Jest takie czekanie, które już jest spotkaniem.
Jest takie całkowite wyzucie w ubóstwie, które już jest posiadaniem.
Jest taka pustka, która już jest pełnością.
Jest taka ciemność, która już jest światłością.
Jest taka cisza, w której już słyszysz
Niesłyszalnego, Milczącego.
Bracie, który nie wiesz na co czekasz
i trzymasz się kurczowo tego czego sobie nie cenisz,
jak rozbitek trzymający się deski w głębi oceanu.
I nie wiesz co robić z tym co masz,
jeżeli czujesz pustkę wśród gromady,
jeżeli chodzisz po omacku wśród blasków neonów
i łukowych lamp
Szpital Onkologiczny – czerwiec 1965, tekst niedokończony


Dziękuj Bogu za to, że dał słońcu złote promienie,
           jaskółkom czarne skrzydełka,
          a fiołkom czarowny zapach.
Dziękuj Mu za każdy płatek róży w brylanty rannej rosy przybrany,
za to, że dał zazulce czerwony nakrapiany pancerz,
że w burzy zaklął tchnienie swojej potęgi,
a błyskawicę związał z grzmotem.
Dziękuj za wiatr, który wieje na ‚Czarnym Szlaku’,
          za kości, które w kurhanach próchnieją
          i za futory Czahar spowite kwitnącymi wiśniami…
                                              brzękiem pszczół…
                                              i zapachem miodu…
Dziękuj za czarne noce i za stepowe mogiły,
          które strach przystroił w upiory i syromachy,
          za noce gwiaździste, upalne i mroźne,
          za dnie słoneczne, burzliwe i słotne
          i za to, że ci dał duszę wrażliwą na piękno.
Pamiętaj, że stworzył to wszystko z nicości
          dla chwały swojej
                    a twojego szczęścia,
I dlatego składaj Mu daninę uwielbienia
          od pól i lasów…
          stepów i mórz…
          od śniegów i lodów…
które się palą na szczytach gór o zachodzie słońca.
Głęboka 8 lipca 1942 r.

Kochaj Maryję, Niepokalaną Pannę,
bo jest czystsza niż łza sieroty,
świętsza niż promienny Serafin przed tronem Boga,
a bliższa tobie niż twoja rodzona Matka.

Kochaj Boga, bo jest nieskończenie piękniejszy niż wszystko, co stworzył.
* * *


 

Pamiętnik, którego nigdy nie było nie został opublikowany.
Pamiętam ze wzruszeniem, jak czytał mi go ksiądz Aleksander na głos w lesie pod gołym niebem, w czasie jednego z moich pobytów w Laskach.
Na pomysł tego pamiętnika mógł wpłynąć znany utwór Wizje świętego Ildefonsa czyli Satyra na wszechświat Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego wydany w 1937 r., ale ponawiany i znany bardzo po wojnie, pierwsze książki Lema, które -o ile wiem – ks. Aleksander śledził z zainteresowaniem, oraz pamiętnik Anielki Budkówny, który – zanim się pojawił w ‚Znaku’ (styczeń 1950) z komentarzem Stefanii Skwarczyńskiej – od pewnego czasu krążył już w Laskach w maszynopisach. Ksiądz Aleksander Fedorowicz pamiętnik ten lubił i pozostawał pod jego urokiem. Satyra Gałczyńskiego o końcu świata mogła mu sugerować temat – wyraźnie zapożyczony motyw Pandafilandy kreślącego obliczenia na tablicy ‚kreślił cyfry i znaki, logarytmy, zodiaki przez bardzo długie chwile’ – ale prawdopodobnie była mu duchem obca. Co innego pamiętnik Budkówny, bardziej dziecięcy niż dziecinny, zawsze mu pięknie bliski.
Pamiętnik, którego nigdy nie było jest bardzo prosty, nie wyszukany w kompozycji, naiwny i wdzięczny. Uwydatnia zmienność uczuć i myśli, szybkie tempo przedstawianych zdarzeń, budzi ciekawość czytelnika. Piętnastoletnia dziewczynka spisuje pamiętnik. Wszystkiemu winna jedna lekcja fizyki, w czasie której profesor wszedł do klasy, z miną astronoma Pandafilandy z satyry Gałczyńskiego, i oznajmił, że do sekretariatu ONZ nadpłynęły od uczonych astronomów alarmujące wieści o zbliżającym się za rok końcu świata. Przewidywane jest zderzenie się ziemi z nieznaną gwiazdą.
O jaką by gwiazdę chodziło? Nie ma żadnej gwiazdy, z którą nasz układ, nawet poruszając się z maksymalną szybkością światła, mógłby się spotkać przed upływem 5 do 6 lat od chwili zauważenia. Jest rzeczą nieprawdopodobną, żeby można było przewidzieć to zdarzenie z odległości jednego roku. Czy jednak alarmujące przypuszczenia były zupełnie bez podstaw?
Nie należy zapominać, że w czasie kiedy ksiądz Aleksander pisał omawiany utwór, pojawiały się w „Problemach” artykuły na temat dawno spadłych z przestworzy kosmicznych meteorytów na terytorium syberyjskich lasów i w okolicach Arizony. Meteoryty te, które nazywano swojego czasu «kamieniami z nieba» – omawiano zgodnie z ostatnimi zdobyczami wiedzy. Przypominano, że jak według teorii Jeansa wielkie słońce przed miliardem lat przechodziło w pobliżu naszego słońca, wydobywając siłą przyciągania pewną masę, która się stała ziemią, tak można przypuszczać, że nieznany kosmiczny olbrzym niespodziewanie napotka teraz ziemię, zderzy się z nią i tym razem zniszczy. Tajemnicze znaki na niebie trwożyły nas od czasu do czasu. Wystarczy przypomnieć znany obraz Grottgera „Kometa”.
Katastrofizm, motyw końca świata, odnajdujemy w wielu powojennych wierszach dyktowanych przez modną wtedy filozofię egzystencjalną, na ogół przystępną, bo oscylującą na granicy teologii i beletrystyki, filozofii i literatury. Zakochana autorka — przypominająca pannę z wierszy J. Pankowskiego ‚O panno z czarnym warkoczem od św. Kowalczykówny’ i słynne feapper z uroczych angielskich młodzieżowych powieści – przerażona jest wróżebnymi przewidywaniami. Historia podlotka w obliczu końca świata. Pierwsza młodość i pierwsze przerażenie ‚Poczwarki kobiecości’. Czytając pamiętnik, patrzymy piętnastoletnimi oczami na świat w oczekiwaniu katastrofy. Siedzimy razem, z autorką Zieloną Gęś Gałczyńskiego, drukowaną wówczas w „Przekroju”. Ksiądz Aleksander czytał prasę literacką i bardzo chętnie słuchał radia.
Dziecko nie wybiegające poza ramy swego dziecięctwa, może uzyskać swoją pełnię i głębię, ponieważ nie czas jest budowniczym, ale intensywność jego wewnętrznego życia. Jednakże poza głębokością spostrzeżeń – tak jak we wspomnianym pamiętniku Anielki Budkówny – odnajdujemy pogodną naiwność. Dziewczynka kocha Franka, ale oburza się, gdy nazywa ją „gęsią od Gałczyńskiego”; podglądając zbliżający się kataklizm, ma żal do gwiazdy, która może sprawić tyle kłopotu, maluje po kryjomu usta, przegląda się w lustrze, waży się, żeby linii nie stracić; zazdrości kościotrupowi, że się już nie potrzebuje obawiać końca świata, myśli o śmierci i o modnej wiosennej sukience w kwiaty.
Ks. Aleksander, prowadząc zasadniczo łatwy temat, unika umiejętnie banału, łatwego moralizowania, które tak grozi księżom. ‚Weszłam do kościoła — pisze dziewczynka, jakby pod wpływem lektury fragmentów powieści Undset Krzak gorejący. Było już trochę ciemno. W ławkach zobaczyłam dużo rozmaitych ludzi i było bardzo cicho i spokojnie (…) w konfesjonale pod ścianą siedział – ksiądz i spowiadał. Od czasu do czasu słyszałam ciche pukanie i ktoś odchodził. Było coraz ciemniej, a z przodu przed głównym ołtarzem świeciła się czerwona lampka i mnie się zdawało, że tam ktoś jest i na mnie woła (…) Podeszłam do konfesjonału, uklękłam i powiedziałam księdzu, że nie wierzę w Pana Boga, ale się całowałam z chłopcem, i żeby mnie rozgrzeszył, bo chcę mieć serce czyste. Ksiądz powiedział, że mi rozgrzeszenia dać nie może, ale serce już mam czyste, bo Bóg.widział moje łzy, i żebym przychodziła, do kościoła, wieczorem, tak jak dzisiaj’.
Może należałoby wypytywać dziewczynkę – nawracać, nie odprawiać. bez rozgrzeszenia, wydaje się jednak, że spowiednik nie chciał się narzucać duszy, uważał że sam Bóg jest jej kierownikiem. Byle tylko nie przeszkadzać w tym, co się w niej z natchnienia Bożego zaczęło. Skoro pragnęła mieć serce czyste i żałowała, było to już najlepszym dowodem, że nie dostrzeżony przez nią Bóg stawał się widoczny. Ksiądz Aleksander był uczniem księdza Korniłowicza, który uważał, że spowiednik, wtedy jest kierownikiem duszy, kiedy po prostu stoi na straży tego, co Bóg w niej budzi.
Nie przeszkadzać duszy sobą, nie mówić jej za dużo od siebie, ufać bardziej Bogu niż sobie – przypominał mi kiedyś w czasie jednej z rozmów. Gdyby zaczął przekonywać, nawracać, gdyby udzielił rozgrzeszenia, mogłaby odejść w przekonaniu, że już jest wszystko w porządku. W słowach wypowiedzianych do niej: ‚Nie mogę ci udzielić rozgrzeszenia, ale przychodź do kościoła tak jak teraz’ – kryło się przekonanie, że Bóg pragnie od niej teraz czegoś więcej, niż wygodnego spokoju, że się jest już rozgrzeszonym. Może nie wypada strzelać z wielkich armat, dotykać filozofii, omawiając taki drobiazg, jakim jest pamiętnik podlotka, ośmielę się jednak podać jeszcze kilka nasuwających mi się uwag:
Ksiądz Aleksander, który w artykule „Odpowiedź” (zob. wyżej str. 259) stojąc na stanowisku tomistycznym pisze:
„przez kontemplację rzeczy stworzonych ludzki umysł dochodzi do kontemplacji Boga. Im więcej wnika w rzeczywistość świata, jego piękno, harmonię, prawa, rozwoju, tym jaśniej odczytuje prawdę o Bogu, która się narzuca jako spontaniczny wniosek” – podchwytuje teraz egzystencjalistyczne tendencje czasów w których żył. Zbliża się do świętego Augustyna. ‚Niespokojne jest serce moje, dopóki nie spocznie w Bogu’ – pisał święty Augustyn. W obliczu katastrofy świata dziewczynka odnajduje Boga. Bóg, powiedziałby Pascal, pojawia się jako ‚odwrotna strona: rozpaczy’.
Przychodzi do konfesjonału, tym razem wyznaje, że wierzy. Nie tyle ze strachu, jak mówi, ale dlatego, że zaczęła myśleć. Komu z nas, czytającemu o jej decydującej spowiedzi, nie przypomina się spowiednik Anielki w nowelce Bolesława Prusa. On też milcząc, zasiania twarz fularową chustką.
Pod bardzo prostymi tekstami księdza Aleksandra Fedorowicza kryje się pamięć najlepszych źródeł i świadomość nastrojów czasu. Pamiętam, kiedyś wpadłem do Lasek, kiedy ksiądz Aleksander prowadził rekolekcje dla sióstr. Pozwolono mi wejść i posłuchać. Po konferencji zapytano księdza Aleksandra, co myśli o znanym powiedzeniu: ‚Smutny święty — to żaden święty’. Odpowiedział, że święty jest człowiekiem prawdziwym, a człowiek prawdziwy płacze i się uśmiecha, że najpiękniejszy uśmiech ma ten, który najwięcej cierpiał. Zwrócił przy tym uwagę, że w Mszale po modlitwie w intencji kapłana, bezpośrednio znajduje się modlitwa o dar łez (20 pro seipso sacerdote, 21 pro petitione lacrimarum).
Pamiętnik, którego nigdy nie było jest naprawdę drobiazgiem, żartem. Możemy jednak odgadnąć, że ksiądz Aleksander Fedorowicz dzięki wrodzonemu darowi prostoty przełożył na język dziecka wiele tematów poważnych, z jakimi się stykał w swojej pracy. Uczynił to z uśmiechem. Cały pamiętnik jest uśmiechnięty, tym uśmiechem, który pięknieje w miarę jak przychodzi cierpienie. Wskazuje na zainteresowanie humanistyczne, lekturę, która weszła w podświadomość, wrażliwość, na słowo – to, co zbliża do ludzi. Mówiono wiele o uśmiechu księdza Aleksandra, Uśmiech, ten pozostał na jego fotografiach, oczywiście na tyle, na ile może fotografia cokolwiek z uśmiechu ludzkiego ocalić. Nie był na, pewno zewnętrznym, przelotnym urokiem twarzy, rodził się od wewnątrz, od niewidocznej strony serca, jak pogodne patrzenie duszy dojrzewającej do cierpienia.

