Pan Bóg dał mi niedobrego nowotwora, który się okazał dobrą chorobą, bo choć sama w sobie jest ciężka i beznadziejna, ale jak dotychczas nie jest dokuczliwa i pozwala mi pracować prawie normalnie. Proszę Boga, żeby mi dodał siły wtedy, gdy przyjdą wielkie cierpienia i śmierć. Bardziej niż choroba ciąży mi w tej chwili poczucie odpowiedzialności za moją pracę kapłańską. Na szczęście mam ufność w miłosierdziu Bożym.”List Księdza Aleksandra Fedorowicza z Instytutu Onkologii
Slider

My chrześcijanie nie boimy się śmierci ale kochamy życie

– zdanie wypowiedziane przez księdza Aleksandra w ostatnim stadium choroby.

Księdza Aleksandra Fedorowicza można uważać za szczególnego patrona chorych. Jego życie naznaczone było chorobą i cierpieniem już od najmłodszych lat. Jako dziecko często chorował, jednakże znosił to cierpliwie i bez buntu. Jako trzynastolatek ze względu na zły stan zdrowia musiał przerwać naukę w gimnazjum i udać się na kurację do Jugosławii. Pomimo leczenia choroba dróg oddechowych powracała w coraz to groźniejszej postaci. W klasie maturalnej ze względu na zapalenie płuc Ali musiał na kilka miesięcy opuścić szkołę. Na gruźlicę zaczął chorować w czasie studiów filozofii na Uniwersytecie we Lwowie, w latach 1933-34. Zaraził się prawdopodobnie od służącego w domu rodzinnym w Kamionkach, którego często odwiedzał w jego ciężkiej chorobie. Dwukrotnie przebywał w sanatorium akademickim w Mikuliczynie. W październiku 1937 r. podczas kontrolnych prześwietleń klatki piersiowej, stwierdzono u księdza Alego, wtedy już kleryka seminarium duchownego we Lwowie, zaawansowaną gruźlicę i zalecono natychmiastowe poddanie się leczeniu. Władze seminaryjne udzieliły alumnowi Alemu urlopu zdrowotnego zalecając mu wyjazd do Sanatorium Akademickiego w Zakopanym, w latach 1937-39. Ze względu na postęp choroby, w 1940 r. dwa krwotoki z płuc, zgodę na święcenia uzyskał dopiero po złożeniu przez rodzinę zobowiązania, że w wypadku niezdolności do pracy będzie go utrzymywać na własny koszt. Małopolska wschodnia wraz ze Lwowem znajdowała się wówczas pod okupacją radziecką, i w tej wojennej rzeczywistości ks. Aleksander Fedorowicz zamieszkał u krewnych Tyszkiewiczów z Muniny, kontynuując studia teologiczne w Jarosławiu.

W okresie pobytu w Laskach, od 1945 r., stan zdrowia księdza Aleksandra uległ dalszemu pogorszeniu. Kilka miesięcy musiał spędzić w sanatorium w Żułowie, później w Otwocku. Zastosowana terapia (odma) w warszawskim szpitalu nie przyniosła oczekiwanych rezultatów, dlatego 9 grudnia 1947 roku w Sanatorium Akademickim w Zakopanem poddał się operacji usunięcia 9 żeber, tzw. torakoplastyki, uważanej wówczas za jedną z najpoważniejszych operacji płucnych. Operacja skończyła się sukcesem, a rozwój gruźlicy został opanowany. Po kilkumiesięcznej rekonwalescencji wiosną 1948 r. powrócił do Lasek, gdzie do roku 1952 pracował jako kapelan i nauczyciel w Szkole dla Niewidomych. Cieszył się względnie dobrym zdrowiem przez następnych 11 lat. W listopadzie 1959 r. rozpoczęła się jednak nowa, tym razem już ostatnia choroba – nowotwór węzłów chłonnych. Przez ostatnich 6 lat swego życia już jako proboszcz Izabelina, w wielkiej pokorze i ufności zmagał się z cierpieniem. Mimo kolejnych pobytów w szpitalach, pracy nie przerwał. Do końca wykazywał głębokie zainteresowanie troskami swoich parafian i licznych przyjaciół. Na rok przed śmiercią, pobyty w szpitalu przedłużały się już do kilku miesięcy. Nigdy nie narzekał, opiekujący się księdzem lekarze i siostry, po przelotnym grymasie bólu mogli się tylko domyślać jak bardzo cierpi. W ostatnich zapiskach mdlejącą ręką, która z trudem trzymała ołówek – wyznał: „Bóg jest niezmiernie dobry, że nie odebrał mi modlitwy. Często nie dbałem o Niego, ale On mi zawsze towarzyszył, oby był równie cierpliwy do końca. Na ulicy, w lesie, w polu, wśród zboża jest ze mną. Kiedy piszę to, jest też ze mną. Czuję szczęście w sercu”. Tajemnicę tego szczęścia usiłował przekazać tym, z którymi współcierpiał – chorym. Pisał dla nich, opiekował się nimi i wspierał duchowo. Z tego okresu pochodzą najpiękniejsze listy do Chorych, a także listy ze szpitala do Parafian.

