Ks. Aleksander o rekolekcjach

Wspomnienie

 

Kiedy Ksiądz Proboszcz prowadził rekolekcje nie tyle zachęcał do skupienia, co wprowadzał w swoje własne skupienie i zagłębienie się w poznawaniu Boga, Jego transcendentnej istoty i mieszkającego w nas. Były przykłady z życia, ale tylko psychologiczne z życia wewnętrznego; bardzo rzadko opowiadał jakieś zdarzenie, co inni rekolekcjoniści nieraz umiejętnie i ciekawie podają.
Jednak rekolekcje księdza Aleksandra nigdy nudne nie były.
A grzmieć też potrafił. Może być, że w ostatnich latach pozostała sama łagodność, ale poprzednio… Gdy młodzież lekceważąco zachowywała się w kościele, gdy dorośli parafianie nie spełniali swych obowiązków, a szczególne, gdy żyli w niezgodzie i nienawiść w nich rosła – słyszałam jego gniew.
A raz, chyba wyjątkowo, w rekolekcjach dla sióstr w Laskach gniewał się. Po rekolekcjach, gdy siostry swoim zwyczajem hurmem pospieszyły powiedzieć „Bóg zapłać”, dziękujemy, wtedy się pokornie zdziwił: „Myślałem, że siostry nie przyjdą, bo tak nakrzyczałem na siostry” a prawda, że krzyczał!
s. Salezja Weissenhoff

Rekolekcje księdza Aleksandra

 

Właściwie lepiej by było, gdybyśmy się modlili, a nie mówili, ale ponieważ słowa być muszą, więc będziemy mówili o Bogu.

Najpierw musimy stanąć przed Praźródłem wszystkich rzeczy. Bóg jeden jest celem i sensem drogi i istnienia, i nas samych. Trzeba mieć odwagę stanąć przed Tym, Który Jest. I tu słowa się kończą. Jest miejsce na modlitwę. Jeśli człowiek aktem wiary jest przed Bogiem, musi się modlić, musi kochać i ufać. I do tego zjednoczenia z Bogiem poprzez akt wiary, nadziei i miłości wszystko dąży.

Akt wiary – akt umysłu. Ten akt jest bardzo niedoskonały. Idziemy w ciemności. Bóg dla nas jest ciemnością. Po omacku Go szukamy. I Bogu dzięki, że tak jest. Gdybyśmy Go mogli pojąć, to znaczy, że nie byłby Bogiem nieskończonym. Mamy tak stać na granicy czegoś niepoznawalnego, nie starać się sobie nic wyobrazić, bo to nie ma sensu, nie chcieć z siebie wyduszać przeżycia. Wystarczy akt wiary, że jest. To wystarczy, aby Go kochać. To Jego najważniejsze dane mi przykazanie. I to jest wszystko. Bo miłość jednoczy. A o to tylko chodzi.
Jest się u źródła i celu. Tu tylko modlitwa może zaprowadzić. Modlitwa, która jest miłością.
Boga pomieścić w umyśle nie możemy. Ale wola jest w szczęśliwszym położeniu, bo nie stara się zamknąć w sobie jak umysł, ale wychodzi do przedmiotu umiłowanego. I nie jest ograniczona. Może się zatopić, rzucić w tę wielką Nieskończoność. Na to potrzeba odwagi. Oddać się Mu w ciemnościach. Ufając. I ku temu zdąża całe życie chrześcijańskie. On jest — jeden, prosty, doskonały, wieczny, wszystko w Nim obecne. Nie wyobrażajmy sobie Pana Boga, nie róbmy Mu kapliczki w sobie. To nie to. Trzeba wyjść na wielkie szlaki Boże i tam Go szukać. W nieskończoności. On mieszka we mnie, jest bliższy niż cokolwiek. I mogę Go w sobie szukać. Ale nie jest na obraz mój zrobiony. Jestem na to, aby Go kochać. Miłość, cała męka, życie Chrystusa po to, abym ja Go kochał.
Szukajmy Boga. To droga uciążliwa, jeśli się szuka Boga w Nim samym. Łatwo jest chodzić po kałuży, po płytkiej wodzie pobożności, ale wtedy się nigdy nie spotkamy z Bogiem. Trudno jest rzucić się z łódki, gdy nie ma gruntu. A On jest tajemniczy i woła jak otchłań. To jest droga do świętości. Pustka, jałowość, męczące godziny liczenia dziur w ścianie, desek w podłodze. A właśnie wtedy człowiek wyzuwa się ze wszystkiego, oczyszcza. Jeśli promień wpada przez okno i jest pył – to widać promień. Jeśli pyłu nie ma, to promienia nie widać. I tak bywa z Bogiem w naszym życiu. Bóg prowadzi poprzez ogołocenie. Trzeba cierpliwości, nie można się zrażać, choć często się człowiekowi zdaje, że jest gorszy, bo jest bardziej oschły, ale wolą jest bliski Bogu i nikt go od Niego nie oddzieli.