  Reportaż z końca świata


 

Jest dzisiaj dużo ludzi wierzących w Boga i nieśmiertelność duszy, a z drugiej strony wielu ludzi zaprzeczających istnieniu jakiejś innej rzeczywistości poza materią. To zjawisko posiada znaczenie dla wielu spraw ważnych zarówno dla wierzących, jak i niewierzących. Sięga ono głęboko w dziedzinę myśli, uczuć, wzajemnych między ludźmi stosunków itp. Jak każde zjawisko o ogólnym charakterze może być ono ujmowane i rozpatrywane z bardzo wielu punktów widzenia.
Niestety do tego faktu, że są ludzie wierzący i niewierzący, najczęściej podchodzi się od strony tylko polemicznej i negatywnej.
Pychą nadęty chrześcijanin, nie mniej pyszny i materialista, zamknięci każdy w swojej opancerzonej twierdzy, rzucają jeden w drugiego srogie pociski, które w ich mniemaniu są niezawodne i dlatego najczęściej z wielkim zgorszeniem stwierdza jeden i drugi, że pociski takie mocne w jego ręku bezsilnie spadają nie raniąc nikogo. Jeden ciska z nieba swoje ‚anathema sit’ lub uzbrojony we włócznię celowości, czy przyczynowości, chce dosięgnąć przeciwnika znajdującego się poza zasięgiem jej ostrza. Tamten zaś wyrzuca strzały szyderstwa zapalone naukowością, mające rozjaśnić mroki kołtuństwa i ciemności średniowiecznych.
Nad jednymi i drugimi rozciąga Chrystus ukrzyżowane ramiona i trudno zgadnąć, czy bardziej Go boli nienawiść jednych, czy pycha i brak miłości drugich. Jedni i drudzy są niby wyrozumiali, ale w gruncie rzeczy są zawzięci i bezwzględni w osądzaniu tych, którzy myślą inaczej.
Zdaje mi się, że można, zostawiając na boku fundamentalne zresztą zagadnienie prawdziwości tego czy tamtego poglądu na świat spojrzeć na całą sprawę ludzi wierzących i niewierzących z wielu innych punktów widzenia. Myślę, że nie tylko można, ale i warto to zrobić.
Ludzie w ogóle, a nasz naród szczególnie, są skłonni do zacietrzewienia. Łatwo stawiamy sobie w myśli i uczuciu jakąś granicę. Wszystko, co po naszej stronie, jest dobre i słuszne, wszystko, co po drugiej, złe i potępienia godne. Ta zawziętość i nienawiść nieuchronnie wypacza obiektywny obraz świata. Materialiści (…) patrzą, na świat oczami jasnymi, odważnymi. Nie ma czarownic ani wilkołaków, noszą w sobie poczucie mocy i to przeświadczenie, że patrzą na wszystko trzeźwo, naukowo. Wiele wiedzą (…). Wiedzą, że nic tam nie ma innego poza materią i prawami, które nią rządzą. Nie boją się niespodzianek, tajemnic, przypadków, bo w materii nie ma niespodzianek, tajemnic, przypadków.
Nie boją się Boga, bo nie ma Boga. W ręku mają niezawodny klucz ukuty z czterech praw dialektycznego rozwoju materii. Ten klucz pozwala im wniknąć we wszystkie tajniki bytu, bo jedynym rzeczywistym bytem jest materia, a prawa rządzące rozwojem materii jedynymi prawami, według których kształtuje się rzeczywistość. Myśl jest przejawem materii w jej najwyższym rozwoju.
Człowiek, jedyna istota obdarzona myślą, utworzona drogą nieskończonego łańcucha przemian z materii martwej, poznał prawa rządzące rozwojem materii. Przez świadome kierowanie tymi prawami człowiek będzie dowolnie przekształcać świat. Potrzebny mu jest tylko proszek materii — ilość sama. Jakość będzie całkowicie dziełem człowieka. Już dzisiaj dowolnie przemienia atomy, złoto w srebro, żelazo w miedź. Tworzy nowe, nie istniejące dotychczas pierwiastki. Rządzi życiem, tworzy nowe gatunki zbóż i owoców. Fale energii świetlnej przemienia w cząsteczkę, cząsteczkę w światło, a zbliża się chwila, gdy będzie nie tylko rządzić, ale i dobrowolnie tworzyć. Szczęśliwe, radosne, wszechmocne dziecko opętane boskim szczęściem tworzenia. Boga nie ma, ale jest człowiek do Boga podobny. Nie oszukał nas, gdy mówił ten, którego nie ma także: będziecie jako bogowie.
Materialista nie boi się śmierci, bo śmierci nie ma, jest tylko koniec życia. Wieczność to chyba jeden przymiot nie istniejącego Boga, z którego zrezygnował człowiek (…).
Inaczej patrzy na świat chrześcijanin. Nie gorzej od materialisty zna tajniki świata materialnego, ale im głębiej wnika w wielkość świata dostępnego w doświadczeniach i harmonii praw nim rządzących, tym jaśniej zarysowuje się w jego świadomości potęga i mądrość Stwórcy. W jego rozumieniu rzeczywistość materialna, dająca się rozłożyć na pierwotne elementy energii i masy biegnące po krawędzi czasu nad przepaścią nicości, w żaden sposób sama siebie nie tłumaczy. Ceni sobie świat materii i podobnie jak marksista pragnie go sobie podporządkować. Pamięta odwieczne przykazanie, że ma ziemię czynić poddaną. Tam, gdzie chodzi o budowanie, poznawanie, tworzenie, staje chętnie do pracy obok marksisty, nigdy jednak nie zgodzi się na to, że doskonalenie materialnych warunków bytu jest ostatecznym sensem ludzkiego istnienia.
Chrześcijanin (…) nie chce wierzyć, że martwa nierozumna materia wskutek czysto mechanicznych przemian ułożyła się w mądrze zorganizowany świat. Pomimo całego światła płynącego z nauk przyrodniczych ciągle dotyka tajemnic. W jego rozumieniu teoria ewolucji może być stwierdzeniem pewnych faktów, ale nie ich wytłumaczeniem. Ona porządkuje zaobserwowane zjawiska, ale ich nie tłumaczy i – przeciwnie – sama najbardziej wytłumaczenia wymaga. W rozumieniu chrześcijanina świat tym, czym jest, nie stał się sam, bo to, czego nie ma, samo się stać nie mogło. Chrześcijaninowi się wydaje, że w miarę jak nauki przyrodnicze coraz jaśniejsze światło rzucają na cienką warstwę materialnej rzeczywistości dla doświadczenia dostępnej i jej granice – tym ostrzej zaznaczają się kontury ciemności, z których się wynurza nasz ziemski świat. Świat bogaty, piękny i dziwny choć tak bardzo znajomy.
Jaskółka, która ostrym lotem przecina powietrze i gruba przekupka królująca wśród marchwi, pietruszki i kalafiorów, gdy czerwonymi palcami zgarnia miedzi alki z twarzą mocną, nieustępliwą, brzydką, a w gruncie rzeczy dobrą, wytarte kocie łby na krakowskim rynku, słońcem zalana przestrzeń i hejnał z wieży Mariackiej, dwie kłócące się kobiety, dorożkarz w meloniku wsłuchujący się w monotonny tętent końskich kopyt, para narzeczonych całujących się w cieniu kasztanowych liści, są czymś więcej niż mozaiką protonów i elektronów.
W miarę jak chrześcijanin wchodzi na ścieżkę prawd swojej wiary przez Boga objawionej, postępuje wśród coraz gęstszych ciemności. Coraz jaśniej i coraz ciemniej. Coraz więcej trudności i szczęścia, o których człowiek niewierzący pojęcia mieć nie może i coraz więcej bólu. Rozdarcie grzechu i pragnienie Boga. W swojej wędrówce spotyka krzyż, śmieszny i głupi w oczach pogan, gorszący dla Żydów, a na krzyżu Chrystus, dobrze znany Jezus z Nazaretu. (…).
 Chrześcijanin nie może uciec spod krzyża, nawet gdyby chciał. Czasem zwija się z bólu pod ciężarem istnienia, cierpienia, wieczności, pod strasznym brzemieniem prawdy swojego grzechu. Łatwo jest się ślizgać po powierzchni życia religijnego, chlapać się w wodzie przy brzegu. Gdy otchłań zaczyna ciągnąć, Bóg, nieskończoność, wieczność, krzyż Syna Człowieczego, zmartwychwstanie i te ciemności, straszne ciemności tajemnicy bytu, wówczas przerażenie ogarnia, człowieka. Chciałby wyskoczyć z wody i razem z innymi budować pałace na złotym brzegu beztrosko, w poczuciu własnej nieskończonej mocy, niepomny, że o krok huczy ocean – ale wie, że go cienka warstwa czasu i piasku nie uchroni przed spotkaniem z otchłanią. Nie może uciec, nie może wyrwać kartki z historii, bo sam by siebie okłamał. Wie, że gdyby wyrwał tę jedną, to musiałby kolejno wyrywać wszystkie następne, aż do tej ostatniej, wszystkie kartki z naszej ery.
 Nie może odciąć korzenia bez powalenia całego drzewa. Zna historię krzyża w duszach ludzkich i w swojej własnej duszy. Widzi jasno, że życia Chrystusa, Kościoła, świętych w żaden sposób nie da się wcisnąć w (…) ramy materialistycznej dialektyki. Na tę samą rzeczywistość patrzy innym okiem. W Lourdes przy kanonizacji każdego świętego widzi coraz to nowe wyłomy w tym niezmiennym, ustalonym zdawałoby się systemie praw rządzących naturą. Widzi bezpośrednią ingerencję Boskiej mocy. (…) Niewiele też pomaga mu twierdzenie, że działały tu jakieś nie wyjaśnione jeszcze przez naukę prawa. Bo nie o nie wyjaśnione, ale właśnie o te najbardziej zasadnicze i najpewniejsze chodzi prawa, gdy w rękach prostego księdza Bosco pomnażał się chleb, tak jak kiedyś w rękach Chrystusa, lub gdy w jednym momencie odrasta brakująca kość albo zanika ogromny guz pod wpływem krótkiej modlitwy, zanurzenia w wodzie czy przeżegnania Hostią.
Kiedy się zastanowimy, jaka jest różnica między człowiekiem wierzącym a niewierzącym, i chcemy wniknąć w ich psychikę, to trzeba by powiedzieć, że każdy z nich patrzy na tę samą rzeczywistość innym okiem i w innym świetle. Mogą to być ludzie nawet najbliżsi sobie i najbardziej się kochający, dwaj bracia czy dwie siostry, względnie nawet ten sam człowiek, który tę samą rzeczywistość przedtem widział inaczej, a teraz inaczej. Człowiek wierzący tracąc wiarę nagle staje na piasku, a cała tamta rzeczywistość zapada się gdzieś. (…)
Nieraz zachodzi także zjawisko przeciwne. Człowiek spokojnie spoczywający na piasku razem z innymi, cieszący się promieniami materialnego światła, z przerażeniem lub radością zaczyna rozumieć, że pod cienką warstwą dostępnej dla doświadczenia rzeczywistości kryje się wszechmoc Stwórcy. Istnienie tych dwóch sposobów spojrzenia na świat jest faktem historycznym, muszą się z nim liczyć zarówno materialiści, jak i wierzący.
Oczywiście, że to, co w tym artykule napisałem, jest ogromnym uproszczeniem bardzo złożonego zagadnienia tych dwóch sposobów spojrzenia na świat, ich wzajemnego stosunku. Chodziło mi jednak o to, by pokazać, że zagadnienie takie istnieje..
Są dwa spojrzenia na świat, ale są też ludzie, którzy tak czy inaczej na rzeczywistość patrzą. Między materialistycznym a chrześcijańskim poglądem nie może dojść do porozumienia ani kompromisu, bo istotę materializmu stanowi zaprzeczenie Boga, a fundamentem chrześcijaństwa jest afirmacja Boga.
Zachodzi teraz pytanie o charakterze moralnym – jak powinny się układać stosunki między ludźmi, którzy w odmiennym świetle ujmują świat. Nie wiem, jak odpowiedziałby na to pytanie marksista w świetle swojej materialistycznej etyki. […] Jest rzeczą zupełnie pewną, że pierwsze i największe przykazanie miłości rozciąga się na wszystkich ludzi, a więc także na tych, którzy myślą inaczej. Ma zatem chrześcijanin rzeczywisty i ścisły obowiązek czynnej miłości w stosunku do nich. Winien zatem życzliwość, przychylność i pomoc we wszelkich potrzebach. Chrześcijanin nie ma prawa uważać się za lepszego od tych, o których sądzi, że są w błędzie, i ich potępiać lub pomawiać o złą- wolę. Sędzią ludzkich sumień jest sam Bóg. Tylko On zna wszystkie drogi ludzkiej myśli, zna stopień winy i odpowiedzialności. Na szczęście u Boga ‚miłosierdzie przewyższa sąd’. Niestety wielu chrześcijan ma inną postawę i niechęć w stosunku do błędu przenoszą na osobę człowieka. W miejsce szacunku i miłości dla bliźniego rodzi się lekceważenie, pogarda, sąd. Nie zdają sobie sprawy z tego, że przez taką postawę może bardziej się oddalają od Chrystusa niż ci, których sądzą. Jeżeli chrześcijanin w obronie chrześcijaństwa schodzi z płaszczyzny nauki Chrystusa, to czyni jak ten, który podcina korzeń drzewa, na którym sam siedzi.
Wachlarz ludzi nie uznających istnienia Boga podobnie jak i wierzących jest bardzo szeroki. W swoich rozważaniach brałem pod uwagę przede wszystkim marksistę i chrześcijanina jako dwa najbardziej charakterystyczne typy odmiennego spojrzenia na świat.
 INNE WIDZENIE ŚWIATA DZIŚ NIŻ KIEDYŚ
Materialista: Dawniej za każdym węgłem kryła się tajemnica, miejsce na Boga. Dziś rozszerzyły się granice świata i naszej o nim wiedzy. Wygnane duchy, rusałki, boginki z drzew, gajów i strumieni. Wygnani aniołowie z gwiazd, którymi mieli cierpliwie obracać. Zabraliśmy im gwiazdy, zmierzyli i zważyli. Wygnaliśmy Boga, już Go nie ma w zasięgu teleskopu ani elektronowego mikroskopu. Nie ma Go w fizyce  i biologii. Znamy świat, ale nie znamy Boga.
Teista: Nasze pojęcia o Bogu były dziecinne, ale czyste. Dzisiaj przez pryzmat nowoczesnej wiedzy, widzimy Go większym, absolutnie niewyobrażalnym, ale jeszcze bardziej koniecznym. Tajemnica bytu zostaje coraz bardziej zepchnięta na swoje prawdziwe pozycje, do granic, gdzie się kończą miary i wagi. Sytuacja staje się coraz bardziej przejrzysta, dlatego właśnie, że wiemy, co to jest piorun, znamy bakterie i wirusy powodujące choroby, mierzymy odległości między mgławicami. Nie domagamy się od rusałek, aby czuwały nad leśnymi strumieniami, ani od aniołów, by kręcili gwiazdami, ale za to zwykły kamień leżący na ziemi, pajączek huśtający się na swojej długiej nitce i promień słońca gubiący się na półce wśród zakurzonych książek staje się tajemnicą wyciągającą’ ręce do Boga, bo pod dobrze znaną, dotychczas oczywistą i nie wzbudzającą żadnego niepokoju formą kamienia ukryła się olbrzymia masa odległych od siebie atomów pozostających w nieznanym, nie wiadomo przez co powodowanym ruchu, zdolnych się rozpaść, by się przemienić w olbrzymią energię. Kamień przestał być zrozumiały. Czym jest materia, atomy, energia, kto je zaklął, aby były zwykłym kamieniem leżącym na ziemi, który może kopnąć każdy przechodzący drogą? Zawieszony na nitce pajączek także jest z atomów, tylko jest ich dużo mniej niż w kamieniu. Jakie dziwne i przecież nie ślepym przypadkiem kierowane siły spowodowały, że te odległe atomy tworzą pajączka obdarzonego oczkami, wspinającego się swoimi ruchliwymi nóżkami po nitce mocniejszej w proporcji do swej grubości od lin stalowych?
* * *
– Gdy przyjmę komunię św. mam świadomość spotkania z najbliższym Przyjacielem, z którym można obcować bez słów.
– Ale jak ksiądz może wierzyć w realną obecność Chrystusa w opłatku?
– Wierzę temu, co powiedział kiedyś ‚bierzcie i jedzcie, to jest Ciało moje’ ‚Kto pożywa Ciała mego i pije Krew moją, we mnie mieszka, a ja w nim’.  ‚Jestem z wami po wszystkie dni do skończenia świata’.  Wierzę Mu niezłomnie, bo wierzę w miłość i jestem szczęśliwy.
– To można nazwać tylko ciemnotą, głupotą, szaleństwem w końcu.
– Szaleństwem jest Jemu nie wierzyć, jeżeli się wie, kim On jest.
– Przecież to jest postawa irracjonalna, niegodna człowieka XX wieku.
– O, przepraszam. Mam dokumenty historyczne pierwszorzędnej jakości, które mi mówią, że Chrystus był mądrzejszy, lepszy (…).
Na jakiej podstawie ci, co „myślą racjonalnie, sądzą, że ich wiedza wyczerpuje prawdę o rzeczywistości? Na przykład, że poza bytami materialnymi nie ma żadnego innego istnienia?
Utkałeś nasz świat z fal elektromagnetycznych i cząsteczek elementarnych. Ciężkie słonie i komary brzęczące, promienie słońca, zapach fiołka i lotne jaskółki, pędzące mgławice i ziarno piasku, spłoszoną sarnę i uczonego, śledzącego prawa cybernetyki. Czy w ważce zawieszonej nieruchomo w powietrzu jest coś więcej niż atomy i energia rządzona nierozumnymi prawami? Czy roślina, zwierzę, człowiek jest tylko tym, z czego jest, czy jest również tym, czym jest? Scholastycy mówią o istocie rzeczy i formie substancjalnej, Kant twierdzi, że rzecz sama w sobie jest niepoznawalna, idealiści sprowadzają wszystko do myśli. Dzisiejszy człowiek olśniony naukami doświadczalnymi, zniechęcony niesprawdzalnością i mnogością teorii metafizycznych zadowala się miarą, wagą, opisem rzeczy.
Z chwilą, gdy jakąś rzecz nazwą, zaklasyfikują, gdy jakieś prawo czy teorię sformułują i sprawdzą, uważają sprawę za załatwioną do czasu, gdy nowe doświadczenie nie zmusi szukać nowej nazwy, klasyfikacji czy nowej teorii. Wszystko jest jasne, precyzyjne, w miarę ściśle ujęte. Przy. bliższej analizie cała ta pewność i precyzyjność myślenia przyrodniczego wspiera się na wielkich niewiadomych. Nie tylko dlatego, że sprowadzając wszystko do materii i energii, nie wiedzą, czym jest materia i energia, ale dlatego także, że nazwanie i zaklasyfikowanie rzeczy i zjawisk ani sformułowanie praw nie jest równoznaczne z ich rozumieniem.