Ostatnie kazanie wygłosił w czasie sumy niedzielnej 2 maja 1965 r. Ostatnią Mszę św. odprawił w Instytucie Onkologii w Warszawie 12 maja. 26 czerwca opuścił szpital, by powrócić do Izabelina, gdzie po ogromnych cierpieniach zmarł 15 lipca 1965 r. – do końca przytomny, żegnany przez tłumnie odwiedzających go parafian i przyjaciół.

Pogrzeb odbył się 17 lipca 1965 r w Izabelinie. Ksiądz Ali został pochowany na parafialnym cmentarzu wśród swoich, których ukochał.

Wspomnienia


 

Zdawał sobie sprawę z istoty swej choroby, ale w żadnej z rozmów nie okazywał lęku przed groźnym rokowaniem, nie odczuwało się świadomego czy częściowo podświadomego, tak częstego u chorych poszukiwania u lekarza zapewnień o wyjątkowych szansach na pomyślne zakończenie jego właśnie choroby. Jednocześnie zaś chciał żyć, cieszył się każdą poprawą, miał nadzieję, że dalsze leczenie pozwoli możliwie długo powstrzymywać rozwój choroby. Pogorszenia były na pewno dla niego ciężkimi przeżyciami, w obliczu których nie skarżył się, nie szukał pocieszenia, ale nie silił się na żadne bohaterskie pozy, był po prostu, po ludzku przybity i cierpiący. Sam przyznawał, że boi się bólu, ale jednocześnie dotkliwe bóle znosił niesłychanie cierpliwie, nie mówił o nich że są ciężkie.
W ostatnim okresie cierpiał ogromnie. Jak wyraził się jeden z lekarzy, żadne z cierpień możliwych w jego chorobie nie zostało mu oszczędzone. Właśnie wówczas ujawnił się zasadniczy rys jego osobowości, że nawet tak bardzo cierpiący, ciągle w pierwszym odruchu zwracał swą myśl ku drugim nie ku sobie.
Wśród wielu obserwacji z tej dziedziny przypominam sobie jak z czasie ostatniego pobytu w Instytucie, gdy bardzo mu już było trudno stać i chodzić dłuższą chwilę jak się zorientowałam czekał na korytarzu aż wyjdę z pokoju gdzie badałam innego chorego, dla załatwienia bez świadków sprawy oczywiście kogoś potrzebującego.
Maria Dąbska


 

Całe życie chorował bardzo ciężko i wiele cierpiał „Mam wielki szacunek dla bólu, dla zwykłego fizycznego bólu” powiedział mi kiedyś. Umiał go znosić z cudowną cierpliwością i umiał korzystać z niego – to była tajemnica między nim i Panem Bogiem. Kiedy w Otwocku robiono mu resekcję żeber – miał zaawansowaną gruźlicę, którą potem szczęśliwie zaleczono – nie pozwolił się uśpić i tę długą i b. bolesną operację zrobiono mu „na żywo”. Wydaje mi się, że nie chciał nic stracić z okazji cierpienia, bo znał jego wartość i umiał ją wyzyskać. Pamiętam, jak kiedyś skarżyłam mu się na jakieś swoje dolegliwości; spojrzał na mnie z lekkim zdziwieniem i … uśmiechnął się. To powiedziało mi więcej i więcej nauczyło od długiego kazania.
Idea Apostolstwa chorych – aby przyjąć, znosić i ofiarować Bogu swoje cierpienia była przez Niego realizowana w sposób pełen prostoty i siły. W tym być może leży klucz tajemnicy tej niezwykłej mocy wewnętrznej, która w nim mieszkała.
Kuszel Helena


 