Doskonałość – to miłość. Ze względu na przedmiot miłości – nikt ze stworzeń nie może Boga kochać w sposób doskonały. Tylko ta miłość może ogarnąć Boga, która jest Bogiem. Bóg musi miłować samą Prawdę i Dobro, jakim jest.

Ze względu na podmiot – tylko w niebie jest możliwa miłość absolutna. Człowiek będzie tam kochać Boga całym sobą, bo jak Go zobaczy, już nic innego nie będzie kochać. Te inne rzeczy odnajdziemy w Bogu. W niebie nie będzie konferencji o Panu Bogu. I tam będziemy Go kochali w sposób absolutny. Taka będzie miłość w każdej duszy, jaka będzie pojemność duszy. Ale każdy będzie miał tyle miłości, ile się w nim pomieści. A to jest zależne od tego, jak rozszerzył swoje naczynie na ziemi, i póki może, powinien starać się jak najbardziej je rozszerzyć.

Początek drogi doskonałości – wystrzegać się grzechu ciężkiego. Nasza droga doskonałości – usuwać z duszy wszystko, co przeszkadza miłości, co stoi na drodze do Boga. I tyle tylko trzeba. Tu sens rad ewangelicznych. Usuwanie przeszkód w drodze do Boga. Jeśli się miłuje coś nie przez wzgląd na Boga, to się już Boga nie miłuje doskonale.

Stańmy na krawędzi stworzenia i spójrzmy na Tego, Który Jest. Musimy się w Nim zakochać. Prośmy o tę miłość, bo sami z siebie możemy tylko przez wyrzeczenie, pokutę, pokorę oczyścić i przygotować dusze. Ale ta miłość to nie skutek naszego wysiłku. Możemy tylko przyjąć miłość, jaką On w nas wlewa. Abba Ojcze!

 

Najważniejsza sprawa naszego życia – to abyśmy Boga stale odszukiwali. Bo jest niebezpieczeństwo religii wypranej z Pana Boga. I to tak zraża ludzi. Formy stają się bezsensowne, ogłupiające, bolesne. Naczynie bez zawartości.

Bóg jest całkiem inny niż stworzenie. Wiemy, że jest. Stoimy bardzo realnie wobec tej Wielkości, Świętości.

Trzeba sobie uprzytomnić, Kim jest Bóg? Bóg jest jeden. Jedna Wola, Jedna Myśl, Jedna Miłość, Jedna Natura, Jedna Mądrość, Jedna Wieczność, Absolutna Jedność.

Myśmy trochę zatracili poczucie tej jedności. W praktyce tak, jak oddzielamy Osoby Trójcy Świętej i „dajemy sobie radę” z Bogiem – Ojcem, Synem i Duchem Świętym. Często zatrzymujemy się na drodze do Boga: święci, Matka Boska, sakramenty, zamiast iść do Niego. (Psalmy – uwielbienie Boga). Gdy nasze życie wewnętrzne będzie ciągle świadome Jego wielkości, to wtedy będzie miało sens. Bo inaczej nasze życie wewnętrzne będzie młóceniem słomy. Św. Józef, św. Tereska, Matka Boska, tak, tak, ale to droga. Człowieczeństwo Pana Jezusa to też tylko droga.

Poprzez tajemnice Kościoła, liturgii mamy iść do Boga. Boga jednego w trzech Osobach: „Ja i Ojciec jedno jesteśmy” (J 10, 30). Zawsze istnieje niebezpieczeństwo, gdy się jakąś prawdę akcentuje wyłącznie. Wszystko czyni razem cała Trójca Święta. Wcielenie jest dziełem całej Trójcy Świętej. Przed tym Bogiem musimy być w wiecznym uwielbieniu i gdy to zrozumiemy, wszystko zaczyna żyć, znika wszelka drętwość życia religijnego.