 

Różne są cmentarze. Są cmentarze wiejskie, często zarośnięte trawą i krzakami, pełne świergotu ptaków, wilgotne, pogodne, zapomniane. Są cmentarze w wielkich miastach, przywalone ciężkimi płytami marmuru i cementu, poprzecinane gładkimi ścieżkami; rzeźby, kapliczki, krzyże wysokie, kopcące lampki, kwiaty w szeregu. Są cmentarze wojenne, pokorne, czujne, zdyscyplinowane wśród pól, lasów i łąk. Są groby samotne, kurhany stepowe, cierpliwe i ciężkie piramidy faraonów.
Ludzie nie lubią myśleć i mówić o śmierci, a groby uważają za rzecz bardzo ponurą i smutną, tym smutniejszą, że nieuniknioną. Tymczasem dla chrześcijanina myśl o śmierci wcale nie jest smutna, lecz bardzo pouczająca. Wśród grobów tajemnica czasu i istnienia w jakiś szczególny sposób narzuca się naszej świadomości. Cmentarze są śladem wczorajszego dnia, który był niegdyś równie mocny, jedyny i ważny, jak dzień dzisiejszy.
Byłoby jakąś wielką ciasnotą zamknąć ludzką myśl w ramach bieżącej chwili. Przeszłość nie przestaje być ważna, ale przeciwnie, zachowuje ogromne znaczenie i to nie tylko dlatego, że jest wielu więzami związana z przyszłością. Wszystko, co się przesunęło przez tajemniczą soczewkę istnienia, było, i już się nie może obrócić w nicość absolutną. Byt jest rzeczą najbliższą nam, a równocześnie najbardziej tajemniczą. Powiedzmy szczerze, że nie rozumiemy naszego własnego istnienia, ani nie pojmujemy, dlaczego istnienie taki właśnie przybiera kształt.
W każdej chwili świat jest tym, czym jest, ale nie jest jeszcze tym, czym się za chwilę stanie. Cała rzeczywistość świata materialnego sprowadza się do nieskończenie ostrej granicy pomiędzy ‚będzie’ a ‚było’. Wszystko, co nas otacza, i my sami wynurzamy się nieustannie z ciemnej nocy przyszłości. Ciągle na nowo się stajemy. Można powiedzieć, że Bóg ciągle stwarza świat, kiedy swoją wszechmocą wyprowadza z nicości jutrzejszy dzień.
Z czasem jest w ogóle dziwna historia. Nie ulega wątpliwości, że chwila, gdy zaczynałem pisać to zdanie, już przeminęła. Ale właściwie co minęło? Ta sama góra pokryta lasem stoi za moim oknem jak stała, podobnie też kwiaty na stole, tylko pająk pod oknem posunął się o trzy centymetry. A jednak w pewnym znaczeniu wszystko przeminęło, bo to, co było, już nie jest. Z jednej strony uderza jakaś wspaniała potęga bytu materialnego świata. Piętrzą się olbrzymie skały, woda cierpliwie lśni w głębokich studniach, ciepły wiatr porusza gałązki jabłoni. Świat jest. Każdym atomem, każdym promieniem, kroplą potu, która spływa po twarzy żniwiarza — świat jest. Wszechmoc stoi poza nim. Świat trwa. Z drugiej strony w samym pojęciu trwania zamyka się przemijanie i ciągłe stawanie się. Mówi się o niszczycielskim działaniu czasu, o ‘zębie czasu’. I rzeczywiście podobno nawet najtwardsze skały wietrzeją, góry zamieniają się w piasek, nie tylko studnie, ale i morza wysychają, a liście jabłoni pożółkły.
Świat materii poddaje się biernie, posłusznie i nieświadomie swojemu losowi. Tylko ludzka myśl wyłamuje się z granic czasu, krąży nad wielkim cmentarzyskiem przeszłości, wygrzebuje z ziemi gładzone czy łupane kamienie, które człowiekowi służyły przed tysiącami lat, odbudowuje ruiny zamków, zagłębia się w żółte pergaminy, nad którymi się pochylał średniowieczny mnich. Myśl cofa się do chwili powstania ludzkości, powstania ziemi, układu słonecznego, śmiało posuwa się po szlakach milionów i bilionów lat, zagłębia się w mgławicy, nie ukształtowanej jeszcze materii i gdziekolwiek widzi ruch czy jakąkolwiek zmianę, szuka przyczyny. Staje w końcu u progu tego wszystkiego co zmienne, u granic czasu, który jest miarą zmiany, tam, gdzie się już nic nie staje, tylko jest Ten, który jest wieczny, poza czasem, Stwórca świata i czasu.
Myśl unosi się nie tylko nad gruzami przeszłości, ale śmiało zanurza się w tajemnicze, pełne nadziei fale przyszłości. Człowiek wychodzi naprzeciwko jutrzejszego dnia świadomie i cierpliwie, jak żniwiarz w gorący letni czas. Godzina po godzinie żnie jak sierpem, zostawiając za sobą snopy przeżytych dni. Życie człowieka jest żniwem dla Boga. Człowiek ma. w ręku nie tylko glinę własnego życia, ale nadaje też świadomie kształt światu, który go otacza. Tworzy, bo jest do Boga podobny. Nadaje kształt tej rzeczywistości, która przez jego ręce wraz z czasem przepływa. Ten dar tworzenia w sobie samym i w świecie największą na człowieka nakłada odpowiedzialność.
Powróćmy do naszych cmentarzy. Oni już zeszli z pola, ustąpili nam miejsca, a sami poszli po zapłatę. Chwila spotkania człowieka z Bogiem jest chwilą całkowitej prawdy. Wszystkie tytuły, etykietki, zasłony, kostiumy i foremki odpadają, pozostawiając człowieka w całkowitej, nagiej prawdzie tego, czym jest. Tam już nie ma miejsca na udawanie. Jeżeli miał w duszy prawdziwą miłość, to jest jak lampa płonąca światłem nie swoim, lecz Bożym; jeżeli miłości nie ma, to chociażby był obwieszony różańcami i orderami, a owinięty sławą, nic mu nie pomoże.
Cmentarz nie jest miejscem smutnym. Oddycha się na nim szeroką przestrzenią czasu. Chwila bieżąca przestaje być jedyną ważną chwilą. Bóg i wieczność pochyla się nad tajemnicą naszego istnienia.

