Mateusz siedzi nad kartą i pisze. Wygładzone wieloletnim powtarzaniem, jak rzeczne kamyki, słowa i zdania, łatwo się układają. Nie kusi się o napisanie życiorysu Jezusa. Mateusz nie jest literatem, lecz byłym urzędnikiem rzymskiego okupacyjnego urzędu skarbowego, czyli po prostu poborcą podatkowym. Po odejściu Mistrza zaczął razem z innymi Apostołami opowiadać Ewangelię. Z początku szło im prawdopodobnie niełatwo. Prosta mowa nie- uczonych ludzi z trudem wiązała się w opisy, i obrazy. Z czasem jednak powtarzane setki razy zdania i ustępy, zachowując cały urok prostoty, utoczyły się, stały się gładkie i łatwe. Nabrały tego namaszczenia i jakiejś nieomylności w doborze słów, które daje tylko wieloletnie ustne powtarzanie opowiadania.
Mateusz spisuje naukę apostolską. Może to czyni na życzenie innych Apostołów,, jako najbardziej spośród nich biegły w sztuce pisania. Może sam, widząc, że czas, niby rzeka, coraz bardziej oddala go od chwil przeżytych z Jezusem, chce je utrwalić na piśmie dla dobra nowych pokoleń chrześcijańskich. Jak paciorki na nitkę nanizuje obok siebie cuda, przypowieści, nauki Mistrza, nie dbając zbytnio ani o zachowanie porządku w czasie, ani też o ich rzeczowe powiązania. Me tworzy, ale spisuje naukę Apostołów. Czy ogarnia go chwilami niepokój, gdy porównuje ubóstwo tego opowiadania z bogactwem przeżytych chwil? Co mają te biedne aramejskie litery, które się tłumem zbiegły na kartę, do tamtych dni? Czy czuje ten ból „niewypowiedzianego”, który znają ci, co muszą pisać?
Cokolwiek Ewangelista przeżywał, jedno jest pewne, że oparł się pokusie tworzenia literackiego. Spod jego ręki, pamiętającej jeszcze kształt owych chlebów, które z takim trudem roznosił wśród wielotysięcznej rzeszy, i tego drugiego chleba, który zaczął się mnożyć w przeddzień męki Jezusa, spod ręki, którą jeszcze niedawno wystawiał kwity podatnikom, może nie zawsze uczciwe, wychodzi opowiadanie spokojne, proste, bezosobowe, obiektywne. Tak się rodziła pierwsza Ewangelia pisana.
Minęło sporo lat między chwilą, kiedy Ewangelie wychodziły spod pióra autorów, a dzisiejszym dniem, ale w odniesieniu do nich czas traci znaczenie. Jakaż różnica między kartagińskim niewolnikiem z drugiego wieku, który w nocy, potajemnie, przy chwiejnym świetle oliwnej lampki, z zapartym tchem czyta słowa napisane przez Mateusza, Marka, Łukasza czy Jana, a mną, gdy biorę dzisiaj do ręki Ewangelię? Różnica jest, i to wielka, bo inny był świat przeżyć niewolnika, który jeszcze czuł beznadziejny trud przeżytego dnia i wiedział, że za to nocne czytanie może zapłacić mękami i śmiercią, a inny świat przeżyć ¡dzisiejszego człowieka wolnego, ale’ przecież i przed nim, i przede mną staje ten sam Jezus wśród galilejskich pól i judejskich skał. Te same słowa brzmią w uszach Mateusza, gdy spisuje nauki Pana, te same słowa szepcą wargi niewolnika w napiętej niepokojem ciszy kartagińskiej nocy i te same ja czytam w żniwny dzień polskiego lata, przy śpiewie ptaków i brzęku pszczół. Słowa, które nie przeminą.
