Jest dzisiaj dużo ludzi wierzących w Boga i nieśmiertelność duszy,, a z drugiej strony wielu ludzi zaprzeczających istnieniu jakiejś innej rzeczywistości poza materią. To zjawisko posiada znaczenie dla wielu spraw ważnych zarówno dla wierzących, jak i niewierzących. Sięga ono głęboko w dziedzinę myśli, uczuć, wzajemnych między ludźmi stosunków itp. Jak każde zjawisko o ogólnym charakterze może być ono ujmowane i rozpatrywane z bardzo wielu punktów widzenia.
Niestety do tego faktu, że są ludzie wierzący i niewierzący, najczęściej podchodzi się od strony tylko polemicznej i negatywnej.
Pychą nadęty chrześcijanin, nie mniej pyszny i materialista, zamknięci każdy w swojej opancerzonej twierdzy, rzucają jeden w drugiego srogie pociski, które w ich mniemaniu są niezawodne i dlatego najczęściej z wielkim zgorszeniem stwierdza jeden i drugi, że pociski takie mocne w jego ręku bezsilnie spadają nie raniąc nikogo. Jeden ciska z nieba swoje „anathema sit“ lub uzbrojony we włócznię celowości, czy przyczynowości, chce dosięgnąć przeciwnika znajdującego się poza zasięgiem jej ostrza. Tamten zaś wyrzuca strzały szyderstwa zapalone naukowością, mające rozjaśnić mroki kołtuństwa i ciemności średniowiecznych.
Nad jednymi i drugimi rozciąga Chrystus ukrzyżowane ramiona i trudno zgadnąć, czy bardziej Go boli nienawiść jednych, czy pycha i brak miłości drugich. Jedni i drudzy są niby wyrozumiali, ale w gruncie rzeczy są zawzięci i bezwzględni w osądzaniu tych, którzy myślą inaczej.
Zdaje mi się, że można, zostawiając na boku fundamentalne zresztą zagadnienie prawdziwości tego czy tamtego poglądu na świat spojrzeć na całą sprawę ludzi wierzących i niewierzących z wielu innych punktów widzenia. Myślę, że nie tylko można, ale i warto to zrobić.
Ludzie w ogóle, a nasz naród szczególnie, są skłonni do zacietrzewienia. Łatwo stawiamy sobie w myśli i uczuciu jakąś granicę. Wszystko, co po naszej stronie, jest dobre i słuszne, wszystko, co po drugiej, złe i potępienia godne. Ta zawziętość i nienawiść nieuchronnie wypacza obiektywny obraz świata. Materialiści (…) patrzą, na świat oczami jasnymi, odważnymi. Nie ma czarownic ani wilkołaków, noszą w sobie poczucie mocy i to przeświadczenie, że patrzą na wszystko trzeźwo, naukowo. Wiele wiedzą (…). Wiedzą, że nic tam nie ma innego poza materią i prawami, które nią rządzą. Nie boją się niespodzianek, tajemnic, przypadków, bo w materii nie ma niespodzianek, tajemnic, przypadków.
Nie boją się Boga, bo nie ma Boga. W ręku mają niezawodny klucz ukuty z czterech praw dialektycznego rozwoju materii. Ten klucz pozwala im wniknąć we wszystkie tajniki bytu, bo jedynym rzeczywistym bytem jest materia, a prawa rządzące rozwojem materii jedynymi prawami, według których kształtuje się rzeczywistość. Myśl jest przejawem materii w jej najwyższym rozwoju.