 

Ośmielam się w tym artykule z punktu widzenia nienaukowego osądzać nauki. Dlatego proszę nie domagać się ścisłości, jednoznaczności, precyzji pojęć. Zwykle się dzieje przeciwnie: z wysokości katedry nauki feruje się wyroki, osądza się autorytatywnie wartość: naszych zwykłych . codziennych prawd. Nasz potoczny język w przenikliwym świetle naukowej analizy okazuje się ogromnie wieloznaczny, nie dający gwarancji, że twierdzenia w tym języku formułowane są słuszne. Nauki mają prawo i obowiązek sądzić i oceniać wartości naszych ostatecznych prawd. Niemniej jednak (…) nawet największy uczony, gdy zamawia obiad w restauracji lub kłóci się z żoną, czyni to z pomocą zwykłego ludzkiego języka i nie ma żadnej wątpliwości co do jego użyteczności i prawdziwości. Kiedy więc tak staję ze swoim śmiałym, okrągłym, nieodpowiedzialnym słowem w obliczu wielkich nauk filozoficznych, matematycznych, przyrodniczych, humanistycznych, muszę najpierw wyrazić podziw dla ich piękna i osiągnięć. Jednakże wścibska potoczna myśl trochę złośliwie od razu stara się odbrązowić (…) niezaprzeczalną wielkość nauki. Wspaniała fizyka teoretyczna, potrząsająca bombami atomowymi, sięgająca śmiało po panowanie nad księżycem i gwiazdami, gdy chodzi o prawdę, trudzi się niezmiernie, by urodzić taką hipotezę, czy też taką strukturę matematyczną, która najlepiej wytłumaczy wszystkie zaobserwowane dotychczas w doświadczeniu zjawiska.
Niepokalana i bez skazy matematyka, która tak wspaniałomyślnie i bezinteresownie służy naukom przyrodniczym, udzielając im coś ze swojej pewności, ze wstydem kryje swoje własne podstawy, niepewna czy można im przypisać wartość obiektywną, czy też cała ta wspaniała budowa nie jest czystą konwencją, umową. Jej tezy są na pewno pożyteczne, ale czy na pewno prawdziwe? Nauki humanistyczne interesują się człowiekiem, ale czy go naprawdę znają?  Historia „magistra vitae“ tym pewniej i bardziej jednoznacznie określa przeszłość, im mniej zachowało się źródeł. Czyż nie budzi podejrzeń czcigodna zasada, że uczony dopiero z perspektywy lat może właściwie ocenić jakieś historyczne zjawisko? Czy prawdziwości nie myli się tutaj ze zubożeniem i uproszczeniem obrazu? Obserwując wspaniałe budowle nauk, potoczne słowo z satysfakcją spostrzega, że nawet te najczystsze muszą się do niego o pomoc uciekać. Jest im ono tak potrzebne jak rusztowanie przy budowie wysokiego domu. Inne, mniej ambitne nauki wprost budują ze, zwykłych potocznych pojęć, oczyściwszy je tylko z grubsza z wieloznaczności i nieścisłości. Co więcej, zwykła potoczna myśl, gdy się raz odważyła sądzić wielkość nauki, zauważyła, że są one ubogie. Ich wielkość z ubóstwa wyrosła. Można by mówić o jakiejś szczególnej ascezie nauk, im czystsza jest nauka, tym surowsza asceza dobrowolnego ubóstwa. Rzeczywistość, to, co jest, prawda, jest bez porównania bogatsza, niż to, co o niej mówią nauki. Za wielki stopień pewności swoich zdań nauki muszą płacić rezygnacją z bogactwa rzeczywistości, wśród której się poruszają.
Język potoczny jest dlatego najbogatszy, że jest nieodpowiedzialny. Niech się czcigodne nauki nie gniewają, że spróbuję wyciągnąć wnioski z tego, co powiedziałem. (…)
 LISTOPADOWE MYŚLI
Język potoczny jest bardzo ‚prawdziwy’, fundament i tło wszystkich języków naukowych. Jest ręką, która pozwala posługiwać się tamtymi wspaniałymi, precyzyjnymi, bezdusznymi narzędziami. Można sobie pomyśleć maszynę elektryczną, która spełni pracę genialnego fizyka, ale nigdy nie spełni pracy matki, która wychowuje dziecko.
Rzeczy najprostsze są najbardziej niezrozumiałe. Z rzeczy najprostszych najprostszy jest Bóg.
Czas opanowaliśmy, osiodłali zegarami. Nasz subiektywny stosunek do czasu się zmienił. Musieli pilnować czas, liczyć dnie, nie mogli się umówić na godzinę. Czas czterech wymiarów i nic więcej? Nazwano, sklasyfikowano, posłużono się opisem, ale czy zrozumiano? Siwiejący człowiek – inny stosunek do czasu niż dziecko. Narzekamy na życie, cierpienie (cieszymy się). Tak jakby trwało, a tymczasem zapada się w nicość. Mamy jakieś przeczucie niezniszczalności bytu. To, co było, jakoś musi być. A może opanujemy czas, zaczniemy poruszać się po przeszłości i przyszłości, tak jak po teraźniejszości? A może czas zrobi nam jakieś niespodzianki (figle)?
Jesteśmy zamknięci w kuli czasu. Wieczność może jest dużo prostsza sama w sobie i bardziej zrozumiała niż istnienie w czasie. My się stajemy – Bóg jest. Rozłożyliśmy już rzeczywistość na elementy najprostsze, ale czy przez to lepiej ją rozumiemy?
CZY JEST JESZCZE MIEJSCE NA WIARĘ?
Czy jest jeszcze miejsce na wiarę? Czy języki ‚sformalizowane’ i nie sformalizowane, naukowe wyczerpują rzeczywistość? Czy nawet nasz język potoczny tak szeroki i rozległy jak granice myśli ludzkiej, choć tak zawodny, wyczerpuje możliwości i rzeczywistość istnienia?
Czy granice poznania są granicami istnienia? Czy uprzedziliśmy naszymi myślami Byt? Skrępowani jak cementowymi brzegami strumień górski?
PERSPEKTYWY WIARY
Jesteśmy katolikami i wierzymy w to, co Bóg objawił, a Kościół Chrystusowy naucza.
Religia chrześcijańska […] jest prawdziwa. W oczach katolika stanowi jednorodną całość, gdyż każda prawda wiary, niezależnie od jej treści, zawiera tę samą pewność opartą na powadze Objawienia. Skład apostolski odmawiamy jednym tchem. Uznając tę zasadę w pełni, katolik powinien pamiętać, że przy takim spojrzeniu istnieje niebezpieczeństwo zatracenia właściwej perspektywy w stosunku do poszczególnych prawd. Dobrze ustawione życie religijne musi się opierać o właściwe proporcje w świecie nadprzyrodzonym. Zatracenie poczucia proporcji grozi spaczeniem i spłyceniem religijności. Sprawy drugorzędne mogą się wysunąć na pierwszy plan, a sprawy najważniejsze mogą zmaleć w świadomości człowieka religijnego, lub nawet całkiem zniknąć i wtedy mamy do czynienia z namiastką religii. Środki do celu mogą zająć miejsce samego celu.
Punktem wyjścia, ośrodkiem i celem ostatecznym religii chrześcijańskiej  jest Bóg. W jakimś rozumieniu w chrześcijaństwie Bóg to jest wszystko, Rzeczywistość transcendentna, umysłem stworzonego w żaden sposób nieogarniona, a równocześnie najbliższa, powinna się narzucać człowiekowi wierzącemu jako sprawa jedynie w ostatecznym sensie ważna. Bez osobistego stosunku chrześcijanina do Boga cała struktura jego religijności stałaby się formą pozbawioną treści.
Miłość Boga ponad wszystko i ponad siebie decyduje o nadprzyrodzonym życiu człowieka.
Wiara chrześcijańska ma swoje perspektywy i swoje proporcje, z których chrześcijanin powinien sobie zdawać sprawę, by spraw drugorzędnych nie wysuwać na pierwszy plan. Niezależnie od tego, jak chrześcijaństwo wygląda w przeżyciu poszczególnych chrześcijan, Nowy Testament, chrześcijaństwo, ma u korzeni, w swoim zwieńczeniu i w całej swej strukturze czysty monoteizm, który przejęło ze Starego Testamentu. Bóg Abrahama i Bóg Jakuba, i Bóg Izaaka, i proroków, Jezusa, Piotra, Augustyna, Benedykta, Tomasza, Franciszka jest Bogiem papieży, biskupów i każdego chrześcijanina.
Stosunek do Boga decyduje w chrześcijaństwie o wszystkim. Stosunek ten jest oznaczony i określony przez samego Boga. Abraham ze Składu apostolskiego rozumiałby prawdopodobnie tylko pierwszy artykuł, ale jego wiara obejmowała wówczas pełnię prawdy objawionej i dlatego leżała całkowicie na linii wiary chrześcijańskiej, czy też przeciwnie — wiara chrześcijańska leży całkowicie na linii wiary Abrahama. Każdy z nas chrześcijan wierzy w tego samego Boga i temu samemu Bogu co Abraham.
Dopiero w perspektywie prawdy o Bogu, wszystkie inne nabierają właściwych wymiarów. Im pełniejsza świadomość Boga, tym żywszy stosunek do wszystkiego, co Jego dotyczy.
Religia chrześcijańska jest religią objawioną. Źródła chrześcijaństwa tkwią w bezpośredniej interwencji Boga. Świadectwem tej interwencji i jej historią jest Pismo święte. Najstarsze ślady aż u początku rodu ludzkiego, potem przepaść tysiącleci czy setek tysiącleci, by w czasie ostatnim odezwać się znowu do Abrahama i jego rodu, z którego wyszedł Zbawiciel Świata. Jest więc chrześcijaństwo zaszczepione głęboko w ludzkość przez samego Boga. Objawieniu ze strony Boga odpowiada ze strony człowieka wiara, nadzieja i miłość, które ustawiają go wobec jego Stworzyciela.
Uważamy, że większy jest człowiek, który przerasta siebie, niż ten, co sam ze sobą zostaje. To chyba właśnie jest potępienie czy odrzucenie, że człowiek sam ze sobą pozostanie na zawsze, że sam sobie będzie Bogiem. Aby potępić człowieka, Bóg nie potrzebuje nic czynić innego, jak tylko spełnić jego życzenie.
Ateiści czynią nam zarzut, że stawiając Boga na pierwszym miejscu jako cel wszystkiego nie możemy być humanistami, bo wszystko co ludzkie, samego człowieka i jego dobro podporządkowujemy Bogu. Zarzut zupełnie słuszny, jeżeli humanizm oznacza uznawanie człowieka za dobro najwyższe, któremu wszystko winno być podporządkowane. W naszym języku tak pojęty humanizm jest równoznaczny z ubóstwieniem człowieka. Już pierwsza pokusa sprzeciwu człowieka wobec Boga Stworzyciela szła po tej linii: ‘Będziecie jako bogowie’ mówi [wąż] do Ewy w raju (por. Rdz 3, 5).
Murzyni na Wybrzeżu Kości Słoniowej podobno wierzą w Boga Ducha Stworzyciela. Mają nawet słowo na to, by go nazwać. Cała jednak ich religia i formy kultu nie sięgają Boga, ale zatrzymują się na różnych fetyszach, przesądach, magicznych obrzędach. Między ich religia a Bogiem nie ma relacji. Odnosi się ona do sił przyrody, które personifikuje.
Największe szczęście człowieka polega na kontemplacji Prawdy, Dobra i Piękna. Jeżeli Boga nie ma, to prawda jest bezrozumna, choć może być zrozumiana, dobro jest w samolubstwie albo nierozumnym altruizmie, który także jest formą samolubstwa, a piękno jest subiektywnym przeżyciem, które razem z człowiekiem umiera.
Jeżeli ateiści często myślą inaczej, to dlatego, że wbrew głoszonemu przez siebie bezbożnictwu, wierzą w Prawdę, Dobro i Piękno.
Jeśli chrześcijanie często tak właśnie myślą i rozumują, to dlatego, że nie wierzą w Boga, lecz w boga, którego sami sobie na swój obraz i podobieństwo stworzyli. Dużo ateistów dlatego jest ateistami, że w takiego ‚boga’ wierzyć nie chcą. Dopiero w świetle prawdy o Bogu i Jego stosunku do ludzi wszystkie inne prawdy wiary chrześcijańskiej nabierają właściwych sobie wymiarów.
W chrześcijaństwie Bóg zajmuje zupełnie specjalne miejsce. Nie tylko jest przedmiotem wiary i czci, którą Mu chrześcijanie oddają, tak jak i wyznawcy innych religii monoteistycznych, ale jest przyczyną i źródłem całego systemu religii chrześcijańskiej. Cała ‚inicjatywa’, jeśli tak powiedzieć można, w stopniowym rozwijaniu się prawdy objawionej aż do Chrystusa, w którym ta prawda znalazła swoją pełnię, była po stronie Boga. Można powiedzieć, że Mahomet jest twórcą islamu, Budda — buddyzmu, Konfucjusz — konfucjonizmu.
Każda z tych religii stanowi system religijny przez swego założyciela utworzony. W genezie chrześcijaństwa ludzie byli tylko narzędziami: Abraham, Mojżesz, prorocy.
Świadomość Absolutu, Istoty Najwyższej posiadają wszystkie religie monoteistyczne. Według relacji etnologów spotykamy ją również u ludów bardzo prymitywnych. Nieraz nas, chrześcijan, zawstydza prosta pewność Boga, którą widzimy u mahometan czy hinduistów.
O życiu chrześcijan można mówić, wychodząc od założeń ogólnych, teoretycznych w płaszczyźnie teologii albo też w płaszczyźnie praktycznej, wychodząc od konkretu. Ponieważ nie jestem teologiem, lecz proboszczem, to drugie spojrzenie jest mi bliższe. Nie mamy wątpliwości, że życie Bernadetki Soubirous i życie wielkiego Augustyna było życiem chrześcijańskim, podobnie jak życie Pawła z Tarsu, Franciszka z Asyżu czy Teresy Martin. Dlatego nazywamy ich świętymi. Ich życie jest niezawodnie dziełem ich samych, ale nie tylko ich samych, bo także Boga, a nawet przede wszystkim Boga. Sprawa w płaszczyźnie teologicznej niezmiernie trudna, nawet nie próbuję jej dotykać, bo się na tym nie znam. W praktyce jednak jest prosta. Oni wierzyli i kochali i dlatego ich życie nazywamy życiem chrześcijańskim. Każdy z nich miał jakiś osobisty, bezpośredni, najbliższy kontakt z Bogiem. Zaufanie, miłość, przyjaźń z natury swojej jest działaniem dwóch, bo żeby wierzyć i kochać musi być dwóch, i dlatego życie chrześcijańskie jest dziełem dwóch.
Św. Augustyn był grzesznikiem, a Bernadetka Soubirous niewykształconą dziewczyną wiejską, a jednak jakoś bliższy jest św. Augustyn św. Bernadetce niż wielkiemu, szlachetnemu mędrcowi Konfucjuszowi. Łączyło ich to, co jest specyfiką chrześcijaństwa – nadprzyrodzona wiara i miłość.
Chrześcijaństwo ze swojej istoty jest życiem, jakąś nową formą życia, która polega na jedności z Bogiem i z ludźmi przez miłość. Gdy mówimy o ‚życiu chrześcijański’, dobrze jest pamiętać, że to pożyteczne zresztą sformułowanie kryje w sobie jakąś tautologię.
Życie chrześcijanina dziełem Boga i człowieka:
  1. Kto to jest chrześcijanin i o jakie życie chodzi;
  2. Bóg jest pierwszą przyczyną życia chrześcijańskiego; Stworzenie, Odkupienie, Zbawienie (życie Chrystusa jest życiem Kościoła)
  3. Udział człowieka w jego życiu chrześcijańskim.
Takie sformułowanie ustawia w płaszczyźnie teologicznej problem łaski, wolnej woli.
 Kto to jest chrześcijanin?
Co decyduje o tym, że jest chrześcijaninem?
Życie chrześcijanina dziełem Boga i człowieka:
przez prawdę i jej przyjęcie,
przez łaskę i dobrą wolę,
przez życie w Kościele.
Całość ujęta w płaszczyźnie praktyki życia chrześcijańskiego.
Kto jest chrześcijaninem, gdy mówię, że życie chrześcijańskie jest dziełem Boga i człowieka? Czy jest nim każdy człowiek  ochrzczony, nawet jeżeli jest obojętny w stosunku do wiary, a w życiu nie kieruje się zasadami chrześcijańskimi? Oczywiście nie. Nawet jeżeli ktoś przyznaje się do wiary i jest tak zwanym człowiekiem praktykującym, ale lekceważy sobie prawo Boże, to jeszcze go nie nazwiemy chrześcijaninem w takim znaczeniu, w jakim dzisiaj to słowo chcemy rozważyć. Bliższym chrześcijaństwa będzie ten człowiek, który nie zna Ewangelii, ale żyje zgodnie z zasadami w niej zawartymi, niż ten, który Ewangelię wyznaje, ale się nią w życiu nie kieruje. Chrześcijaninem nazywa się ten, kto należy do Chrystusa. Mówi się zaś o kimś, że do Chrystusa należy nie tylko dlatego, iż ma wiarę Chrystusową, lecz także, ponieważ spełnia akty cnót w duchu Chrystusowym, jak świadczą o tym słowa św. Pawła w liście do Rzymian (8, 9): ‚Jeśli ktoś ducha Chrystusowego nie posiada, ten nie należy do Niego’ i jeszcze dlatego także, ponieważ za przykładem Chrystusa umiera grzechom według tego, co mówi list do Galatów (5, 24): ‚Którzy Chrystusowi są, ciało swoje ukrzyżowali wraz z grzechami i pożądliwością’. Ewangelie nie znają jeszcze pojęcia chrześcijanina. Tych, którzy uwierzyli w Chrystusa, nazywają uczniami Pańskimi. Św. Łukasz wyraźnie określa okoliczności, w których po raz pierwszy nazwano w Antiochii uczniów Chrystusowych chrześcijanami. Paweł i Barnaba ‚cały rok przebywali tam w Kościele nauczając mnóstwo wielkie, tak, że najpierw w Antiochii nazwano uczniów chrześcijanami’‘ (por. Dz 11, 26). – Można więc w nomenklaturze Pisma św. postawić znak równości między pojęciem chrześcijanin a uczeń Pański.
Chrystus stawia w Ewangelii swoim uczniom, a tym samym chrześcijanom, bardzo jasny program. Jednakże chrześcijaństwo jest nie tylko programem, doktryną, ale jest samym życiem, jak powiedziano. Kościół nie jest organizacją, jak inne organizacje, które od zewnątrz ustawiają swych członków poprzez programy i deklaracje ideowe, ale jest organizmem. Chrześcijaninem nazywam w tym referacie człowieka, który wierzy w Chrystusa i żyje według Jego nauki. (…)
Życie chrześcijanina, a więc tego, który wierzy w Chrystusa i żyje według Jego nauki jest dziełem Boga i człowieka.
Chrześcijaństwo jest religią ‚historyczną’. Jest jakimś wykończeniem wielkiego procesu rozwojowego myśli religijnej. Od Abrahama zaczynając, a na zesłaniu Ducha Świętego kończąc – inaczej niż w innych systemach religijnych – inicjatywa jest nieustannie po stronie Boga. On każe Abrahamowi wyjść z Ur Chaldejskiego i wędrować do Ziemi Obiecanej. Zawiera z nim przymierze, które będzie nieustannie łamane przez niewierny naród i nieustannie potwierdzane przez Boga. Wybrani przez Boga ludzie będą tylko narzędziami, których zadaniem będzie słuchać, wierzyć i przekazywać ludowi to, co otrzymali. Mojżesz się wymawia od posłannictwa, które mu Bóg wyznacza. Jeremiasz, gdy go głos Boga przynagla, skarży się: ‚… A, a, a, Panie…’ (por. Jr 1, 6). Jonasz z narażeniem życia uciekać będzie przed Bogiem, inni prorocy aż nazbyt często prześladowaniem i życiem płacić będą za twarde słowa, które im Pan Bóg, kierować każe do królów i narodu żydowskiego.
Chrześcijaństwo jest religią objawioną, dalszym ciągiem myśli Bożej, która się od czasów Abrahama rozwija, a nawiązuje do pierwotnych pojęć o stworzeniu. Nie ma jakiegoś założyciela religii chrześcijańskiej, jest natomiast bezpośrednia interwencja Boga, która na przestrzeni kilkudziesięciu wieków wkroczyła w sprawy jednego rodu nomadów, by się stać sprawą narodu, a w następstwie całej ludzkości.
Religia Abrahama, Mojżesza, Dawida, Jeremiasza, Machabeuszów. Jana Chrzciciela, Piotra z Kafarnaum i Pawła z Tarsu to jest jedna, i ta sama religia, rozwijająca się w sposób historyczny, ogromnie konsekwentny na przestrzeni wielu wieków, aby doprowadzić do tego, co się stało w Betlejem, na Golgocie i w dniu Zielonych Świąt.