Właściwie Ewangelia jest tylko jedna, ta, którą głosił Jezus, a po Jego odejściu Apostołowie wiernie i po prostu opowiadali. Przez całe lata powtarzali nauki, które od Mistrza słyszeli, i opowiadali zdarzenia, które z Nim przeżyli, szerząc w ten sposób wiarę w odkupienie i w zbliżające się Królestwo Boże. To była ta dobra nowina, którą nieśli ze sobą wszędzie, do Rzymu, Aleksandrii, Antiochii, Syrii, Grecji… Już w pierwszych latach zaczął się tworzyć pewien schemat nauczania Ewangelii, które jak całe ówczesne nauczanie na Wschodzie, polegało na pamięciowym powtarzaniu przekazywanych wiadomości. Ewangelia w ten sposób przekazywana nie stanowiła jakiejś całości, ale szereg obrazów utworzonych ze wspomnień i opowiadań apostolskich. Dopiero wydarzenia ostatnich dni, a zwłaszcza mękę Jezusa opowiadali Apostołowie w sposób zwarty i ciągły, ¡bo tego na pewno domagała się potrzeba ich własnego serca i pragnienia słuchaczy. Mateusz i Marek najwierniej zachowali nam ten. kształt pierwotnej katechezy apostolskiej układając kolejno poszczególne zdarzenia I nauki, luźno tylko i prymitywnie ze sobą związane. Łukasz, człowiek wykształcony i o wybitnych literackich zdolnościach, starał się nadać swojej Ewangelii jak najpiękniejszą formę, ale i u niego widzi się przede wszystkim staranie o wierność w oddaniu nauki apostolskiej. Ewangelia św. Jana jest bardzo inna od trzech poprzednich. Sądzę, że jej napisanie musiały poprzedzać długie lata modlitwy i kontemplacji. Jan powtórzył nam takie słowa Jezusa, których żaden inny Ewangelista nie podjął się powtórzyć. Ale i on zachował ton bezosobowy, obiektywny, beznamiętny, ton wiernej relacji bez refleksji i komentarzy.
Taki sposób pisania sprawił, że dzisiaj dla wielu ludzi Ewangelie wydają się niestrawne i irytujące swoim chaotycznym układem, jakąś bezbarwnością i monotonią. „Onego czasu rzekł Jezus uczniom swoim”… od razu czujesz zapach świecy, nastrój niedzieli, a czasem niestety odcień nudy. Z drugiej strony ta bezosobowość w samej technice redagowania Ewangelii sprawia, że postać Jezusa, Jego czyny i nauka występują bardzo plastycznie, nie przesłonięte w żaden sposób indywidualnością sprawozdawców. Tym się tłumaczy, że żaden życiorys Jezusa nie daje tak pełnego obrazu Jego osobowości i tak psychologicznie prawdziwego, jak właśnie Ewangelie. Życiorysy Pana Jezusa są tym lepsze, im mniej odbiegają od tekstu ewangelicznego. Niewiele mielibyśmy z Ewangelii pożytku, gdyby były napisane tak, jak współczesne nam życiorysy naszego Pana. Więcej byśmy wiedzieli o ich autorach, a mniej o Jezusie, bo powiedzmy szczerze, że śliczna STORIA DI CHRISTO więcej nam mówi o Papinim niż o Mistrzu z Nazaretu.
Ewangelie są naprawdę śliczne. Styl prosty i bezpośredni, niczym nie przysłania tego piękna, które płynie od wewnątrz, z samego przedmiotu opowiadania ewangelicznego, czyli powiedzmy wprost, od Jezusa. Poprzez układ pierwotnej katechezy apostolskiej i poprzez kompozycję samych Ewangelistów przebija jak słońce nadludzki geniusz Syna Człowieczego. Największą zasługą Ewangelistów jest, że nie spaczyli tego piękna, nie dokonali jakiejś parafrazy, ale nam. je podali wiernie takie, jakie jest w całej swojej świetności, świeżości i blasku. W Ewangeliach widzimy zjawisko wprost przeciwne niż we wszystkich opowiadaniach prawdziwych czy też mitycznych, które powstają około wybitnych postaci. Opowiadania takie z reguły starają się uświetnić postać swojego bohatera, przez mniej lub więcej taktowny patos, jak to widzieliśmy niedawno we Włoszech i Niemczech. Ewangelie są obiektywne i wstrzemięźliwe aż do przesady. Mamy prawie żal do św. Jana, „umiłowanego ucznia”, jedynego spośród Apostołów naocznego świadka ukrzyżowania, że opisując to zdarzenie nie ma nic więcej do powiedzenia niż to, że Jezus „dźwigając krzyż dla siebie, wyszedł na ono miejsce, które się nazywa Kalwaria, a po hebrajsku Golgota. Tam Go ukrzyżowali, a z Nim dwóch innych, z jednej i drugiej strony, pośrodku zaś Jezusa” (19, 17-18), a dalej już szczegółowo zajmuje się sprawą napisu, który Piłat kazał sporządzić. Ewangeliści nie tworzyli, ale odtwarzali i powtarzali. Dali dowód wstrzemięźliwości, na którą nie wiem, czy zdobyłby się któryś ze współczesnych autorów w obliczu takiego tematu. Żeby pisać tak jak Ewangeliści, trzeba być bardzo pokornym. Wspomniałem już, że nie mamy Ewangelii Mateusza czy Marka, lecz tylko jedną Ewangelię Jezusa Chrystusa, przez któregoś z nich napisaną. KATA MATTHAION, lub też secundum MATTHAEUM czytał kartagiński niewolnik, „według Mateusza” słyszymy w naszych kościołach.
