byśmy przenosząc swoje rzeczy nie przeniosły także i pluskiew.

W owym czasie samo budowanie było drobnostką, natomiast zdobywanie materiałów – to były czasem niezwykle fantastyczne historie. Ale wreszcie w 1957 r. prawe skrzydło domu zostało wykończone i tym sposobem w pokoju jadalnym i w kuchni koncentrowało się całe życie parafialne. Trzeba tu dodać, że do pokoju jadalnego każdy, kto był aktualnie w domu, miał prawo wejść bez pukania i mógł się rozłożyć ze swoją robotą.

 

s. Anna Bielawska


 

Dla Księdza Aleksandra dom parafialny był naprawdę DOMEM, czuł się w nim u siebie. Tak bardzo cieszył się tym wszystkim, co się w domu zrobiło: otynkowaną ścianą, chodnikiem kupionym do korytarza. Często widziałam, jak Ksiądz obchodził cały dom, oglądał wszystkie pokoiki, rozkoszował się nimi i cieszył się tym wszystkim jak dziecko, choć sam absolutnie nie miał zamiaru w tym domu zamieszkać, mieszkał przecież w swym ukochanym ‚gołębniku’. Pracowali w Izabelinie wszyscy domownicy. Widziałam jak Ksiądz Aleksander sprzątał po posiłkach ze stołu, przywoził w starej teczce zakupy z Warszawy, naprawiał gdy się co popsuło, froterował podłogę w prezbiterium, wyładowywał z wozu przywieziony węgiel, mył okna na chórze w kościele. Okno było duże i wysoko, więc Ksiądz wiązał stare drabiny i stojąc na nich jednocześnie uczył ministrantury swoich małych, bosonogich parafian, oczywiście wtedy jeszcze po łacinie.

Mieczysława Chyżewska


 

Kiedyś nie mogłam się dostać do autobusu. Wróciłam na plebanię późno wieczorem. Nie było już wolnych miejsc. Ks. Ali usłyszał to i powiedział: ‚Co to znaczy nie ma miejsca, musi się znaleźć miejsce’ i znalazło się! Mówiliśmy, że się ściany rozsuwały w Izabelinie. Nigdy nie było wiadomo kiedy Ksiądz Ali wróci. Pomagał wszystkim, których spotykał po drodze. Na przykład: starszej kobiecie, która niosła drzewo – ks. Ali odniósł drzewo do domu.

Helena Sznarbachowska

 

Ksiądz marzył o tym, żeby zbudować większy dom parafialny. Dom ten miał być dla ludzi – i to nie tylko dla tych, co przyjeżdżali na rekolekcje zamknięte, ale także dla takich, którzy w różnych momentach życia potrzebowali pomocy: chcieli się pomodlić, odejść od swoich kłopotów i trudnych spraw życiowych, przeczekać jakiś ciężki okres w życiu, a nawet wyspać odpocząć od własnych dzieci. Zbudowanie takiego właśnie ‚domu otwartego’ było życzeniem także i Księdza Prymasa Wyszyńskiego, a stało się możliwe dzięki jego wydatnej pomocy finansowej.

(…) Jeśli ktoś do nas przyjeżdżał, to wprowadzanie go do naszego domu odbywało się bardzo prosto i zwyczajnie: prowadziłam gościa do pokoiku, informowałam o godzinach posiłków, pokazywała gdzie spiżarnia i chleb, gdyby ktoś był głodny między posiłkami /tu już obowiązywała samoobsługa/, w czym zostawiano gościowi zupełną swobodę. To stwarzało takie warunki, że goście czuli się od razu jak w domu i najczęściej włączali się do różnych prac domowych. Charakter naszej pracy nie pozwalał na to, aby się gośćmi specjalnie zajmować, ale w tej atmosferze domowej łatwo było o bardzo bliskie kontakty z domownikami. Nadmiar pracy parafialnej sprawiał, że bardzo często wyciągałam do pomocy i gości, Tym sposobem zasłużyłam kiedyś na ‚pochwałę’ Księdza Proboszcza, wypowiedzianą z uśmieszkiem: ‚To jest naprawdę zadziwiające, jak siostra potrafi każdemu znaleźć zajęcie.