 

Nowe Przymierze między Bogiem a ludem tym się różni od Starego Przymierza, że dokonane zostało i przypieczętowane, czy też ratyfikowane nie krwią zwierząt ofiarnych, ale Krwią Syna Bożego. Stary Testament był przygotowaniem i figurą tego, co się dokonało w Nowym Testamencie.
Ponieważ chrześcijaństwo jest religią objawioną, a objawienie z natury swojej postuluje wiarę w to, co zostało objawione, więc nie ma chrześcijaństwa bez wiary. Wiary żądał Bóg od Abrahama. Wiary domaga się Chrystus od uczniów. Wiary domaga się Kościół od katechumena, zanim wejdzie w drzwi świątyni.
Życie chrześcijańskie to jest życie człowieka, który wierzy Chrystusowi i stara się żyć według zaleceń Ewangelii. Sprawa jest aż żenująco prosta w swojej istocie. To, o czym będę mówić, to nie będzie apologetyka. – Zakładam, że wiemy, dlaczego wierzymy. Nie będzie to też teologia. – Zakładam, że wiemy, w co wierzymy. Nie jestem apologetą ani teologiem, lecz proboszczem, mam parafian. Moim zadaniem jest starać się, by ich życie było chrześcijańskie. – Pragnę się zastanowić, co czyni Bóg i co uczynić ma mój parafianin, by jego życie było życiem chrześcijańskim.
Już samo rozgraniczenie, w jakiej mierze życie chrześcijańskie jest dziełem Boga, a w jakiej mierze dziełem człowieka – jest niebezpieczne. Działanie Boga w tym, co najistotniejsze, jest czymś tak bardzo od wewnątrz, tak bardzo własnym, że wytyczenie granic przy pomocy naszych grubych pojęć jest mocno ryzykowne. Gdzieś na tej linii leży jeden z najtrudniejszych, a może nierozwiązalny problem laski i wolnej woli człowieka.
Wiemy, że do chrześcijańskiego życia potrzebna jest koniecznie i łaska, i wolna, a dobra wola człowieka. Możliwe, że podobnie jak u korzeni bytu naturalnego, tak i u podstaw życia religijnego i przy analizie rodzącego się aktu miłości, bo o ten akt przecież właśnie chodzi, nasz poznawczy aparat jakoś zawodzi. (…)
* *
Perspektywy wiary zmieniają się, tak jak się zmienia widok Tatr w oczach turysty, który spod Gubałówki wchodzi na szczyt Giewontu. Wiara jest ta sama i filozofia oparta na najogólniejszych pojęciach bytu jest na ogół ta sama, ale perspektywa na prawdy wiary i na podstawowe założenia filozoficzne zmienia się w miarę rozwoju wiedzy i postępu nauk.
Przez długie wieki religia objawiona stała wobec politeizmu, który wcale nie był tak bardzo głupi, jak się nam dzisiaj wydaje. Człowiek nie znający skomplikowanych sił przyrody i ich wzajemnej zależności szukał w religii wyjaśnienia otaczających go zjawisk, dlatego wypełnił świat bóstwami i nimfami. W miarę gdy monoteizm zdobywał pozycje pogańskich bożków, musiał przejmować wielką część ich funkcji.
Tam, gdzie nie znano naturalnego splotu przyczyn wywołujących jakieś zjawisko, dopatrywano się często specjalnej interwencji Boga. Jowisz ciskał pioruny, ale i Bóg Starego Testamentu leciał na skrzydłach burzy, dzisiaj rozumiemy, że Opatrzność Boża działa przez prawa natury. Bóg stał się większy i w pewnym znaczeniu dalszy, mniej namacalny i mniej przemawiający do wyobraźni, podobniejszy do Boga filozofów. Poza samym aktem stworzenia i cudami, już się nigdzie nie dopatrujemy nadzwyczajnej interwencji Boga, lecz tym bardziej podziwiamy mądrość, której tajemne drogi śledzą uczeni w świecie. Może kogoś zdziwi, że wspomniałem o cudach. – Czyż rozwiązanie ich zagadki nie jest po prostu sprawą odkrycia jeszcze nie znanych praw natury? Powoli przestaną być dziwne, tak jak przestało być dziwne tyle tajemnic przez naukę wyjaśnionych. Różnica jest zasadnicza. Tajemnice, które nauka wyjaśnia, tylko dlatego były tajemnicami, że nie znano jej praw. Za cuda dzisiaj uważa się te zjawiska, które się dokonują na tle doskonale znanych i niezaprzeczalnych praw natury. Postępy nauki zmieniają perspektywy wiary.
Pojęcie Boga i Jego istoty nie zmieniło się, gdy ludzie zrozumieli właściwe proporcje materialnego wszechświata i ziemia stała się mniej niż pyłkiem w kłębowisku gwiazd i mgławic. W niczym to nie dotknęło religii ani filozofii bytu. Wszystkie uznane prawdy zachowały swą wartość, ale jakże się zmieniła perspektywa wiary w Stworzyciela nieba i ziemi. Już średniowieczni teologowie mówili o kilku rodzajach nieba, o tym najbliższym – materialnym i innych, coraz mniej materialnych. Cała ta struktura była skrojona na miarę ludzkiej wyobraźni.
Wszystkie nauki św. Tomasza mniej światła rzucały na wielkość i mądrość Boga niż nauka dzisiejszych astronomów. Teoria względności, wielowymiarowości świata, przechodzenia materii w energię i odwrotnie, dziwny świat atomów i cząsteczek w coraz to nowych perspektywach ukazuje Boga, świat i człowieka. Gdy mówię Ojcze nasz, to łatwiej dzisiaj rozumiem, że mówię do Tego, który jest poza kategoriami czasu i przestrzeni, niż mógłbym to zrozumieć temu sto lat. Stworzyciel mgławic odległych o miliardy lat światła i przeróżnych cząsteczek składających się na atom jest dalszy i bliższy niż był Bóg św. Tomasza, choć jest to zupełnie ten sam Bóg, Ten, którego istotą jest istnienie, absolutnie niepoznawalny, akt czysty niczym nieokreślony, wyprowadzający swą wszechmocą świat z nicości do istnienia. Dzisiejsza nauka coraz lepiej rozumie, jak utkany jest świat materii i gdy prowadzi nas na krawędzie jego istnienia, bliższą się staje tajemnica stworzenia.
Nauki przyrodnicze, a przede wszystkim fizyka, uzyskały tak wspaniałe wyniki dzięki wielkiej dyscyplinie wewnętrznej i trzymaniu się właściwego sobie terenu i metody, czyli eksperymentu i sprawdzania. Dziwolągi fizyki starożytnej i średniowiecznej były skutkiem przemieszania fizyki z filozofią. Istnieje dziś pewne niebezpieczeństwo zafascynowania naukami fizycznymi i matematycznymi. Nie w tym znaczeniu, że się przecenia ich wartość, bo trudno je przeceniać, ale w tym znaczeniu, że jest się skłonnym przypisywać im monopol na poznanie i na prawdę. Zwłaszcza logika symboliczna nasuwa kłopot dla ludzkiego myślenia, jeśli się nie chce pozostać w jej precyzyjnych i sztucznie sztywnych ramach. Nie znam się na tym, ale zdaje mi się, że nawet fizyka nie może wstrzymywać ‘porządnego myślenia’.
Otóż wydaje się, że myślenie ‘nienaukowe’ w sensie nauk przyrodniczych i matematycznych może być bardzo prawdziwe, a jego wnioski pewne. Życie nam daje tego codzienne dowody. Zafascynowani naukami zatracamy często poczucie ogromnej wartości języka potocznego. Nieścisły, ale bogaty, giętki, żywy, nie. znający granic i barier, on tylko jest zdolny sprostać ogromnej różnorodności świata, który nas otacza i który w nas jest. Wartość i skuteczność potocznego myślenia i mówienia stwierdzamy na każdym kroku, choć równocześnie zdajemy sobie sprawę, że pewność wniosków, przy pomocy takiego mówienia i myślenia zdobytych jest często znacznie zubożona.
Wydaje mi się zresztą, że i nauki ścisłe nie ruszyłyby z miejsca bez pomocy potocznego języka. Mniej lub więcej sformułowane i ścisłe języki poszczególnych nauk  przypominają oddziały ciężkiej jazdy zakute w zbroję.
Perspektywy wiary zmieniają się również pod wpływem rozwoju nauk historycznych, a także w zależności od czasu i epoki, w której patrzymy na prawdę objawioną.
Gdy o początkach człowieka mówiła jedynie tylko Biblia, było zupełnie zrozumiałe, że bierze prastare opisy dosłownie. Nie było bowiem żadnej racji, by poddawać w wątpliwość ich wartość. Po dokładnych obliczeniach i zsumowaniu wieku patriarchów obliczono wiek ludzkości na 6 000 lat przed Chrystusem. Jakże inaczej wyglądała perspektywa, a nawet sam sens religii objawionej niż dzisiaj, gdy wiemy, że ludzkość istnieje setki tysięcy, a może i milionów lat.
Przedtem wszystko było jasne, proste, w bardzo konkretne uchwycone formuły.
Z chwilą, gdy zobaczyliśmy przepaść kilkudziesięciu tysięcy pokoleń ludzkich, które wyprzedziły przyjście Chrystusa, sprawa odkupienia w chrześcijaństwie istotnie nabrała olbrzymich wymiarów w sensie retrospektywnym. Chrystus na krzyżu zbawił nie tylko świat, który będzie, ale świat, który był przede wszystkim.
Perspektywy wiary zmieniają się również wskutek rozwoju techniki. Człowiek staje się coraz bardziej samodzielny. Coraz mniej zależny od sił przyrody, a przeciwnie, siły przyrody stają się coraz bardziej uległe człowiekowi. Narzuca się pytanie, czy nauki stanowią jedynie możliwe obiektywne widzenie świata. Czy sądy wypowiedziane o rzeczach, aby były prawdziwe, muszą należeć do fizyki, chemii czy innej nauki tego typu? Na pewno nie.
Rzeczywistość jest bez granic bogatsza niż jakieś określone jej widzenie. Dlatego możemy ją ujmować w najrozmaitszych kategoriach, sądach. To samo ciało człowieka, dziewczyny, inaczej widzi fizyk, chemik, biolog, teolog, moralista, esteta, naukowiec, [inaczej znów siostra, matka, narzeczony, ona sama i w końcu Bóg, który ją stworzył].
Wszystkie te widzenia mogą być obiektywne i prawdziwe, chociaż są zupełnie odmienne. Monopol zapałczany czy tytoniowy jest jakimś ograniczeniem wolności. Monopol na prawdę o rzeczach czy o rzeczywistości jest ograniczeniem rozumu.
Czy wobec tego mogą być różne prawdy?
Oczywiście, ale w różnych językach i różnych płaszczyznach. Zasada sprzeczności nic nie traci ze swojej siły. Dwa zdania sprzeczne nie mogą być prawdziwe. Jeżeli jedno jest prawdziwe, drugie musi być fałszywe. Aby jednak zdania mogły być sprzeczne, muszą być powiedziane w tym samym języku.
Dlatego z licznych zdań prawdziwych, które powie o dziewczynie esteta, żadne nie będzie sprzeczne z równie prawdziwymi zdaniami, które o niej powie chemik.