Strona literacka Ewangelii nie jest najważniejsza. Najważniejsza jest jej treść. Ta treść właśnie sprawią, że Ewangelia jest książką niepokojącą i staje się nią coraz bardziej, w miarę jak uświadamiamy sobie niewątpliwą autentyczność jej autorstwa i treści. Niepokojące są słowa Pana Jezusa, niepokojące Jego. czyny. Im bardziej sobie zdajemy sprawę, że słowa, które dzisiaj czytamy, wyszły spod pióra Apostołów i ich bezpośrednich uczniów, tym bardziej, gubią się gdzieś te dwa tysiące lat, które bez szelestu i śladu przepłynęły przez karty Ewangelii, i stajemy w bezpośredniej bliskości zdarzeń ewangelicznym, a przede wszystkim, chcemy czy nie, musimy stanąć przed tym przedziwnym i. jedynym w historii świata człowiekiem, który się urodził w Nazarecie, umarł w Jerozolimie na krzyżu, a na trzeci.- dzień o własnej sile wstał z grobu. Można czytać obojętnie pamiętniki Cezara, trudniej jest obojętnie czytać apologię Sokratesa, .ale w żaden sposób nie można obojętnie czytać Ewangelii.
Mateusz, Marek i Łukasz spisali Ewangelię głoszoną przez Apostołów między 50 a 62 rokiem, a więc w jakieś 20 do 30 lat od czasów opisywanych zdarzeń. To tak, jak byśmy my mieli pisać o zdarzeniach z dwudziestolecia między wojnami, dotykali więc «ciepłej» jeszcze niemal rzeczywistości. Nie tylko kamieniste uliczki Jerozolimy, ale każdy prawie starszy przechodzień pamiętał triumf Palmowej Niedzieli i dramat Wielkiego Piątku. W tych warunkach nie tworzy się legendy i mitu, tak jak to niektórzy autorzy XIX wieku o twórcach Ewangelii sądzili. Zwłaszcza tam, gdzie pamięć i tradycja jest tak żywa, jak żywa była pamięć pierwszych chrześcijan o Jezusie. Nie tworzy się legendy o ludziach wszystkim znanych, żyjąc wśród nich, w tym samym środowisku. A w końcu nie oddaje się życia za historię, którą się samemu zmyśliło. To zdaje się Pascal powiedział, że wierzy tylko w taką historię, której świadek dałby się za nią zamordować.
Ale czy na pewno Ewangelie pochodzą od tych autorów, którym je przypisujemy? Proszę popatrzyć w dokumenty. W II wieku cała wschodnia i zachodnia tradycja Kościoła jest zgodna co do autorstwa czterech Ewangelii. A więc w niecałe sto lat po powstaniu Ewangelii zarówno w Jerozolimie i Atenach, jak w Rzymie i Aleksandrii jest powszechne przeświadczenie o tym, że Ewangelie pochodzą od Mateusza, Marka, Łukasza i Jana. Proszę czytać Orygenesa, Tertuliana, Klemensa Aleksandryjskiego,. Ireneusza. Wszystko to są ludzie bardzo wybitni, kulturalni, wykształceni. Nie znajdujemy się ‚w czasach jakiejś ciemnoty i zacofania, ale w okresie, w którym kwitła myśl, historia, filozofia, literatura.