Człowiek, jedyna istota obdarzona myślą, utworzona drogą nieskończonego łańcucha przemian z materii martwej, poznał prawa rządzące rozwojem materii. Przez świadome kierowanie tymi prawami człowiek będzie dowolnie przekształcać świat. Potrzebny mu jest tylko proszek materii — ilość sama. Jakość będzie całkowicie dziełem człowieka. Już dzisiaj dowolnie przemienia atomy, złoto w srebro, żelazo w miedź. Tworzy nowe, nie istniejące dotychczas pierwiastki. Rządzi życiem, tworzy nowe gatunki zbóż i owoców. Fale energii świetlnej przemienia w cząsteczkę, cząsteczkę w światło, a zbliża się chwila, gdy będzie nie tylko rządzić, ale i dobrowolnie tworzyć. Szczęśliwe, radosne, wszechmocne dziecko opętane boskim szczęściem tworzenia. Boga nie ma, ale jest człowiek do Boga podobny. Nie oszukał nas, gdy mówił ten, którego nie ma także: będziecie jako bogowie.
Materialista nie boi się śmierci, bo śmierci nie ma, jest tylko koniec życia. Wieczność to chyba jeden przymiot nie istniejącego Boga, z którego zrezygnował człowiek (…).
Inaczej patrzy na świat chrześcijanin. Nie gorzej od materialisty zna tajniki świata materialnego, ale im głębiej wnika w wielkość świata dostępnego w doświadczeniach i harmonii praw nim rządzących, tym jaśniej zarysowuje się w jego świadomości potęga i mądrość Stwórcy. W jego rozumieniu rzeczywistość materialna, dająca się rozłożyć na pierwotne elementy energii i masy biegnące po krawędzi czasu nad przepaścią nicości, w żaden sposób sama siebie nie tłumaczy. Ceni sobie świat materii i podobnie jak marksista pragnie go sobie podporządkować. Pamięta odwieczne przykazanie, że ma ziemię czynić poddaną. Tam, gdzie chodzi o budowanie, poznawanie, tworzenie, staje chętnie do pracy obok marksisty, nigdy jednak nie zgodzi się na to, że doskonalenie materialnych warunków bytu jest ostatecznym sensem ludzkiego istnienia.
Chrześcijanin (…) nie chce wierzyć, że martwa nierozumna materia wskutek czysto mechanicznych przemian ułożyła się w mądrze zorganizowany świat. Pomimo całego światła płynącego z nauk przyrodniczych ciągle dotyka tajemnic. W jego rozumieniu teoria ewolucji może być stwierdzeniem pewnych faktów, ale nie ich wytłumaczeniem. Ona porządkuje zaobserwowane zjawiska, ale ich nie tłumaczy i – przeciwnie – sama najbardziej wytłumaczenia wymaga. W rozumieniu chrześcijanina świat tym, czym jest, nie stał się sam, bo to, czego nie ma, samo się stać nie mogło. Chrześcijaninowi się wydaje, że w miarę jak nauki przyrodnicze coraz jaśniejsze światło rzucają na cienką warstwę materialnej rzeczywistości dla doświadczenia dostępnej i jej granice – tym ostrzej zaznaczają się kontury ciemności, z których się wynurza nasz ziemski świat. Świat bogaty, piękny i dziwny choć tak bardzo znajomy.
Jaskółka, która ostrym lotem przecina powietrze i gruba przekupka królująca wśród marchwi, pietruszki i kalafiorów, gdy czerwonymi palcami zgarnia miedzi alki z twarzą mocną, nieustępliwą, brzydką, a w gruncie rzeczy dobrą, wytarte kocie łby na krakowskim rynku, słońcem zalana przestrzeń i hejnał z wieży Mariackiej, dwie kłócące się kobiety, dorożkarz w meloniku wsłuchujący się w monotonny tętent końskich kopyt, para narzeczonych całujących się w cieniu kasztanowych liści, są czymś więcej niż mozaiką protonów i elektronów.
W miarę jak chrześcijanin wchodzi na ścieżkę prawd swojej wiary przez Boga objawionej, postępuje wśród coraz gęstszych ciemności. Coraz jaśniej i coraz ciemniej. Coraz więcej trudności i szczęścia, o których człowiek niewierzący pojęcia mieć nie może i coraz więcej bólu. Rozdarcie grzechu i pragnienie Boga. W swojej wędrówce spotyka krzyż, śmieszny i głupi w oczach pogan, gorszący dla Żydów, a na krzyżu Chrystus, dobrze znany Jezus z Nazaretu. (…).