 

Zbyt rzadko myślimy o tym, że jest Bóg. A tymczasem jest to sprawa niezmiernie ważna, nie zdajemy sobie sprawy z tego, do jakiego stopnia jesteśmy Jego własnością.
Malarz nadaje barwy i kształt obrazowi, cała treść i sens obrazu pochodzi od niego, mówimy, że obraz jest jego własnością. A jednak malarz nie stwarza obrazu, bo posługuje się istniejącą już materią, a nawet ta treść i kształt, które mu nadaje, nie są w pełni własnością malarza, bo ich nie stworzył, lecz w jakiś sposób otrzymał od świata i w sposób sobie właściwy przelał na płótno.
Stworzenie jest własnością Boga w znaczeniu absolutnym. Materia i cała forma, treść i kształt tego, co sobą nazywamy, kiedy mówimy ,’ja’, są stworzone. Wszystko, co we mnie jest, aż do samego końca, jest własnością Boga i nie tylko co we mnie, czyli natura moja, ale i ja sam, czyli moja osoba do Niego należy. Wszystko, co mam i czym jestem, jest z Jego ręki i w Jego ręku.
To prawda, że jestem samodzielny i wolny. Mogę się nawet Bogu sprzeciwić i Jego nakazy łamać. Cała jednak moja samodzielność i wolność, i wynikająca z nich zdolność buntu przeciw woli Boga jest właśnie od Niego, bo On dał mi wolną wolę i rozum, abym był na obraz i podobieństwo Jego.

 