* Dla ilustracji przytoczymy świadectwo św. Ireneusza, który pochodził z Małej Azji, prawdopodobnie ze Smyrny, gdzie był uczniem św. Polikarpa, który znowu z kolei był uczniem św. Jana ewangelisty. Musiał być Ireneusz człowiekiem niegłupim, skoro już w 177 roku był w Rzymie, a potem został biskupem w Lugdunie, obecnym Lyonie we Francji, i tam też doczekał się śmierci męczeńskiej.
W swoim głównym dziele Przeciw heretykom tak pisze: „Mateusz wśród Żydów w ich własnym języku napisał Ewangelię, gdy Piotr i Paweł w Rzymie Ewangelię głosili i Kościół zakładali. Po Ich odejściu Marek, uczeń I tłumacz Piotrowy, podał nam także na piśmie, co Piotr głosił. Podobnie Łukasz, towarzysz Pawła, napisał Ewangelię głoszoną przez niego. W końcu i Jan, uczeń Pana, na piersiach którego spoczywał, również napisał Ewangelię, przebywając w Efezie w Azji”. Św. Ireneusz jest świadkiem kompetentnym, bo znał tradycję całego Kościoła, i to z najlepszych źródeł. Z wcześniejszych świadectw mamy tylko świadectwo św. Papiasza, biskupa Hierapolis, ucznia św. Jana apostoła, który wyraźnie mówi o Marku i Mateuszu jako o tych, którzy spisali mowy i czyny Pana. Ale pamiętajmy, że jesteśmy już przy początku drugiego wieku, w czasie, gdy ogół starszego pokolenia chrześcijan znał jeszcze samych Apostołów i uczniów apostolskich.
Dokumenty wcześniejsze nie wymieniają autorów Ewangelii, ‚ ale za to obficie czerpią z samego ich tekstu. I tak z całą pewnością zna Ewangelie autor Didache, napisanej między 80 a 100 rokiem, zna je w I wieku św. Klemens Rzymski, trzeci następca św. Piotra, męczennik jak wszyscy pierwsi Papieże. Ewangelie nie są obce św. Ignacemu, biskupowi Antiochii, drugiemu następcy św. Piotra na tej stolicy, gdy pod strażą więzienną, wieziony okrętem do Rzymu na męczeńską śmierć, pisze owe 7 listów, niezapomniany dokument żarliwości pierwszych chrześcijan. Jeżeli się do tych pobieżnie przytoczonych zewnętrznych świadectw doda świadectwa wewnętrzne, wynikające z analizy samego tekstu – i brak wszelkich świadectw przeciwnych – to trzeba powiedzieć, że chyba niewiele jest dokumentów historycznych, których autentyczność byłaby tak niedwuznacznie stwierdzona.
Jednak wiadomość, że Ewangelie pochodzą od Mateusza, Marka, Łukasza i Jana, nam nie wystarcza. Chcemy jeszcze wiedzieć, czy ten tekst, który my dzisiaj bierzemy do ręki, jest taki sam jak ten, który wychodził spod ich pióra. Oczywiście, tej karty, nad którą siedział Mateusz, dzisiaj już nie mamy, ale mamy szereg odpisów Ewangelii od IV wieku począwszy. Mamy fragmenty wcześniejsze, a nawet parę wierszy z Ewangelii św. Jana z lat 125-130, znalezionych w Egipcie środkowym na papirusie, który był niezawodnie częścią całej niegdyś księgi ewangelijnej. Zachowały się przekłady na język łaciński i syryjski, dokonane w drugim wieku, przekłady egipskie z III i IV wieku. Ojcowie Kościoła w pierwszych wiekach tak często przytaczali Ewangelię, że można by na podstawię tych przytoczeń odtworzyć tekst wszystkich czterech. Ten ogromny materiał pozwolił zarówno protestanckim, jak i katolickim uczonym stwierdzić, że Ewangelie, które my dzisiaj posiadamy, pokrywają się z tymi, które wyszły spod pióra Autorów.