Rozumiemy: Bóg stał się Człowiekiem. Ale zatracamy czasem różnorodność natur. Subiektywnie czasem zdaje się, że Pan Jezus przesłania Boga. Bóstwo nie zmieszało się z człowieczeństwem. On jest Bogiem i Człowiekiem. W Osobie Bożej zjednoczenie natur.

Najważniejsze nie zapominać o Bożej Jedności. On jest jednocześnie Boskim Stworzycielem i Dzieckiem płaczącym w żłobie. Ten sam, który stworzył świat i kwiaty, i pola, i łąki, ten sam wisi na krzyżu i cierpi w swojej ludzkiej naturze, ale to jest On, który jest jedno z Ojcem. On – obnażony, który okrywa pola zielenią.

Życie chrześcijańskie to nie jest życie na naszym wewnętrznym podwórku. To Bóg nas stworzył i porwał nas przez chrzest w głębię swojej natury. Poprzez przyjęcie przez Boga natury ludzkiej zostajemy wciągnięci w naturę Bożą, w głębię tej miłości między Ojcem, Synem i Duchem Świętym. I to jest religia, to jest prawda, to jest moc. Trzeba stale tego szukać, przedzierać się. Bo rzeczywistość ziemska nas odrywa. Nasze życie ziemskie się skończy, ale Bóg jest poza czasem. On stworzył czas. te miliony lat. A my poprzez fale czasu płyniemy ku temu oceanowi wieczności.

Trzeba uważać, żeby nie zatracić tego. Nawet na drodze do Boga możemy się zagubić. Możemy dojść wysoko, a potem jak owca na dobrym pastwisku osiąść, potłuścieć i być zadowolonym: „mam Boga”. A tymczasem kocha się swoje modlitwy, swoją miłość. Człowiek, jak owca, zapomina, że trzeba iść dalej. „Chcę Ciebie, samego Ciebie! Na nic mi wszystko, jeślibym Ciebie nie miał!”. Wtedy będę stał na prostej drodze. Może będzie skalista. Niech będzie najkrótsza. Busolą jest miłość do Boga. Ile razy się odchylę, będę czuł ból. Nawet małe odchylenia będą bolały. Bo to zwłoka.

Nie chodzi o to, żebym ja był doskonały, święty, ale żeby była świętość Boża we mnie. Chodzi o to, bym Boga kochał. Co ja zrobiłem, żeby Boga bardziej kochać? Czy naprawdę to dużo? A co On zrobił, żeby być przeze mnie kochany? Przyjął naturę ludzką i tułał się, znosił różne cierpienia. Taką cenę ma miłość.

Szukać Boga – wśród dnia i nocy, w świetle i ciemnościach. Dusza musi szukać, On chce być szukany, miłowany (Pieśń nad pieśniami). Wśród ciemności idziemy. Nie można się niczym zrażać, nawet grzechami. Grzech jest rzeczą straszną, ale i grzechy są odpuszczane. A czasem nam pomagają do większej miłości. „Miłującemu Boga wszystko pomaga do dobrego”. „Komu się mniej odpuszcza, ten mniej miłuje” (Łk 7, 47) – a Bóg nam tak wiele odpuszcza. Teraz w tej chwili.

„Zmarnowałem życie, pokrzyżowałem plany Boże”. – Głupota, bezsens. Opatrzność Boża jest ciągle nad nami. Ona czuwa, wszystkim rządzi, wszystkim kieruje. Każda chwila jest ważna. Nie martwić się. Nie dreptać koło siebie, nie zajmować się sobą.

Starać się Boga jak najbardziej kochać. Na Niego spojrzeć. A w tym świetle aż nadto wyraźnie zobaczymy grzech. Nie trzeba dłubać się w drobiazgach, chodzić ze świeczką po kątach duszy. Ale Otworzyć okno, drzwi, wpuścić światło i słońce, ono samo uporządkuje. Zerwać dach. Po to rady ewangeliczne, żeby nas nie wiązało tysiąc spraw ziemskich, ale, żeby móc być wciągniętym w te wielkie sprawy Boże.

 

Drogi człowieka do Boga są właściwie proste, jeżeli człowiek ich sam nie pokręci: bo Bóg jest prosty, bo miłość jest prosta, a ona jedyną drogą do Boga.