Chrześcijanin nie może uciec spod krzyża, nawet gdyby chciał. Czasem zwija się z bólu pod ciężarem istnienia, cierpienia, wieczności, pod strasznym brzemieniem prawdy swojego grzechu. Łatwo jest się ślizgać po powierzchni życia religijnego, chlapać się w wodzie przy brzegu. Gdy otchłań zaczyna ciągnąć, Bóg, nieskończoność, wieczność, krzyż Syna Człowieczego, zmartwychwstanie i te ciemności, straszne ciemności tajemnicy bytu, wówczas przerażenie ogarnia, człowieka. Chciałby wyskoczyć z wody i razem z innymi budować pałace na złotym brzegu beztrosko, w poczuciu własnej nieskończonej mocy, niepomny, że o krok huczy ocean – ale wie, że go cienka warstwa czasu i piasku nie uchroni przed spotkaniem z otchłanią. Nie może uciec, nie może wyrwać kartki z historii, bo sam by siebie okłamał. Wie, że gdyby wyrwał tę jedną, to musiałby kolejno wyrywać wszystkie następne, aż do tej ostatniej, wszystkie kartki z naszej ery.
Nie może odciąć korzenia bez powalenia całego drzewa. Zna historię krzyża w duszach ludzkich i w swojej własnej duszy. Widzi jasno, że życia Chrystusa, Kościoła, świętych w żaden sposób nie da się wcisnąć w (…) ramy materialistycznej dialektyki. Na tę samą rzeczywistość patrzy innym okiem. W Lourdes przy kanonizacji każdego świętego widzi coraz to nowe wyłomy w tym niezmiennym, ustalonym zdawałoby się systemie praw rządzących naturą. Widzi bezpośrednią ingerencję Boskiej mocy. (…) Niewiele też pomaga mu twierdzenie, że działały tu jakieś nie wyjaśnione jeszcze przez naukę prawa. Bo nie o nie wyjaśnione, ale właśnie o te najbardziej zasadnicze i najpewniejsze chodzi prawa, gdy w rękach prostego księdza Bosco pomnażał się chleb, tak jak kiedyś w rękach Chrystusa, lub gdy w jednym momencie odrasta brakująca kość albo zanika ogromny guz pod wpływem krótkiej modlitwy, zanurzenia w wodzie czy przeżegnania Hostią.
Kiedy się zastanowimy, jaka jest różnica między człowiekiem wierzącym a niewierzącym, i chcemy wniknąć w ich psychikę, to trzeba by powiedzieć, że każdy z nich patrzy na tę samą rzeczywistość innym okiem i w innym świetle. Mogą to być ludzie nawet najbliżsi sobie i najbardziej się kochający, dwaj bracia czy dwie siostry, względnie nawet ten sam człowiek, który tę samą rzeczywistość przedtem widział inaczej, a teraz inaczej. Człowiek wierzący tracąc wiarę nagle staje na piasku, a cała tamta rzeczywistość zapada się gdzieś. (…)
Nieraz zachodzi także zjawisko przeciwne. Człowiek spokojnie spoczywający na piasku razem z innymi, cieszący się promieniami materialnego światła, z przerażeniem lub radością zaczyna rozumieć, że pod cienką warstwą dostępnej dla doświadczenia rzeczywistości kryje się wszechmoc Stwórcy. Istnienie tych dwóch sposobów spojrzenia na świat jest faktem historycznym, muszą się z nim liczyć zarówno materialiści, jak i wierzący.
Oczywiście, że to, co w tym artykule napisałem, jest ogromnym uproszczeniem bardzo złożonego zagadnienia tych dwóch sposobów spojrzenia na świat, ich wzajemnego stosunku. Chodziło mi jednak o to, by pokazać, że zagadnienie takie istnieje..