Drugim ciepłym dla ludzi miejscem w domu była kuchnia – tu zawsze można było zastać kogoś z domowników, tu przyjmowaliśmy wszystkich ‚znaczniejszych’ gości. Gdy kościół nie był jeszcze ogrzewany, wracaliśmy z rorat zziębnięci – w kuchni zawsze można się było ogrzać, przychodziły kobiety, dzieci. Kuchnia była miejscem, gdzie się posiedziało, gdzie się nikomu nie przeszkadzało, gdzie siostra natychmiast podrzucała kubek herbaty. Wszyscy bardzo chętnie siedzieli w kuchni – bo kuchnia zawsze przypomina ludziom dom.

Czasem problemem były dla nas te dwa tory pracy domu: parafianie i goście. Nieraz zżymałam się na nasz ‚Dom Rekolekcyjny’ że pochłania nam czas przeznaczony dla naszych parafian, do których przede wszystkim zostaliśmy posłani. Ale z drugiej strony cieszyłam się, że wielu ludziom można było pomóc w ich trudnych życiowo sytuacjach i że mogli oni zobaczyć i usłyszeć naszego Proboszcza.

s. Anna Bielawska


 

Ciągłą troską księdza Proboszcza było również to aby dom parafialny był rzeczywiście domem dla parafian i to wszystkich. Przychodzili różni z interesem albo bez interesu ot tak jak się idzie do sąsiada posiedzieć, ogrzać się przed Mszą, poczekać na autobus albo po prostu tak sobie posiedzieć. Ilekroć ktoś przychodził w czasie posiłku zawsze musiał usiąść przy wspólnym stole swój czy przejezdny. Pamiętam kiedyś przyszła taka kobieta którą wszyscy uważali za pomyloną, właśnie jedliśmy obiad. Ksiądz wyszedł na próg domu przywitał ją szczerym i serdecznym uśmiechem wprowadził do jadalni posadził obok siebie przyniósł talerz. Nikt nie czuł się obco, nieraz obok gospodarza z Truskawia siedział jakiś doktor nauk ścisłych. Proboszcz wszystkich wciągał do rozmowy. Dziwiło mnie to niezmiernie, że z geologiem mówił bardzo fachowo o skałach Ziemi, z polonistką o osobliwościach w deklinacji rzeczowników, z profesorem katedry turbin wodnych o prawach przyśpieszeniach. To był człowiek o rozległej wiedzy nie tylko teologicznej.

ks. Bronisław Piasecki

 

Ten styl rodzinny wytwarzał się w naszym domu przede wszystkim przez wspólne posiłki. Według niepisanej umowy Ksiądz Proboszcz miał określone miejsce przy stole, a inni siadali jak popadło. Ksiądz sam przestrzegał punktualnego przychodzenia do stołu i o to samo prosił zawsze naszych gości, żeby siostrom nie zabierało to dużo czasu, przeznaczonego na wiele różnych prac. Jeśli przy stole było wiele osób, to ksiądz był ‚w swoim żywiole’. Obsługiwał wszystkich, zachęcał do jedzenia, nalewał zupę na talerze. Jeśli ktoś się zjawiał w trakcie posiłku, był natychmiast zapraszany do stołu z jednakową życzliwością, bez względu na to, czy to był ktoś ‚ważny’, czy np. kominiarz. Po posiłkach Ksiądz Proboszcz, a za nim wszyscy obecni wynosili do kuchni brudne naczynia, a Ksiądz wycierał stół. Był specjalnie jakoś uczulony na czysty stół.

Przy stole wszyscy mogli być zupełnie swobodni, nikt nie czuł się zażenowany. Oczywiście, było to zasługą Księdza, który wszystkich wciągał do pomocy, ośmielał, odnosił się do każdego z szacunkiem. Interesował się sprawami tych ludzi, potrafił pokierować rozmową przy stole w ten sposób, że wszyscy byli w rozmowę wciągnięci, nit nie pozostawał odosobniony.