Chodzi o to, by swoją wolę skierować do Boga. To jest miłość. Inne przykazania mają na celu usunąć to, co się sprzeciwia miłości. Rady ewangeliczne mają usunąć nie to, co się sprzeciwia miłości, ale to co utrudnia akty miłości, świadczenie miłości. Bóg szuka takich dusz, które dla Jego miłości gotowe są zrezygnować z własnej woli. To wszystko, aby mieć serce zupełnie wolne. Gdy ktoś jest oczarowany Bogiem, to zdolny jest do tego, aby zrobić tę ofiarę. Te rady więc nie są doskonałe same w sobie, ale otwierają nam drogę. Chodzi o to, żebyśmy mogli jak najpełniej z Nim się spotkać, Jego mieć, w Nim być: „Żyję już nie ja, ale żyje we mnie Chrystus” (Ga 2, 20).

Przykazanie miłości jest jedno, ale skierowane w dwóch kierunkach: Bóg i bliźni. Z tej rzeczywistości, że jest Bóg, że jest Tym, kim jest, i z tego, że ja to sobie uświadomiłem – rodzi się cnota religii, która jest ukoronowaniem cnót moralnych. Cnota sprawiedliwości – oddać każdemu, co mu się należy. Nie zawsze możemy oddać to, co się należy rodzicom, Bogu nigdy nie możemy oddać tego, co się Mu należy. I dlatego cnoty: pietas i religio. Cnota religii – człowiek pragnie oddać się na służbę Bogu. To się rodzi z poczucia, że jesteśmy stworzeniem. Chcemy dać Bogu wszystko, co możemy, temu Bogu, któremu zawdzięczamy wszystko. Ci, którzy oddają się Bogu całkowicie, nazywają się religiosi. Nie trzeba być zakonnikiem, aby służyć Bogu. Te drogi do Boga trzeba prostować ciągle na nowo. Unikać zawiłości, dreptania w miejscu. Chodzi o to, abym ja chciał Boga uwielbiać. Do tego prowadzi cnota religii, a Bóg wlewa miłość. Jeśli tak się życie ustawia, wtedy j maleje niebezpieczeństwo skostnienia, to co dotknęło faryzeuszów. Z tym Pan Jezus najbardziej walczył. Stawia człowieka stale oko w oko z Prawdą, z Bogiem. Kim jest On – a kim my jesteśmy. Być prostym, zwyczajnym, naturalnym. To wynika z prawdziwego spotkania się z Bogiem, z Bogiem takim, jaki jest, a nie jakiego się stworzyło na własne podobieństwo. Wtedy życie religijne będzie proste, autentyczne.

Na straży prawdziwej religijności stoi ta pierwsza prawda, że jest Bóg. Znaleźć Go w Ewangelii – On wielki, wspaniały, miłosierny – wtedy życie będzie proste. I wtedy rodzi się pokora. Bo wszystko jest z Niego i w Nim, i dla Niego. Wtedy jest miejsce na ufność. Jeżeli wiem, że jest Bóg, to pamiętam, że bez Jego woli włos mi z głowy nie spadnie. Gdybyśmy mieli żywą wiarę, to byśmy się nie martwili ciągle o te tysiące rzeczy. Roztropnie pomyśleć, ale dalej być spokojnym. On jest wszechmocny. Człowiek wierzący będzie spokojny. Nie będzie się martwił swoimi grzechami. Nigdzie nie powinniśmy się czuć tak bezpieczni, jak stojąc oko w oko z Tym, który nas stworzył, który nam jest Miłosierdziem i Dawcą miłosierdzia. „Misericordias Domini in aeternum cantabo” (Ps 88, 1). Przecież Ojcze nasz to dobroć sama, miłosierdzie.

Oczywiście, jest sprawiedliwość, ale przed nią uciekamy do miłosierdzia Bożego. Święci, Matka Boska, człowieczeństwo Chrystusa to tylko droga, aby się rzucić w otchłań miłosierdzia Bożego. Zapominamy, że jest Przymierze między Bogiem a nami. Jeśli nam miłosierdzie Starego Przymierza nie wystarcza, to przecież jest Nowe Przymierze, jest Krew Syna Bożego przelana z miłosierdzia dla nas. Mamy wierzyć w miłosierdzie Boże. Gdybyśmy nie wierzyli, to byśmy krzywdę Bogu czynili. Nie tracąc z oczu wielkości Boga, muszę pamiętać, że im bardziej wielki jest Bóg, tym bardziej będę Mu ufać. Gdy to zrozumiemy – to wszystko stanie się bardzo proste.