Są dwa spojrzenia na świat, ale są też ludzie, którzy tak czy inaczej na rzeczywistość patrzą. Między materialistycznym a chrześcijańskim poglądem nie może dojść do porozumienia ani kompromisu, bo istotę materializmu stanowi zaprzeczenie Boga, a fundamentem chrześcijaństwa jest afirmacja Boga.
Zachodzi teraz pytanie o charakterze moralnym – jak powinny się układać stosunki między ludźmi, którzy w odmiennym świetle ujmują świat. Nie wiem, jak odpowiedziałby na to pytanie marksista w świetle swojej materialistycznej etyki. […] Jest rzeczą zupełnie pewną, że pierwsze i największe przykazanie miłości rozciąga się na wszystkich ludzi, a więc także na tych, którzy myślą inaczej. Ma zatem chrześcijanin rzeczywisty i ścisły obowiązek czynnej miłości w stosunku do nich. Winien zatem życzliwość, przychylność i pomoc we wszelkich potrzebach. Chrześcijanin nie ma prawa uważać się za lepszego od tych, o których sądzi, że są w błędzie, i ich potępiać lub pomawiać o złą- wolę. Sędzią ludzkich sumień jest sam Bóg. Tylko On zna wszystkie drogi ludzkiej myśli, zna stopień winy i odpowiedzialności. Na szczęście u Boga „miłosierdzie przewyższa sąd“. Niestety wielu chrześcijan ma inną postawę i niechęć w stosunku do błędu przenoszą na osobę człowieka. W miejsce szacunku i miłości dla bliźniego rodzi się lekceważenie, pogarda, sąd. Nie zdają sobie sprawy z tego, że przez taką postawę może bardziej się oddalają od Chrystusa niż ci, których sądzą. Jeżeli chrześcijanin w obronie chrześcijaństwa schodzi z płaszczyzny nauki Chrystusa, to czyni jak ten, który podcina korzeń drzewa, na którym sam siedzi.
Wachlarz ludzi nie uznających istnienia Boga podobnie jak i wierzących jest bardzo szeroki. W swoich rozważaniach brałem pod uwagę przede wszystkim marksistę i chrześcijanina jako dwa najbardziej charakterystyczne typy odmiennego spojrzenia na świat.
INNE WIDZENIE ŚWIATA DZIŚ NIŻ KIEDYŚ
Materialista: Dawniej za każdym węgłem kryła się tajemnica, miejsce na Boga. Dziś rozszerzyły się granice świata i naszej o nim wiedzy. Wygnane duchy, rusałki, boginki z drzew, gajów i strumieni. Wygnani aniołowie z gwiazd, którymi mieli cierpliwie obracać. Zabraliśmy im gwiazdy, zmierzyli i zważyli. Wygnaliśmy Boga, już Go nie ma w zasięgu teleskopu ani elektronowego mikroskopu. Nie ma Go w fizyce i biologii. Znamy świat, ale nie znamy Boga.
Teista: Nasze pojęcia o Bogu były dziecinne, ale czyste. Dzisiaj przez pryzmat nowoczesnej wiedzy, widzimy Go większym, absolutnie niewyobrażalnym, ale jeszcze bardziej koniecznym. Tajemnica bytu zostaje coraz bardziej zepchnięta na swoje prawdziwe pozycje, do granic, gdzie się kończą miary i wagi. Sytuacja staje się coraz bardziej przejrzysta, dlatego właśnie, że wiemy, co to jest piorun, znamy bakterie i wirusy powodujące choroby, mierzymy odległości między mgławicami. Nie domagamy się od rusałek, aby czuwały nad leśnymi strumieniami, ani od aniołów, by kręcili gwiazdami, ale za to zwykły kamień leżący na ziemi, pajączek huśtający się na swojej długiej nitce i promień słońca gubiący się na półce wśród zakurzonych książek staje się tajemnicą wyciągającą’ ręce do Boga, bo pod dobrze znaną, dotychczas oczywistą i nie wzbudzającą żadnego niepokoju formą kamienia ukryła się olbrzymia masa odległych od siebie atomów pozostających w nieznanym, nie wiadomo przez co powodowanym ruchu, zdolnych się rozpaść, by się przemienić w olbrzymią energię. Kamień przestał być zrozumiały. Czym jest materia, atomy, energia, kto je zaklął, aby były zwykłym kamieniem leżącym na ziemi, który może kopnąć każdy przechodzący drogą? Zawieszony na nitce pajączek także jest z atomów, tylko jest ich dużo mniej niż w kamieniu. Jakie dziwne i przecież nie ślepym przypadkiem kierowane siły spowodowały, że te odległe atomy tworzą pajączka obdarzonego oczkami, wspinającego się swoimi ruchliwymi nóżkami po nitce mocniejszej w proporcji do swej grubości od lin stalowych?