Ludzie nie czuli się onieśmieleni przy stole jeszcze i dzięki temu, że wyposażenie domu było bardzo ubogie: na stole nie było obrusa ani nawet ceraty, herbatę piło się w kubkach, używano zwykłych aluminiowych noży i widelców – a więc wyposażenie tego domu nie odbiegało od urządzenia przeciętnego domu naszych parafian. Taki styl domu tworzył Ksiądz Aleksander świadomie poprzez swój sposób bycia – co nie przeszkadzało, że bardzo się cieszył, gdy nasi parafianie mogli sobie urządzać ładne domy.

s. Anna Bielawska


 

Kiedy przychodziły dzieci albo młodzież do świetlicy parafialnej nigdy nie przeszedł obojętnie, zagrał w ping-ponga, w siatkówkę, posunął figurę w szachach czy warcabach albo po prostu zagadnął. Kiedy urządzaliśmy wieczorki taneczno-rozrywkowe uczył zebranych ‚cioci z motocyklem’ z uśmiechem mówił że to jest hymn parafialny. Tak bardzo chciał żeby przez ten dom parafialny przewinęli się wszyscy nawet i ci dalecy od kościoła. Niczego w zamian nie żądał do niczego nie zobowiązywał i to było najpiękniejsze ta bezinteresowność. Kiedy pewnego dnia przez dom przewinęło się kilkanaście osób z parafii a wieczorem przyszedł jeszcze Tadek znany oprych w parafii Proboszcz wieczorem powiada ‚No dzień był udany, nawet Tadek przyszedł, z niego się cieszę najbardziej.

ks. Bronisław Piasecki


 

Lekcje prowadziła wprawdzie Siostra Franciszkanka z Lasek, ale dziećmi interesował się żywo ks. Proboszcz i często Siostrę zastępował. Całą dusza oddany był ‚maluchom’ i w ogóle całej parafii. Każdy miał wolny wstęp na plebanię i nawet do kuchni, mógł napić się wody, herbaty, dostać krople i zasiąść do stołu, który zawsze – choć skromny (drugie danie np. Kluski z wody z cukrem jako omastą) gotów przyjąć każdego głodnego, który się nawinął.

W kościele i w parafii panował duch wspólnoty pierwszych chrześcijan. Znali się i byli ‚zniewalani’ oczywiście w sposób jak najsubtelniejszy do wzajemnej pomocy i miłości. Dla młodzieży i młodych małżeństw urządzał przyjęcia i zabawy Dotychczas pamiętamy jasełka urządzone w kościele dla dzieci, których był reżyserem, technikiem i inspiratorem.

Podkreślał nierozerwalność chrześcijańskiego małżeństwa! Urządzał jak najuroczyściej wszelkie jubileusze małżeńskie: srebrne i złote gody. Przemawiał, brał udział w domowych przyjęciach – znajdował dla wszystkich czas.

s. Klara Kowalewska


 

Asystowałem księdzu Biskupowi przy wizytacji zakrystii. Wszędzie wszystko wspaniale ułożone, czyściusieńkie. ks. Biskup się pyta: ‚Księże Proboszczu, czy zawsze panuje tu taki porządek’, ks. Aleksander: ‚Nie ekscelencjo, zazwyczaj bywa nie bardzo porządnie’. Ks. Biskup zbity z tropu: ‚A dlaczego taki porządek dzisiaj?’, Ks Ali podnosi na Biskupa zdumiony wzrok: ‚Przecież to jasne, na przyjazd Księdza Biskupa zrobiono porządek’.