Praca wewnętrzna nad sobą jest potrzebna. Ale sens jeden – oddać się całkowicie Bogu. Oddać się Bogu to akt dewocji. Jaki jest stosunek cnoty dewocji do miłości? Św. Tomasz mówi, że się wspomagają wzajemnie: „im bardziej – tym bardziej”. Cnota religii ma jeszcze tę wartość, że bierze w posiadanie akty innych cnót, jeżeli to jest służba Boża. Jeżeli się robi coś dobrego dla człowieka, aby uczcić Boga, to akt dewocji. I życie tych, co się Bogu oddają całkowicie, musi być całkowicie objęte przez tę cnotę dewocji. Czasami rozdziela się życie, coś się zachowuje dla siebie, dla samej danej rzeczy (małżeństwo). Ale kiedy się nie dzieli, kiedy wszystko oddaje się Bogu, to przy końcu życia, mimo wszelkich grzechów i słabości, radować się będzie człowiek i dziękować Bogu, że go na tę drogę wprowadził, bo uświadomi sobie, że mimo wszystko szukał przez całe życie tylko Boga. Warto tego chcieć. Mimo grzechów, słabości, przez całe życie chcieć Boga. Tyle piękna i dobra – ile z Boga, a to co złe, to z nas. Grzech to unikanie tego dobra, które z Boga płynie. I człowiek staje w pełni prawdy. Prawdy o sobie i o Bogu. Rodzi się z tego radość i cierpienie. Cieszymy się Bogiem i cierpimy, widząc, że coś się Bogu sprzeciwia.

Miłość Boga i żal to to samo, tylko skierowanie gdzie indziej światła.

Zawsze więcej się cieszyć Bogiem niż martwić sobą. Bo Bóg ważniejszy. Przecież nasza nędza nie przeszkadza mi cieszyć się Bogiem. Trzeba się cieszyć, że taki wspaniały, wielki, piękny, dobry jest Bóg.

„Misericordias Domini in aetermim cantabo”.

 

Gdy się mówi coraz więcej o Bogu, to człowieka ogarnia beznadziejność. Bo przecież nie o słowa chodzi. Chodzi o nasz stosunek do Boga, o to, co się dzieje między Bogiem a nami.

Jest w nas jakieś święte miejsce, gdzie Bóg oddaje się człowiekowi, a człowiek Bogu. Tu nikt nie ma dostępu. To są rzeczy, które nie dadzą się wypowiedzieć. I może to dobrze, że tak jest, że to miejsce zastrzeżone, ukryte.

A Bóg wychodzi naprzeciw nam, na podbój duszy człowieka. To właśnie dzieło Odkupienia. Bóg robi tyle, aby zdobyć naszą miłość. Chrystus jest prawdziwym Bogiem. I dlatego tylko wszystko, co nam Kościół daje, jest prawdziwe.

Trzeba Go szukać. Człowieczeństwo Chrystusa jest drogą do Niego. Szukać w Ewangelii – Jego – poza słowami, obrazami, zdarzeniami. On jeden tylko może wejść w najgłębsze tajniki serca człowieka, jak np. Samarytanka, i człowiek jest szczęśliwy, te może być otwarty przed Bogiem. Można Go tak szukać wszędzie, np, w pieluszkach. Bóg nie obawia się małości. I dlatego mógł być Dzieckiem: – jest w Hostii. Właśnie dlatego, że nie ma żadnej proporcji, możliwe jest ukrycie się Boga w Dziecku, Człowieku, Kawałku Chleba. To tajemnica wielkości Boga, który się ukrył w Dziecku. Matka Najświętsza musiała najlepiej zobaczyć tajemnicę tej wielkości.

Ewangelię trzeba tak czytać, aby Jego znaleźć, nie tylko Jego naukę, bo nauka to tylko słowo. Szukać Go. W czasie 40-dniowego postu na pustyni: jaki wielki, umartwiony człowiek, a zarazem Bóg. Szukać Go takim, jaki On jest, a nie takim, jakiego my sobie wyobraziliśmy. Pierwsi chrześcijanie tak bardzo lubili opowiadać o Nim, przypominali sobie Jego czyny, słowa.