* * *
– Gdy przyjmę komunię św. mam świadomość spotkania z najbliższym Przyjacielem, z którym można obcować bez słów.
– Ale jak ksiądz może wierzyć w realną obecność Chrystusa w opłatku?
– Wierzę temu, co powiedział kiedyś „bierzcie i jedzcie, to jest Ciało moje” „Kto pożywa Ciała mego i pije Krew moją, we mnie mieszka, a ja w nim“. „Jestem z wami po wszystkie dni do skończenia świata”. Wierzę Mu niezłomnie, bo wierzę w miłość i jestem szczęśliwy.
– To można nazwać tylko ciemnotą, głupotą, szaleństwem w końcu.
– Szaleństwem jest Jemu nie wierzyć, jeżeli się wie, kim On jest.
– Przecież to jest postawa irracjonalna, niegodna człowieka XX wieku.
– O, przepraszam. Mam dokumenty historyczne pierwszorzędnej jakości, które mi mówią, że Chrystus był mądrzejszy, lepszy (…).
Na jakiej podstawie ci, co „myślą racjonalnie, sądzą, że ich wiedza wyczerpuje prawdę o rzeczywistości? Na przykład, że poza bytami materialnymi nie ma żadnego innego istnienia?
Utkałeś nasz świat z fal elektromagnetycznych i cząsteczek elementarnych. Ciężkie słonie i komary brzęczące, promienie słońca, zapach fiołka i lotne jaskółki, pędzące mgławice i ziarno piasku, spłoszoną sarnę i uczonego, śledzącego prawa cybernetyki. Czy w ważce zawieszonej nieruchomo w powietrzu jest coś więcej niż atomy i energia rządzona nierozumnymi prawami? Czy roślina, zwierzę, człowiek jest tylko tym, z czego jest, czy jest również tym, czym jest? Scholastycy mówią o istocie rzeczy i formie substancjalnej, Kant twierdzi, że rzecz sama w sobie jest niepoznawalna, idealiści sprowadzają wszystko do myśli. Dzisiejszy człowiek olśniony naukami doświadczalnymi, zniechęcony niesprawdzalnością i mnogością teorii metafizycznych zadowala się miarą, wagą, opisem rzeczy.
Z chwilą, gdy jakąś rzecz nazwą, zaklasyfikują, gdy jakieś prawo czy teorię sformułują i sprawdzą, uważają sprawę za załatwioną do czasu, gdy nowe doświadczenie nie zmusi szukać nowej nazwy, klasyfikacji czy nowej teorii. Wszystko jest jasne, precyzyjne, w miarę ściśle ujęte. Przy. bliższej analizie cała ta pewność i precyzyjność myślenia przyrodniczego wspiera się na wielkich niewiadomych. Nie tylko dlatego, że sprowadzając wszystko do materii i energii, nie wiedzą, czym jest materia i energia, ale dlatego także, że nazwanie i zaklasyfikowanie rzeczy i zjawisk ani sformułowanie praw nie jest równoznaczne z ich rozumieniem.