Druga podobna scena rozegrała się przy obiedzie. Przyszedł już ks. Biskup, zajęli miejsca księża i goście i jeszcze zostało kilka miejsc. Ks. Biskup ‚Dlaczego tyle pustych miejsc’, ks. Ali: ‚Bo zaproszeni nie dopisali’, ks. Biskup: ‚A ksiądz Proboszcz nie pamięta, co Pan Jezus kazał zrobić w takim wypadku?’. Ks. Ali zdumiał się, zobaczyłem wyraźne zdziwienie, że mógł zapomnieć tak zasadniczego zdania z Ewangelii, powiedział więc tylko ‚Że też coś takiego mogłem zapomnieć wybiegł z sali. Za chwilę zaczęli się pojawiać goście zebrani chyba naprawdę z opłotków. Co to były za typy! W oprychówkach i już lekko chyba zawiani. Zdaje się, że i ks. Biskup nie spodziewał się tak szybkiej reakcji i zmieszał się, a wszyscy obecni poprawiliśmy portfele. Obiad upłynął jednak w bardzo miłym nastroju.

ks. Marek Starowieyski


 

Potem kilka razy byłam w Izabelinie. I plebania Alego, która była domem otwartym każdemu, gdzie obiad, jeśli to była pora obiadowa kubek herbaty lub mleka dla tych którzy z dalszej drogi, czy z mrozu i niepogody między posiłkami się zjawili każdemu był podawany. Ksiądz Ali, jego wikary goście wszystko jedno jakiej rangi dzielili stół i posiłek proboszczówki, taki jaki w danym dniu wypadł. Nie było ceremoniału, przeprosin że może czasem zbyt skromne potrawy – dla wszystkich jednakie. Posiłek- właśnie ta ranga- ciało trzeba pokrzepić. Ali prosił do stołu – udostępniał książki, oddawał do użytku te celki-kajutki gdzie było wszystko co trzeba do noclegu wygodnego – i kaloryfery i kołdra – woda bieżąca – stoliczek i lampka, krzesło, czasem fotel. Las naokoło i cisza i możność uciszenia w sobie trosk, niepokojów, żalów. A gdy mu czas pozwalał rozmowa z Alim, tak serdeczna nie pouczał, tylko tak jakby brał za rękę i pomagał iść drogą którą sam szedł. A z korytarza na który wychodziły drzwi kajutek, jedne drzwi są drzwiami do domowej kaplicy z Najświętszym Sakramentem. Nieraz zachodząc tam widziało się Alego w światełku wiecznej lampy, zamodlonego.

Zuzanna Sienkiewicz


 

Ks. Proboszcz był dostępny o każdej porze. Akurat w czasie mego pobytu, w porze obiadowej przyszedł doń parafianin, który niedawno opuścił więzienie i leczenie odwykowe dla alkoholików. Ks. Proboszcz po prostu zaproponował, tak samo jak nie raz mnie: zostanie pan z nam na obiedzie – i rozmową tak kierował, by ten człowiek mógł nam coś powiedzieć o sobie i swej rodzinie; widział jak najwięcej od swego rozmówcy dowiedzieć, a nawet jakby: nauczyć.

ks. Wojciech Danielski

 

Czym był nasz dom dla parafian, najlepiej zilustruje taki obrazek. Szłam kiedyś do Truskawia. Okropna, prawdziwie marcowa pogoda. W przeciwną stronę biegnie chłopiec sześcio,7-letni. Zamarznięte ręce wciśnięte w kieszonki byle jakiej kurteczki, na nogach bez skarpetek nie zasznurowane buciny, o nosie lepiej już nie wspominać. Pytam:

– A gdzie ty tak biegniesz Stefan?

– A do siostrów!
– A po co?
– A tak,
To znaczy: posiedzieć. ‚Z wizytą’.

s. Anna Bielawska

 

Siedział ksiądz kiedyś w pokoju i pisał na maszynie. Przyszło czterech chłopców w wieku przedszkolnym, wszyscy na bosaka – i prosili, żeby ich Ksiądz uczył służenia do Mszy świętej. Ksiądz odłożył ważne sprawy kancelaryjne, poszedł z nimi do kościoła i całą godzinę uczył ich cierpliwie. Patrząc na to niejednokrotnie myślałam, czy nie szkoda drogocennego czasu takiego Księdza dla tych ‚bosiaków’. Tym bardziej, że ktoś mnie raz zapytał: ‚Czy oni chociaż rozumieją, co ksiądz do nich mówi?’

s. Anna Bielawska