I z wami – to też On. Ten umartwiony na pustyni jest wśród, ludzi. Taki ludzki, a my tak często tacy sztywni. Tak często siedzi przy stole u Szymona czy w Betanii. A potem idzie i naucza. Płyną’ na Górze błogosławieństwa wśród biednego, udręczonego tłumu. Jak dobrze Go rozumieli. On im błogosławił, pocieszał i wskazywał, że to tylko droga. Zna nędzę życia, cierpienia, wychodzi im naprzeciw. I można by spytać, dlaczego nie zmienił ich życia. Tajemnica cierpienia. Cierpienie posiada jakąś olbrzymią wartość. Jest jedyną, możliwością, aby okazać Bogu miłość. Jest najdoskonalszą formą okazania; tej miłości. To nasza droga do Boga. Choć my tego w pełni nie rozumiemy. I On też tę drogę wybrał. Poprzez cierpienie odzyskujemy całą naszą godność i wielkość.

A jak często przebywa wśród grzeszników? Jakie to dla nas grzeszników pocieszające. Chrystus i grzesznica przyprowadzona. Rozmawia z nią, zgrzeszyła ciężko, a Bóg: „Idź i nie grzesz więcej” (J 8, 11). Niczego więcej nie żąda.

W Wieczerniku. Tam zostawia swój testament. Tylko grupka została. Chce im okazać całą miłość, jaką tylko ma. Myje nogi, brudne, nogi ludzi, którzy chodzili, od rana po kurzu. Piotr nie chce, a potem: „… i głowę i mnie całego…” – „Jeśli ktoś jest czysty, to wystarczy, aby nogi umył” (J 13, 8-10) – jaka rzeczową odpowiedź. I nakazuje miłość. Nie lękajcie się tego, że się uniżycie, aby innym, nogi umyć, innym służyć! Kto to czynił? – Bóg!

A potem chce ich związać ze sobą. Prosi o jedność, taką jedność jak w Trójcy Świętej. I tam się rodzi Kościół.

A potem mówi, aby iść za Nim. Tu największej odwagi potrzeba. I męka w trwodze. Chciał przeżyć najstraszniejszą udrękę. Nie w nastroju bohaterstwa. Straszna udręka, lęk przed męką. Chciał przeżywać tę udrękę, aby innym dać przykład swego konania w męce. Boga związali, zaaresztowali i popędzili. A On idzie posłuszny tam, gdzie Go pchną. Bóg – Ten, który stał się Człowiekiem. Na co? Na to, abyśmy uwierzyli miłości Boga i poszli za Mm tą drogą, wierząc, że ona do Niego prowadzi. Kiedyś zrozumiemy i będziemy szczęśliwi, że były ciężkie chwile w naszym życiu. I tak trzeba Go szukać i wierzyć w Niego. I już trudno coś mówić, nawet w modlitwie trudno coś mówić. Można tylko uklęknąć pod krzyżem i kochać Go. Tak jak Maria, która siedziała u Jego kolan.

Szukać Go i Mu się oddawać. Przyjść z bagażem słabości i nawet z tym, że się człowiekowi wydaje, że nie jest zdolny do żadnej ofiary, że nie tylko nie może, ale nawet mu się nie chce. Przyjść i powiedzieć: „Nie wiem, nie umiem. Ale już o nic się nie troszczę, bo wszystkiego się spodziewam po Twojej dobroci, a wszystkiego się lękam, znając swoją słabość”.

 

Ustawienie naszego stosunku do Chrystusa jest naszym ustawieniem w Kościele. Rekrutacja do Kościoła: „Czy mi wierzysz?” – Chodzi o osobisty stosunek do Kościoła. Bez uwierzenia Chrystusowi nie ma co robić w Kościele. Musimy nie tylko Mu uwierzyć, ale i pokochać Go.

Nie organizował, nie planował, ale powiedział przypowieść o ziarnie. I sam jak to ziarno pszeniczne obumarł. On jest jedynym źródłem życia w Kościele. Kościół to nie organizacja, a organizm, który wyrósł z męki Chrystusa.

Można wszystko zniszczyć i Watykan podpalić, i kapłanów wymordować, ale dopóki będzie Chrystus i wierni, którzy Go miłują, będzie Kościół.

Kościół jest bardzo biedny, bo ma tylko Chrystusa rozpiętego na krzyżu, wszystkie katedry to tylko dodatki. Ale Kościół jest też bardzo bogaty, bo ma Chrystusa. Nie można zwyciężyć Chrystusa, bo cóż można zrobić komuś, kto już jest ukrzyżowany? I co można zrobić Bogu? Więc co można zrobić Kościołowi, który jest Chrystusem przez wiarę i miłość? Kościół żyje, i nawet w okresach tragicznych upadków żyje i wydaje świętych. I to jest istotne w Kościele, to właśnie, że daje życie. Kościół czerpie to wszystko z ofiary Chrystusa. Nigdy dosyć nie wpatrujemy się w mękę. Nowy Testament – prawdziwy testament przypieczętowany Krwią Chrystusa. Testamentem Chrystusa jest Jego życie w Kościele. Przez Jego krew staliśmy się współdziedzicami. I to wszyscy – od pierwszych ludzi, których tęsknota do dobra zbawiła. Cała ludzkość nie ma innego wejścia do życia nadprzyrodzonego, jak tylko przez Krew Chrystusa. Ofiara Chrystusa jest czymś centralnym. My już świadomie możemy czerpać ze źródeł życia, które nam Chrystus otworzył.