Ewangelie są książką niepokojącą i to nie tylko dla nas, katolików, którzy wierzymy, że są księgą przez Ducha Św. natchnioną, ale i dla każdego myślącego człowieka. Aby to jednak zrozumieć, trzeba się przedrzeć przez pewne trudności, które, jak mówiliśmy, stwarza sama redakcja Ewangelii, i odnaleźć żywego Jezusa w kołysanej przez falę łodzi Piotra, w kolorowym, krzykliwym gwarze wschodniego tłumu, a nade wszystko zatopionego w modlitwie; na górze, wśród nocnych ciemności i ciszy. Jest w Jezusie jakiś wielki spokój, powaga i majestat, a przy tym prostota. Są momenty, w których Apostołowie nie śmią do Niego przystąpić i spytać Go o coś, a z ‚drugiej, strony ci sami ludzie, są całkowicie pociągnięci czarem Jego osoby i są w Nim po prostu zakochani. Jest w Panu Jezusie żarliwość gorąca, energia niespożyta. Ma słowa mocne, nieraz zdawałoby się twarde, ale jest dobry, dobrocią wszystko przenikającą i leczącą. Sam jest prosty i pokorny, nic w Nim me ma na efekt. Kłamstwa i pychy nienawidzi. Jest pobożny zdrową, męską pobożnością. W żadnym momencie nie traci z oczu nadprzyrodzonego sensu życia. To, co u nas często ma odcień jakiegoś nieprzyjemnego dewociarstwa, u Niego jest całkiem proste i naturalne. W stosunku do Ojca Niebieskiego Pan Jezus ma postawę całkowitego i dziecięcego oddania się. Motorem całego Jego życia jest chęć spełnienia woli Ojca. Pan Jezus modli się dużo, bierze udział w żydowskich ofiarach i obrzędach, ale przede wszystkim modli się sam. Całe noce spędza na samotnej modlitwie, której świadkami są tylko gwiazdy palestyńskiego nieba. Panuje w pełni nad tym, co Go otacza. Morze i wiatr Mu są posłuszne, chleb
się w Jego rękach mnoży, chorzy się podnoszą, umarli wstają z grobów, a w końcu sam na trzeci dzień po śmierci wstaje żywy, zdrowy i mocny, ale już jakiś inny, przemieniony, a równocześnie całkiem ten sam, równie konkretny w sposobie mówienia, prosty i ludzki w obcowaniu.
Nic dziwnego, że postać Jezusa budzi niepokój w otoczeniu, staje się przedmiotem zażartych sporów, które św. Jan w ogromnym skrócie po mistrzowsku oddał. W taki sposób, jak on, pisze się tylko o rzeczach, których się było- samemu świadkiem. Nie takiego się Żydzi spodziewali Mesjasza. Zamiast zwycięstwa nad znienawidzonym wrogiem zapowiadał im zburzenie świętego miasta i świątyni, ą dla siebie przepowiadał najhaniebniejszą śmierć, którą się brzydził każdy ówczesny człowiek, śmierć na krzyżu. Żydzi zanadto dobrze znali owe nagie w konwulsjach skręcone ciała, na oczach wszystkich konające, by mogli pogodzić się z myślą, że ich od wieków oczekiwany Mesjasz taką śmiercią ma umrzeć.
Ewangelie są książką niepokojącą, ale trzeba je czytać, tak jak je czytał Ignacy Antiocheński, Ireneusz, Klemens, Justyn, tak jak je czytał kartagiński niewolnik w II wieku. Czas w odniesieniu do Ewangelii traci znaczenie. Problem: uwierzyć lub nie, pójść za Nim lub nie, staje się dla nas równie żywy’ i bliski, jak był dla nich. Co więcej, poprzez wierne opowiadanie ewangelijne problem ten staje się dla nas równie palący, jak był dla Nikodema, Piotra,, Magdaleny. Ewangelie są książką wstrząsającą, ale dopiero, gdy się je zdejmie z półki, zacznie czytać i myśleć.
Na zakończenie tego artykułu proszę jeszcze zobaczyć, jak rzetelnie przystępuje do pisania swojej Ewangelii św. Łukasz, ukochany uczeń i towarzysz. Pawła, który opowiadanie swoje poświęcił nieznanemu nam „dostojnemu. Teofilowi” j „Ponieważ wielu już usiłowało ułożyć opis zdarzeń, które się wśród nas dokonały, jako nam przekazali ci, którzy od początku byli świadkami i sługami Ewangelii, postanowiłem i ja, dostojny Teofilu, zbadawszy wszystko dokładnie od pierwszej chwili, opisać ci to w należytym porządku, abyś się przekonał , o prawdzie tych słów, których cię nauczono” (1, 1-4). Ewangelie są naprawdę książką piękną, ale niepokojącą.