Kochany  Ludwiku!
Czy pamiętasz owe niekończące się rozmowy na najbardziej zasadnicze tematy z zakresu filozofii, które prowadziliśmy, chodząc po krużgankach uniwersyteckich i po ulicach miasta? Krążyliśmy wpatrzeni w końce własnych butów, nie zwracając uwagi na ludzi, którzy nas mijali, ani na samochody jadące środkiem drogi. Dyskutowaliśmy cierpliwie i długo, z jakimś zawziętym uporem, wciąż te same podstawowe zagadnienia teorii poznania i metafizyki o której zresztą nie mieliśmy wtedy pojęcia. Najczęściej chodziliśmy we trzech: Ty, Piotr i ja. Piotr się czasem zapalał w rozmowie i zaczynał się wtedy jąkać. Ty mówiłeś spokojnie, niekiedy tak jak gdybyś się z lekka naśmiewał, czy drwił.
Ponad brukiem ulic, które tak wytrwale deptaliśmy, przeleciało z krzykiem i ze zgrzytem czołgowych gąsienic piętnaście lat. Nasze ślady zostały starte twardym, bezmyślnym krokiem wojskowych butów, nasze myśli rozpłynęły się zawstydzone gorączkowym biciem serca łączniczki, niosącej w koszyku granaty. Wiele się przez te lata zmieniło i może trudno by nam było wrócić do dawnych dyskusji. Piotr się ożenił i ma już dwoje dzieci, ja zostałem księdzem. Tylko Ty jeden pracujesz naukowo i nadal poważnie zajmujesz się filozofią. Chcę się podzielić z Tobą paroma uwagami, które mi się nasunęły na temat metafizyki, tak jak ją dzisiaj widzę na tle sposobu myślenia współczesnego człowieka. Myśli te są dla mnie nowe i niepokojące, sam nie umiem zdać sobie sprawy, w jakiej mierze są słuszne, ale intuicyjnie czuję, że dotykam w nich jakiejś wielkiej i płodnej prawdy.
Wydaje mi się przede wszystkim, że są sprawy ważniejsze niż teoretyczne dyskusje. Rzeczywistość, która jest w nas i poza nami, jest mocniejsza niż wszelka konstrukcja myślowa. Stwierdzenie tego faktu leży u samych podstaw metafizyki i dlatego zgadzam się z materialistami, że jest wielkim błędem, gdy się w filozofii zbyt daleko odbiega od tego, co nam jest dane w bezpośrednim doświadczeniu wewnętrznym czy zewnętrznym.     
Przychodzi mi na myśl, że metafizyka jest niczym innym, jak rezultatem intensywnego przeżycia rzeczywistości swojego własnego istnienia i tego wszystkiego, co nas otacza. Jest ona próbą zamknięcia w kategoriach pojęć tego wielkiego wstrząsu, który przeżywa rozumna i do refleksji zdolna istota przy zetknięciu się z rzeczywistością.
Można przeżyć całe życie i napisać dzieło filozoficzne, a nie zauważyć tego, że się jest, nie przeżyć w sobie wprowadzającego w zdumienie kontaktu z istnieniem. I to bodaj że jest największym kalectwem nowożytnej myśli i kultury, że się do rzeczywistości podchodzi tylko od strony zjawiskowej, a nie metafizycznej, tak jak błędem myśli starożytnej i średniowiecznej było podejście do niej tylko od strony istotowej, metafizycznej, z pominięciem doświadczenia w sensie nauk przyrodniczych. O ile ten drugi błąd o całe wieki opóźnił rozwój współczesnej cywilizacji wraz z jej wspaniałymi naukami przyrodniczymi, techniką itd., o tyle ów pierwszy błąd skazuje naszą świetną cywilizację na wewnętrzną jałowość i pustkę.
Nie wiem, czy nie jest słusznym zdanie, ze w pogoni za cywilizacją zgubiliśmy kulturę. Tu już nie chodzi o akademickie dyskusje profesorów i filozofów, ale o cały sposób myślenia współczesnego człowieka, który zastanawia się tylko nad tym, jaka jest rzeczywistość i jakie życie, a zapomina o tym, że jest. Cała uwaga współczesnego człowieka jest nastawiona na zewnętrzną, zjawiskową stronę życia. Ludzie troszczą się tylko o to, jak sobie najbliższe dnie, tygodnie i lata urządzić i są bardzo zmartwieni, kiedy umierają, bo panie już nie będą mogły nosić modnych kapeluszy, a panowie przestaną grać na giełdzie, bawić się w politykę i cieszyć się kobietami. Zupełnie z oczu tracą to, co najpiękniejsze i największe, a mianowicie sam fakt życia i tej rzeczywistości, która ich otacza. Miałbym prawie ochotę powiedzieć, że w tym jest jakaś diabelska sztuka, że poprzez dobre skądinąd i godne pochwały drogi ludzka myśl doszła do tego, że człowiek, pełną dłonią czerpiąc z życia i z rzeczywistości świata, zapomniał o tym, że jest.
Wydaje mi się, że wbrew pozorom, nauki przyrodnicze, technika i to wszystko, co kształtuje świadomość dzisiejszego człowieka, nie tylko nie wzmogły, ale przeciwnie, osłabiły bardzo świadomy kontakt z rzeczywistością. Dzisiejsza nauka z jednej strony rejestruje i klasyfikuje zaobserwowane zjawiska, badając zachodzące między nimi zależności, a z drugiej strony buduje bardzo piękne, precyzyjne i pożyteczne konstrukcje myślowe. Okazuje się jednak, że można dokładnie opisać, zaklasyfikować, zmierzyć, obliczyć, umieścić w kontinuum czasoprzestrzennym muchę łażącą po stole lub mgławicę Andromedy, można dla nich obliczyć wszystkie możliwe stosunki liczbowe, a nie zauważyć tego, że są.
Nauki dzisiejsze, słusznie zresztą, pomijają zagadnienie bytu, bo ich metoda ma zupełnie inny zasięg. Niemniej ogromna przewaga nauk przyrodniczych i matematycznych w kształtowaniu sposobu myślenia współczesnego człowieka sprawiła to, że straciliśmy zmysł rzeczywistości, to znaczy przestaliśmy świadomie przeżywać siebie i świat, który nas otacza. Tutaj może leży główne źródło wielkiego kryzysu  filozofii.  Próby budowania nowej filozofii przy pomocy sposobu myślenia ukształtowanego przez nauki przyrodnicze lub, co gorzej, przy pomocy ukształtowanego przez nie języka wydają się beznadziejne i tylko jeszcze zaciemniają sytuację.  Zarówno sposób myślenia dzisiejszego człowieka, jak i język nauk przyrodniczych czy matematycznych są dla filozofii nieużyteczne, bo nie są zdolne nawiązać kontaktu z tym, co stanowi najgłębszą treść rzeczywistości, jej mianowicie bytem.
Żeby móc filozofować, trzeba wprzód przeżyć to, co przeżył leniwy, nagi Grek, leżąc na gorącym piasku nad morzem. Patrzył na zielone kontury wyspy, zatopione w słońcu, na błękit nieba. Słyszał lekkie chlupotanie fali, która raz po raz podbiegała, oblewając mu nogi ciepłą wodą… i nagle zrozumiał, że jest… Wstrząsająca prawda rzeczywistości wdarła się w jego świadomość poprzez oczy i uszy, wciskała się każdym porem rozgrzanej skóry. Po raz pierwszy przeżył w pełni rzeczywistość świata, który go otaczał, rzeczywistość swego własnego ciała, swojej myśli. — Wstał i zaczęła się filozofia. Bez takiego czy innego przeżycia metafizycznego nie ma i nie będzie filozofii we właściwym tego słowa znaczeniu.
Otóż współczesna nauka, kultura, sposób życia, idealnie niemal izolują człowieka od świadomego przeżycia rzeczywistości. W siedemdziesięciu przynajmniej procentach dzisiejszy człowiek żyje w świecie umownym, albo ściślej trzeba by powiedzieć, że świadomość dzisiejszego człowieka w siedemdziesięciu procentach wypełnia niezmiernie skomplikowany, przez niego samego stworzony świat. Owych trzydzieści procent rzeczywistości od człowieka niezależnej, których już wyeliminować nie można było, nauki przyrodnicze tak spreparowały, w sposób zresztą najbardziej uczciwy i zgodny ze swoimi założeniami, że zupełnie straciliśmy z nimi kontakt. Nasze myślenie przez te nauki uformowane z trudnością tylko zauważa w rzeczach coś więcej niż opis, klasyfikację, wzajemne zależności, liczbowe stosunki. Rzecz samą, rzeczywistość  znikła zupełnie.
Mówi się, że metafizyka nie ma sensu, albo delikatniej, że nie jest nauką. Wydaje  się, że to zdanie jest prawdziwe na gruncie współczesnego języka i sposobu myślenia przez ten język uformowanego. Zdanie to jednak nie dyskwalifikuje metafizyki, ale raczej nasz dzisiejszy język i sposób myślenia, które nie są zdolne do ujęcia najbardziej zasadniczego dla człowieka przeżycia, jakim jest przeżycie rzeczywistości istnienia. Nie chodzi już tylko o naukę. Wydaje się, że ten stan wypacza całą postawę wewnętrzną człowieka w takim klimacie wychowanego. Dla pełnego rozwoju natury człowieka nie wystarczy, żeby latał samolotem, liczył mgławice, znał całki, różniczki i teorię Einsteina, musi jeszcze przeżyć świadomie rzeczywistość swego istnienia i świata, który go otacza, musi się także zastanowić nad konsekwencjami, które z tej rzeczywistości wynikają.
Po tym wszystkim, co napisałem, oczywiście nadal pozostaje otwarta kwestia, czy metafizyka jest możliwa. Sądzę jednak, że nie wolno na to pytanie szukać odpowiedzi w kategoriach matematyczno-przyrodniczego myślenia. Niezależnie od tego, czy jest ona możliwa, uważam, że jest konieczna, konieczna dla harmonijnego rozwoju ludzkiej myśli.
Człowiek, będąc zdolny do refleksji, sam tylko jeden ze znanych nam istot ziemskich jest zdolny do świadomego przeżywania swojego istnienia i istnienia otaczającego go świata. Wydaje się, że rezygnując z tego, jak gdyby grzeszy przeciwko naturze swojego ludzkiego umysłu. Rzeczywistość istnienia świata i istnienia nas samych jest taką wielką przygodą, że nie wolno na nią oczu zamknąć. Zagadnienie bytu istnieje i musi nas niepokoić niezależnie od tego, czy znaleźliśmy na nie odpowiedź.
Wydaje się, że chcąc zostać w pełni człowiekiem, nie wolno zrezygnować z szukania tej odpowiedzi. Nie jest wykluczone, że właśnie brak metafizycznego myślenia stał się jednym z powodów płytkości i braku równowagi dzisiejszej kultury. Odnosi się wrażenie, że nauka, sztuka, technika, cała świadomość dzisiejszego człowieka oderwały się od swoich korzeni. Wszystkie one budują jakiś dziwny, mniej lub więcej w swoich elementach sztuczny świat. Ludzka myśl coraz mniej służy poznawaniu i świadomemu przeżywaniu rzeczywistości przez Boga stworzonej, a coraz więcej oddaje się konstruowaniu i budowaniu, jak już powiedziałem, niezmiernie skomplikowanego, w wielkim procencie umownego świata.
Z prawdziwą przyjemnością myślę o patriarchach z pierwszej księgi Pisma św. Jest wspaniała świeżość w całej ich postawie wobec świata. Są prości i prawdziwi. Patrzą na wszystko co ich otacza, z jakimś naiwnym zdziwieniem i podziwem. Zdawałoby się, że z powagą celebrują wielkie misterium istnienia i życia, wtedy gdy z kamieni przez Noego na górze ułożonych unosi się wonny dym ku Stwórcy, wtedy gdy ślepy Izaak sprasza na syna dobrodziejstwo rosy niebieskiej, żyzność ziemi, bogactwo zboża i wina, wtedy gdy świadomi współdziałania ze Stwórcą rodzą synów i córki z pokolenia w pokolenie. Niezmąconymi oczami patrzą na cud istnienia. Ich czysta, nie zdegenerowana myśl jakoś bezpośrednio i bez trudności przeżywa rzeczywistość. Świat przez nich oglądany jest o wiele czystszy, piękniejszy i prawdziwszy niż obraz, który znajdujemy w naszej świadomości.
Wydaje się, że metafizyka ma swoją metodę i język, różne od metody i języka nauk przyrodniczych. Nauki przyrodnicze obserwują przedmiot od strony zewnętrznej, zjawiskowej. Słoń np. może, być przedmiotem wielu nauk. Zoolog opisuje go i porównuje z innymi zwierzętami, biolog zobaczy w nim takie czy inne przejawy życia, fizyk określi jego masę i nie zauważy w nim nic więcej poza ogromnym zbiorowiskiem atomów itd. Wszystkie one będą stosowały do naszego słonia właściwą sobie, wypróbowaną i niezawodną metodę obserwacji i doświadczenia w sensie nauk przyrodniczych. Będą go więc mierzyć, ważyć, krajać, oglądać przez lornety i przez mikroskop. Wiedza o słoniu będzie coraz bardziej szczegółowa i coraz więcej będzie zajmowała tomów w bibliotece.
Inne, choć nie mniej rzeczywiste będzie doświadczenie w sensie metafizyki. Filozof, siedząc na karku olbrzymiego zwierzęcia, czując każde drgnienie jego skóry, widząc wielkie płachty uszu i ruchliwą trąbę, czując, jak się ta cała ogromna masa posuwa ciężkim jednostajnym krokiem, przeżyje w swojej świadomości zdumiewający dziw istnienia: ta żywa góra, którą pod sobą czuje, jest czymś realnym — jest, te setki kilogramów mięsa, kości, rozmaitych płynów wiążą się w jedną żywą istotę, która jest czasem wesoła i porykuje sobie lub radośnie fika, a czasem jest zła i wtedy wszyscy się jej boją.
Odskocznią do przeżycia wstrząsającego kontaktu z rzeczywistością może być nie tylko słoń rozdeptujący w biegu krzaki, ale także pyłek widoczny w smudze światła, płacz dziecka i miłość narzeczonych, wszystko, cokolwiek i w jakikolwiek sposób jest.
Mógłby ktoś powiedzieć, że metafizyka jest poezją, a nie nauką. Wydaje się, że rzeczywiście związek poezji, jak i wszelkiej innej sztuki, z metafizyką jest bardzo ścisły. Wydaje się, że w tym samym najgłębszym przeżyciu rzeczywistości bytu wielka sztuka znajduje swoje natchnienie, religia swoją podstawę, metafizyka przedmiot rozważań. Wydaje się, że źródłem tych wszystkich dziedzin ludzkiego ducha jest świadoma kontemplacja dziwu istnienia. Człowiek, który tego nie przeżył, nigdy nie będzie wielkim artystą, nie będzie świętym i zawsze będzie twierdzić, że metafizyka nie ma sensu.
Podstawowe pojęcia metafizyczne: byt, istota, istnienie, substancja — są dla dzisiejszego człowieka nazwami pustymi nie dlatego, że nie ma bytu, istoty, istnienia, substancji, ale dlatego, że jego głowa w innych dziedzinach wspaniale umeblowana, w tej dziedzinie jest pusta. Człowiek, który nie przeżył kontaktu z rzeczywistością bytu, nie szuka słów na jej wyrażenie. Ludzkie pojęcia i słowa idą za doświadczeniem. Za doświadczeniem w sensie nauk przyrodniczych idą pojęcia współczesnych nauk, za doświadczeniem w sensie metafizyki idą pojęcia metafizyczne. Dla niewidomego nazwy czerwieni, zieleni, fioletu są nazwami pustymi; dla człowieka, który nie umie wyjść poza przyrodniczy sposób myślenia, puste będą terminy metafizyki.
Jeżeli moje uwagi są choć w części słuszne, to wolno zastanawiać się nad obiektywną wartością tego czy innego twierdzenia metafizyki, ale nie wolno całkowicie z niej rezygnować, bez bardzo poważnej szkody dla ludzkiej myśli i kultury.
Przed paru dniami opowiadała mi młoda dziewczyna, że mając siedem lat, gdy rano, po obudzeniu się spojrzała przez okno na mały, biedny świat miejskiego podwórza, zrozumiała po raz pierwszy, że jest. Przeżyła swój «wstrząs metafizyczny». Przeżycie to napełniło ją wielką, szaloną radością istnienia. Myślę, że ta dziewczyna ma wielkie pragnienie świętości i poważne na nią zadatki.
Jeżeli cierpliwie mój list do końca doczytałeś, to napisz mi, co o tych sprawach myślisz.
Pozdrawiam Cię serdecznie i ‚metafizycznego wstrząsu’ życzę.
Aleksander
 PS. Nie sądź, że chciałem w tym liście w jakikolwiek sposób krytykować czy oskarżać nauki matematyczne i przyrodnicze. Przeciwnie, mam dla nich najgłębszy szacunek i uważam, że są wspaniałym świadectwem ludzkiego geniuszu. Winne są nie nauki, lecz ludzie, którzy ze zwyczajną sobie ciasnotą wpadli w jednostronność i zapomnieli, że może być jeszcze inne spojrzenie na świat. Nauki przyrodnicze i matematyczne nie tylko nie są z założenia swojego przeciwne metafizyce, ale nawet mogą się stać i nieraz się stają pomostem do niej. Mikroskop i teleskop, harmonia liczb — ułatwiają przeżycie rzeczywistości istnienia, bo rozszerzają granice tego przeżycia. Podobno astronomowie mają najwięcej danych na doznanie wstrząsu metafizycznego i dlatego z przyrodników oni może najczęściej zaczynają filozofować. Robią jednak ten błąd, że posługują się językiem nauk przyrodniczych, który ma zgoła inny zasięg, bo się rodzi z doświadczenia innego typu.

 

 