Jakie jest to życie Kościoła? – Chrystusa?

Jedno jedyne prawo Kościoła – prawo miłości. Miłość z natury stwarza społeczność. Muszą być przynajmniej dwie osoby, aby była miłość.

Sam Bóg – to miłość – Trójca Święta. I ta sama miłość W Kościele. To jest wewnętrzna więź Kościoła. Wchodzimy do niego przez wiarę ożywioną miłością. I dlatego Msza św. to jest sakrament Kościoła. Eucharystia wyraża jedność Kościoła, jest to znak, który wyraża i sprawuje jedność Kościoła. Msza św. tworzy Kościół. Z jednej strony ofiara jest źródłem życia Kościoła, a z drugiej strony jednoczy nas z Chrystusem i między sobą. Dlatego Msza św. jest czymś największym w Kościele.

Ofiara nie jest celem, ale jest środkiem wyrażania miłości. Chrystus odkupił nas miłością.

Msza św. trwa przez całe życie. „Ite missa est” – idźcie jest rozesłanie. Tę naszą komunię między sobą i z Bogiem idziemy przeżywać w naszym ludzkim życiu. Brak nam żywej wiary. Przechodzimy obojętni obok tych rzeczy, bo jesteśmy oschli, ociężali. Ale i tak jesteśmy z Nim zjednoczeni.

 

To wielki nasz przywilej, że możemy Boga chwalić, że możemy świadomie żyć i naszą myślą wyjść ku Niemu. Za mało zdajemy sobie sprawę, jaka to łaska, że jesteśmy ludźmi, że możemy poznawać, że możemy kochać, że jesteśmy stworzeni na obraz i podobieństwo Boże. Wszystkie inne stworzenia nieświadomie chwalą Boga. Człowiek od siebie i od całego stworzenia ma wielbić: „Benedicite omnia opera Domini Domino…“ (D.n 3, 57).

Powinniśmy przyjąć naszą ludzką kondycję, sytuację. Trzeba pokochać swoje człowieczeństwo. Szatan chciał być równy Bogu. I to wszczepił w ludzi. Żeby człowiek chciał sam być’ dla siebie bogiem. A szczęście człowieka w przyjęciu tego, że jesteśmy ludźmi. I wtedy Bóg nas napełni łaską. Staniemy się bogami. Na to Bóg stał się człowiekiem, żeby człowiek miał uczestnictwo w naturze Bożej. I ku temu zdąża wszystko w Kościele. Nasze uczestnictwo przez Mszę św., Eucharystię. I tak było od początku chrześcijaństwa. Jakiś apostoł opowiadał o Panu Jezusie, czytali, modlili się, a później ofiara Mszy św. dokonywała się. Miał jasno w świadomości tę chwilę w Wieczerniku, dzięki czynił i wszyscy dzięki czynili, a potem już tylko komunia święta. Sakrament Eucharystii wyraża i sprawuje jedność. W Eucharystii: znak – chleb i wino; znak i rzecz – Chrystus obecny pod postaciami chleba i wina; rzecz – Bóg w duszy człowieka – miłość. Bo w każdym sakramencie: sacramentum – res et sacramentum (fescel).

Eucharystia tworzy Kościół. Uczestniczyć w ofierze można dwojako:
1. Oficjalnie – w porządku kultu;
2. W porządku miłości, świętości.

W miarę im człowiek bardziej kocha, tym ma większe prawo do Chrystusa i tym bardziej może Go ofiarować. I tak uczestniczyła Matka Najświętsza i św. Jan, dlatego, że bardziej ukochał. I Maria Magdalena też „wiele umiłowała“ i patrzy jak płynie krew i też ofiarowuje Bogu.