Kiedy przyszłam do parafii w 1953 r., Ksiądz Proboszcz miał jeszcze nie zaleczoną gruźlicę. Dwa razy w roku jeździł na kontrolne badania do Warszawy do doktora Stopczyka. Ja nigdy nie pytałam o wyniki badania, ale Ksiądz mnie zawsze sam informował i mówił, co Mu doktór powiedział.
Pewnego razu – nie pamiętam, w którym to było roku – po jednej z takich wizyt Ksiądz oznajmił mi z wielką radością: „Siostro! – jestem zdrowy!” Na to ja dosyć „obojętnym głosem”: „No i co, to już Ksiądz nie będzie jeździł na te badania?” – „Nie!” Powiedział doktor, że jeśliby się coś zaczęło, to będzie to całkiem nowa choroba, bo ta jest za zakończona!” I rzeczywiście przez parę lat Ksiądz czuł się zupełnie zdrowy.
Wtem kiedyś – było to na pewno w początkach 1960 r. – zauważyłam szafce u Księdza rozpuszczoną penicylinę z igłą wbitą we fiolkę, co świadczyło, że Księdzu ktoś robi zastrzyki. Zastanowiło mnie to, bo dotąd zastrzyki Księdzu robiłam ja. Ale nie pytałam o nic.
Po kilku dniach Ksiądz mi oświadczył spokojnie i rzeczowo, że „teraz przez 10 dni będzie mnie zastępował ksiądz X., bo mnie się za bardzo rozrósł jakiś gruczoł i będą mi musieli to zoperować. Lekarze myśleli, że uda się to rozpędzić penicyliną.”
– A gdzie to będzie ta operacja?
– Na Wawelskiej.
Wtedy Ksiądz widząc mój niepokój, dodał z uśmiechem:
– No, przynajmniej sobie odpocznę!
Tak się dowiedziałam, na co była potrzebna penicylina w szafce, z którą pewnie chodził do ośrodka, a nie do mnie, żeby mnie nie martwić.
Na pytanie, kiedy ten zabieg ma być, Ksiądz odpowiedział, że wtedy, gdy otrzyma zawiadomienie, że jest miejsce w szpitalu. Wtedy też jedyny raz słyszałam, jak jęknął: „No i właśnie teraz, kiedy ja się tak dobrze czuję, jak nigdy w życiu – to muszę iść na operację!”
W szpitalu po załatwieniu wszelkich formalności znów był przykry moment, gdy siostra oddziałowa bardzo niedelikatnie i kategorycznie powiedziała: „No to siostra niech jedzie do domu, a ksiądz niech się rozbiera i kładzie na tej polówce” /na korytarzu/. Widziałam, jak trudno było Księdzu zostać samemu z tą chorobą wśród obcych ludzi, kręcących się po korytarzu.
Na drugi dzień, gdy przyjechałam do szpitala, już na parterze mnie ludzie zaczepili, pytając, skąd ten Ksiądz? I tu się wydało, dlaczego Ksiądz wolał jechać na sobotę i niedzielę do szpitala: był tam od pierwszego zaraz dnia nie tylko chorym, ale i duszpasterzem; zwolnił kapelana, a sam przejął jego obowiązki – wyspowiadał ludzi, Mszę świętą odprawił.
Operacja została wyznaczona na 2 lutego – pamiętam ten dzień, bo było to wielkie święto w parafii i dużo ludzi w kościele, dlatego do szpitala mogłam pojechać dopiero po sumie. Ksiądz już wtedy obudził się z narkozy i nawet napisał list do księdza Rękasa. Prosił mnie, bym go przeczytała i sprawdziła, czy jest dobry, bo „sam jeszcze po tej narkozie jest zawiany”. Prosił, żeby żadna z sióstr nie przyjeżdżała do niego na noc, bo „tutaj ludzie leżą po ciężkich operacjach i nikt przy nich nie siedzi, a u mnie po takim zabiegu ktoś by miał czuwać!” Ten „zabieg” to była 3-godzinna operacja, ale Ksiądz, jak zwykle, nie chciał być inaczej traktowany niż inni.
Po powrocie ze szpitala przez pierwszy rok Ksiądz jeździł co kwartał na kontrolne badania i za każdym razem mówił, że „nic tam u mnie szczególnego lekarze nie stwierdzili”. W następnym roku rozpoczęły się przerzuty i naświetlania. Po jednym z takich naświetlań Ksiądz był tak poparzony, że trudno mu było chodzić. Poprosiłam Księdza Tadeusza, żeby go namówił do położenia się do łóżka – jedna z sióstr miała mu robić opatrunki. Ksiądz sam mnie zapewnił, że nie wstanie, aż mu się zagoi. Pielęgniarka stwierdziła, że oparzenie jest poważne i dość rozległe.
Ale na trzeci dzień Księdza zastałam już na nogach: w zakrystii ubierał się do Mszy świętej a kiedy się zdziwiłam, odpowiedział po prostu, że mu się już zagoiło. Nie bardzo w to wierzyłam, ale potem pielęgniarka orzekła, że istotnie oparzenie przyschło i Ksiądz mógł chodzić swobodnie.
Wyjazdy do szpitala stawały się coraz częstsze; bywały wypadki, że jednego dnia Ksiądz wrócił ze szpitala, a na drugi dzień trzeba go było znów odwozić. W tej sytuacji konieczny był w parafii drugi ksiądz. Ksiądz Proboszcz chciał już od dawna mieć pomocnika, parafia się rozrastała. Od września 1963 r. przybył do parafii w charakterze wikarego ks.Bronisław P., którego święcenia odbyły się zupełnie wyjątkowo właśnie w parafii Izabelin.
Ksiądz Proboszcz był chory, często nieobecny, ale dom szedł swoim rytmem, a pracy w parafii trzeba było pilnować. Jeździłam do szpitala codziennie, bo Ksiądz chciał wiedzieć na bieżąco co się w parafii dzieje: żył sprawami ludzi.

s. Anna Bielawska


 

Ale tym, co wywarło na mnie największe wrażenie było pragnienie, które on wyraził i które realizował – cierpieć i umrzeć wśród parafian, aby pozostać obecnym i dostępnym dla nich aż do końca. I byłam wzruszona widząc ich przechodzących koło jego łóżka jak dzieci wokół swego ojca.
Mała siostra Magdalena od Jezusa