ODPOWIEDŹ
Czuję, Kochany Bracie, ciężar słów Twoich i tych wszystkich, którzy się do mnie po przeczytaniu ‚Listu do Przyjaciela’ ze swoimi uwagami zwrócili. Co więcej, czuję ciężar wszystkich trudności, niepokojów, zapytań, krytyki tych wszystkich, którzy mój artykuł przeczytali, ale swego sądu nie wypowiedzieli. Zetknięcie się z rzeczywistością istnienia budzi niepokój, bo dla myślącego człowieka nie może ono być obojętne: albo zadaje ból, albo sprawia radość. Wydaje mi się, że mój artykuł wywołał w niektórych umysłach falę takiego właśnie niepokoju. Był kamykiem rzuconym na spokojną, śpiącą w bezruchu taflę wody. Czuję się trochę jak psotny chłopiec, który cisnął kamieniem i teraz nie wie, co dalej robić. Nie jestem filozofem i nie umiem dowodzić, przekonywać, dlatego nie uważaj tego, co napiszę, za wykład filozofii chrześcijańskiej, za którą mógłby być odpowiedzialny św. Augustyn, św. Tomasz, czy choćby prof. Swieżawski.
Wydaje mi się, że prawda o istnieniu leży na innej płaszczyźnie, niż wszystkie inne prawdy dotyczące rzeczy. Ona nie jest jeszcze jednym z wielu orzeczeń, które stanowią naszą wiedzę o rzeczy, ale jest stwierdzeniem rzeczy samej. Nie można jednym tchem mówić, że drzewo jest samosiewne, szpilkowe, wysokie i że ‚jest’. Kiedy mówimy, że «jest», wówczas wciskamy w to krótkie słowo całą rzeczywistość czerwonozłotej, pachnącej żywicą sosny, na której opieram rękę. Słowo «jest» zamyka w sobie całą obiektywną rzeczywistość, ale w mojej świadomości bogactwo jego treści będzie zależało od tego, jak głęboko sięgnie moje ‚przeżycie metafizyczne’.
Pojęcia, które są koniecznym warunkiem ludzkiego poznania, są równocześnie jego smutną koniecznością i zawsze jest niebezpieczeństwo, że spetryfikują nasze przeżycie rzeczywistości i zachowując całą wartość obiektywną, w naszej świadomości staną się wypranymi z treści etykietkami. Zdaje mi się, że wysiłek filozofa polega na zgłębianiu rzeczywistości, na wyciskaniu, jeżeli tak powiedzieć można, treści słowa ‚jest’. O ile się nie mylę, tu właśnie popełniasz błąd.
Przeżycie istnienia świata wywołuje u Ciebie od razu zasadnicze światopoglądowe pytania: Dlaczego jesteśmy? Po co? Gdzie koniec istnienia? itd. Mnie się zaś zdaje, że lepiej jest te wszystkie zadania odłożyć i zająć się swoim przeżyciem, a ściślej mówiąc tą rzeczywistością, z którą nawiązaliśmy kontakt.
Powiedziałem, że nie jestem filozofem i nie potrafiłbym Ci odpowiedzieć jak filozof, ale pozwól, że Cię wezmę za rękę i poprowadzę ścieżką, którą sam chodzę, żeby znaleźć światło, miłość i wielkie szczęście. Ta ścieżka jest wyznaczona przez naukę chrześcijańską, ale w każdej duszy trzeba ją na nowo wyrąbywać i w każdym sercu jest ona inna. Wiedz jednak, że ta droga prowadzi bardzo wysoko i że trzeba mieć wiele pokory, by nią iść do końca. Pokora zaś jest niczym innym jak prawdą wewnętrzną człowieka w stosunku do rzeczywistości.
Czy widzisz, że stoimy na zrębie świata materialnego, nie ograniczonego, ale skończonego: atomy, gwiazdy, mgławice, materia, energia, wszystko razem jakaś wielka zagadka bytu bardzo pewnego i rzeczywistego jednak na krawędzi nicości. Tego, co będzie, jeszcze nie ma, co było, już nie ma, cała rzeczywistość świata jest zawieszona na cienkim ostrzu chwili obecnej, która się – znowu do nicości sprowadza.
Weź życie, przemianę gatunków, historię… czy widzisz ciągłe stawanie się, rodzenie się naszej rzeczywistości i zapadanie się jej w przepaść? Czy słyszysz, jak twoje drzewo z szelestem liści płynie pod prąd czasu?
Wszelka zmiana, czyli ruch, w sensie metafizycznym okazuje jakieś głębokie piętno nicości, wyciśnięte na całym poznanym przez nas świecie, które świadczy o jego rodowodzie. Tak głęboko, aż do korzeni poślubiony nicości świat nie może mieć sam w sobie racji swojego istnienia. Uchwyć jeszcze raz przekrój całej rzeczywistości świata w jednym błysku myśli. Widzisz, czym jest, ale widzisz także, że nie jest tym, czym będzie za chwilę. Ta rzeczywistość, która nadejdzie, w jakiś sposób zawiera się w tej, która jest, jest w niej potencjalnie, w możności. Jednakże możność wszystkiego nie tłumaczy. Potencja staje się aktem, możność — czynem. Gdzież jest siła, która tę możność wyzwala, aktualizuje, siła, która już nie nosi w sobie znamienia nicości, w której już nie ma możności, ale czysty akt, która się nie ‚staje’, ale ‚jest’. Spytaj Arystotelesa, on ci powie.
Mnie tu nie chodzi o dowód, ale o przeżycie. O to, co nazwałem doświadczeniem metafizycznym w odróżnieniu od doświadczenia w sensie nauk przyrodniczych. Dowody zostawiam uczonym. Dowody mogą być precyzyjne, pod względem logicznym poprawne, ale nie muszą przekonywać. Dlaczego tak jest, ja nie wiem, prawdopodobnie dlatego, że człowiek nie jest aniołem. Wydaje mi się, że gdyby udało się z pomocą najściślejszych zasad logistyki wyprowadzić dowód na istnienie Boga np. z podstawowych praw fizyki, to chociaż taki dowód miałby wielką wartość obiektywną, wielu pozostałoby nieprzekonanych.
Jeśli ktoś nie zadowoli się stwierdzeniem prymitywnej, jak piszesz, prawdy istnienia, ale w swoim pogłębiającym się wciąż przeżyciu metafizycznym, w kontemplacji otaczającego nas świata dotknie tego piękna nicości, o którym wspomniałem, to zrozumie, że poznawana przez nas rzeczywistość nie może się własną mocą utrzymywać na powierzchni istnienia. Materialiści twierdzą, że u podstaw bytu przez nas poznawanego leży sprzeczność, a mnie się wydaje, że u jego fundamentu leży nie sprzeczność, ale jakiś brak, jakaś granica nicości, która przechodzi przez samo serce poznawanego przez nas świata.
Weź czas, przestrzeń, materię, energię w świetle współczesnej fizyki, czyż w analizie swojej nie dotyka już prawie tego znamienia nicości, a przecież jest wielki, wspaniały, trwały, piękny świat. Jego korzenie muszą czerpać soki z Bytu, a nie z nicości, która go otacza i tak głęboko przenika… Twoje drzewo szumi, mój słoń sapie zmęczony, nagi Grek się przeciąga na piasku, mucha nieznośnie brzęczy – oto już masz rzeczywistość. Słonia zjadły mrówki, myśli Greka leżą zasuszone w książkach, mucha zmęczona brzęczeniem upadła bez sił i bez życia na parapet okna. W smudze światła unosi się proch, ale każdy pyłek domaga się wszechmocnego aktu stwórczego właśnie dlatego, że sam w sobie nie ma racji istnienia i ciągle się z nicości wynurza, a jednak «jest» w sposób najbardziej rzeczywisty i błyszczy jak gwiazdka, unosząc się i opadając na fali leniwego powietrza.
Przez kontemplację rzeczy stworzonych ludzki umysł dochodzi do kontemplacji Boga. Im więcej wnika w rzeczywistość świata, jego piękno, harmonię, prawa rozwoju, tym jaśniej odczytuje prawdę o Bogu, która się narzuca jako spontaniczny wniosek. Nie wiem jak Ty te rzeczy przeżywasz, ja, gdy myślę o świecie ograniczonym czasem i przestrzenią, noszącym w sobie znamię nicości, a równocześnie przejawiającym takie bogactwo piękna, bytu, mocy, wtedy jednym rzutem myśli staję przed Tym, który posiada w sobie pełnię bytu i istnienia nie ograniczoną czasem, ani przestrzenią i zanurzam się od razu w absolutnej ciemności, bo myśli, słowa, pojęcia, zaczerpnięte ze świata, odpadają jak porażone blaskiem ptaki i zostaję sam na sam z Tym, Który Jest. Nie lękam się niczego, bo wiem, że Jego dobrocią kwitną łąki, Jego słodyczą karmią się pszczoły, Jego ciszą milczy noc. Wtedy jestem szczęśliwy, i już bez przerażenia patrzę na krzyż, który rośnie na Kalwarii z tego samego korzenia, co drzewo pośrodku raju, ale innym owocem obciążony.
Obawiam się, że ścieżki własne, dla siebie skrojone, jednostkowe systemy nie dają dostatecznej, obiektywnej gwarancji Prawdy. Mnie Się zaś wydaje, że te ścieżki się łączą w jedną wielką, królewską drogę, którą ludzkość idzie od najdawniejszych czasów, jakie zna historia. Ludzie prości i nie uczeni często łatwiej od innych znajdują tę drogę, bo nie mają umysłu przeciążonego ogromnym balastem konstrukcji myślowych, a serca mają pokorne. Podziwiają cud istnienia świata i wielbią jego Stwórcę.

 

Wyjątki z pracy pod tytułem „Spór tomistów o ‚Osobę’ i próba jego rozwiązania
Z  ROZDZ. II
Struktura ludzkich pojęć jest nastawiona na ujmowanie rzeczy od strony istotowej. Każde oderwane pojęcie jest jakby przekrojem zmiennej i dynamicznej rzeczywistości. Tak jak fotografia daje nam wiemy obraz lecącego samolotu, nie jest jednak w stanie oddać jego ruchu, podobnie pojęcie, które zawiera w sobie istotę rzeczy, daje nam statyczny obraz rzeczywistości i nie może zamknąć w sobie tego, co stanowi tej rzeczywistości aktualność, dynamiczność, w naszym wypadku – istnienia. Dopiero zestawienie tych pojęć w sądy, czy zdania, pozwala nam dotknąć żywego nurtu rzeczywistości.
Istnienie jest aktem i jest zróżnicowane do każdej rzeczy, bo każda posiada swoje własne odrębne istnienie. Już samo pojęcie «istnienie», «bycie», jest czymś sztucznym, bo z konieczności ujmujemy na sposób możności to, co jest aktem w całej swojej treści. Niestety nie możemy się absolutnie wyłamać ze sposobu naszego pojmowania i dlatego zawsze o istnieniu będziemy mówili na sposób istotowy. Musimy więc pamiętać z jednej strony, że tym, co buduje byt, jeśli tak powiedzieć można, jest istnienie. Z drugiej zaś strony będziemy przystępowali z całą swobodą do określenia tegoż istnienia od strony istoty, czyli od strony granic, które mu istota kładzie.
 
Z ROZDZ. III
 
Powiedzieliśmy na wstępie, że teolog musi rozumieć terminy, których używa w sformułowaniach dogmatycznych, gdy mówi o Trzech Boskich Osobach w jednej naturze, lub o dwóch naturach w jednej Osobie, jeżeli te sformułowania nie mają być pustymi dźwiękami. Potem zaś staraliśmy się udowodnić, że to, przez co osoba jest osobą, konkret konkretem, Jezus Jezusem, pozostaje dla nas w swojej wewnętrznej strukturze tajemnicą, a to wszystko, co o osobie powiemy łącznie z jej definicją, ślizga się po stronie formalnej osoby, a nie odsłania nam jej constitutivum.
Nasuwa się więc pytanie, czy wobec tego posługiwanie się terminem «osoba» w dogmatyce jest sensowne, skoro nie jesteśmy w możności zdefiniować tego, co chcemy tym terminem oznaczyć? Czy ten termin nie jest w naszych sformułowaniach pustym dźwiękiem? Otóż wydaje się nam, że mamy pełne prawo posługiwać się terminem «osoba» w dogmatyce. Nie możemy wprawdzie uchwycić, co stanowi wewnętrzną strukturę  osoby, jej constitutivum, jednak, jak już powiedzieliśmy, drogą refleksji ku phantasma uzyskujemy jakieś niejasne pojęcie konkretu, jako konkretu, osoby jako osoby. Mamy więc w umyśle jakąś świadomość konkretnej osoby, choć nie znamy jej constitutwum.
Musimy jednak pamiętać, jaki charakter ma to pojęcie. To mianowicie, że granica znaczenia formalnego i materialnego zaciera się w nim, i dlatego treść tego pojęcia nie jest dla nas jasna. A także to, że orzeka się ją o wielu, nie na sposób wyabstrahowanej formy, lecz na sposób jednostki nieokreślonej.
Posługiwanie się pojęciem tego rodzaju nie jest łatwe. Widzieliśmy to u samego św. Tomasza; robi on wielki wysiłek, by możliwie jak najlepiej jego treść wyjaśnić. Nie tylko w specjalnych artykułach analizuje definicję osoby, ale też w całym szeregu tekstów, tak w traktacie o Trójcy Przenajświętszej jak i w traktacie o Wcieleniu Słowa Bożego, stara się, w licznych zestawieniach i kombinacjach z innymi pojęciami, możliwie najgłębiej wniknąć w treść tego terminu. Wydaje się, że późniejsi tomiści, zwolennicy zarówno jednej jak drugiej teorii zbytnio zagadnienie upraszczają. Gdyby się przyjęło, że osobę stanowi jakiś element formalny, czy też że stanowi ją istnienie, ten cały wysiłek Doktora Anielskiego byłby niepotrzebny.
 
Nasza hipoteza w świetle dogmatyki
 
Czy taki sposób rozumienia terminu «osoba» jest dla dogmatyki pożyteczny i czy w swoim znaczeniu mieści tę treść, którą mu nauka Kościoła przypisuje? Wiemy, że nie każde rozumienie terminu «osoba» jest dla sformułowań dogmatycznych pożyteczne. Gdy np. przez osobę rozumiemy aktualną świadomość, to takie rozumienie dla dogmatyki nie będzie pożyteczne. Trzeba by bowiem przyjąć, że w Chrystusie są dwie Osoby, skoro są dwa poznania: Boskie i ludzkie.
Wydaje się nam, że proponowane przez nas rozumienie terminu osoba jest dla dogmatyki pożyteczne w tym sensie, że w sformułowaniach dogmatycznych osoba oznacza samoistny, w żaden sposób nieudzielalny konkret, a więc to, co i my przez ten termin rozumiemy. Nie wydaje się zaś, by dogmatyka domagała się wyjaśnienia co stanowi constitutivum osoby, przez co samoistny, nieudzielalny konkret jest sobą. Dla dogmatyki wystarcza wiedzieć, że osoba oznacza coś innego niż natura i że natura jest czymś, co się ma do osoby jak część do całości.
Do Trójcy Przenajświętszej zagadnienie constitutwum osoby, w rozumieniu spierających się obozów, nie odnosi się. W Bogu bowiem istota nie różni się od istnienia.
Dogmatyka przez osobę rozumie: „Tego, który jest”; przez naturę: „To, przez co On jest”. To rozróżnienie pozostaje w naszym ujęciu osoby całkowicie zachowane.
Rozumienie przez Kościół terminu «hipostaza» i konsekwentnie «osoba», po tej linii się rozwijało. W nauczaniu Kościoła nic nie skłania do przyjęcia którejś z dwóch przeciwstawnych teorii. Żadne orzeczenie nie wskazuje na to, że unia hipostatyczna dokonała się przez jakieś wykończenie w porządku, substancjalnym ludzkiej natury Chrystusa przez osobowość Słowa, ani też na to, że się ona dokonała przez zjednoczenie w istnieniu.
 
Z ZAKOŃCZENIA
 
Powiedzieliśmy, że pojęcie osoby jest w doktrynie katolickiej nadzwyczaj ważne. Jednostkowy konkret rozumnej natury jest tym, co w całym stworzeniu najdoskonalsze. Tylko osoba rządzi sobą, świadomie kierując swoim działaniem i dlatego w pewnym sensie sama tworzy swoje życie. Wydaje się, że sprowadzenie osobowości do istnienia, czy też do jakiegoś substancjalnego wykończenia nic nie wyjaśnia.
Osoba człowieka, niosąca w sobie obraz samego osobowego Boga, przez grzech sprzeniewierzyła się swojej racji bytu, nadużywając tej doskonałości, którą Bóg w nią złożył. Natura człowieka skażona w osobie Adama, stała się udziałem całej ludzkości. Ta sama natura w Osobie Słowa została podniesiona do godności przewyższającej wszelką godność, aby każdy człowiek mógł przez łaskę upodobnić się do Osoby Syna Bożego w Jego ludzkiej naturze i stać się w ten sposób przybranym dzieckiem Bożym. Osoba zatem jest ośrodkiem zainteresowania całej doktryny katolickiej. Jednakże sama w sobie, w swojej wewnętrznej strukturze pozostaje dla nas tajemnicą wszechmocy Bożej. Spór tomistów o constitutwum osoby zabrnął w ślepą uliczkę i wydaje. się, że na tej drodze nie zostanie rozwiązany.
Należałoby zrewidować same podstawy rozbieżności zdań i zbadać, czy św. Tomasz w ten sam sposób stawia zagadnienie osoby jak jego następcy. Tak istotne dla nauki Kościoła pojęcie domaga się możliwie najpełniejszego wyjaśnienia. Samo istnienie różnicy zdań wskazuje na to, że kwestia nadal jest jeszcze ciągle otwarta.
Praca niniejsza ma być próbą szukania dróg rozwiązania tego tak zasadniczego i złożonego zagadnienia.

  Praca magisterska

 

Reportaż z końca świata