Im bardziej się miłuje, tym bardziej staje się zjednoczonym z umiłowanym i z tym, co On czyni. Im bardziej ktoś kocha Jezusa, tym bardziej jest z Nim zjednoczony, tym bardziej łączy się z Jego miłością, wyrażoną ofiarą. Nigdy nie wiadomo kto najwięcej uczestniczy w ofierze przez miłość. A to najważniejsze, bo tylko miłość zostanie. Trzeba tylko duszę otworzyć, Bóg da to, czego człowiek będzie pragnął. Porządek kultu ma charakter służebny. Bo w Kościele w ogóle władza — to służba. Jak musiało być trudno stać pod krzyżem Maryi i Janowi, i Marii Magdalenie. Ale jednocześnie jakie to było przemawiające.
Rozumiemy tę ofiarę, bo to ta sama krew, to samo ciało, co nasze.

Stać przed ołtarzem to tak jak stać pod krzyżem. To jest to Ciało, które za nas było wydane, i ta Krew, która za nas była wylana. Nasze uczestnictwo we Mszy świętej – takie jak Matki Bożej, jak świętego Jana. Tak się wewnętrznie ustawić. To uczestnictwo wyraża się w tym Amen – fiat: Całkowite poddanie, przyjmuję, zgadzam się, chcę się włączyć, „niech się stanie!“

Po przeistoczeniu – Silentium sacrum (polecone ostatnio przez papieża), bo wtedy mamy sobie uświadomić tę ofiarę, mamy ofiarować Chrystusa i odpowiedzieć – Amen. Starać się nie marnować tej Mszy świętej, pamiętać, że jesteśmy uczestnikami pamiątki Męki. Jeśli kocham, to dla mnie sprawa najważniejsza, ta chwila, kiedy Syn ofiarowuje Ojcu swoje Ciało i swoją Krew. Jeśli nie kocham, jeśli jestem obojętny – to jestem jak żołnierze, którzy pod krzyżem grali w kości.

 

Eucharystia to powinien być wasz specjalny sakrament. Bo Eucharystia stanowi o jedności. Nam jedności tak bardzo potrzeba, bo brak zewnętrznej jedności. U pierwszych chrześcijan więzią była cotygodniowa Msza św. Obojętne, gdzie się będzie na Mszy św. i u komunii św. – jednoczy nas wszystkich Chrystus. I dzięki temu stanowimy jedną całość i przez to jesteśmy rzeczywiście w Kościele.

Jednocząc się ze sobą przez Eucharystię musimy się jednocześnie jednoczyć z tymi, którzy są w kościele, i z tymi, wśród których żyjemy. Ten związek będzie polegał na miłości i to, co będzie naprawdę łączyło, to miłość wypływająca z Serca Jezusa.

Jeszcze z jednego względu Eucharystia jest specjalnie waszym sakramentem. Eucharystia to miłość, to. jest to, co mamy nieść do ludzi. Mamy z tym iść do ludzi. Jak się zbliżamy do Chrystusa z wiarą – bo można też przyjść i odejść nie wzbogaconym – to On będzie działał, promieniował. Jeśli będziemy prawdziwie w kontakcie z Bogiem, jeśli wolą będziemy uczestniczyć w Ofierze, może często trudno nam o skupienie, ale wolą trwać, jeśli wejdziemy w kontakt z tą miłością, a przez komunię św. zjednoczymy się z nią – to będzie ta miłość promieniować w oczach, w duszy. Możemy nawet o tym nie wiedzieć, ani nie czuć tego.

Eucharystia to jest sakrament nie zamknięty, nasza Msza św. się nie kończy, tylko się zaczyna. Bóg nas posyła, abyśmy świadczyli. Czasem może być intensywne życie religijne, nie będące życiem chrześcijańskim. Dalszym ciągiem Mszy – praca, dobre uczynki. I już nie jest się samemu, ale razem z innymi w Kościele. Msza św. to nie jest jeszcze jedna forma pobożności, ale to nasze włączenie się w to, co się dzieje między Chrystusem a Bogiem, włączenie w Kościół.

Amen – to słowo, które lud kładł jako pieczęć pod Przymierzem między Bogiem a ludem (w Starym Testamencie w Księdze powtórzonego prawa). To potwierdzenie, podpis, zgoda całego ludu. Wyraża to, co mocne, pewne, prawdziwe. W Nowym Testamencie to samo. W Apokalipsie św. Jan nazywa Pana Jezusa – Amen (Ap 3, 14). Amen – jakby odpowiedź na „non serviam”.

Św. Augustyn mówi: Amen – podpis. Św. Paweł mówi: „Jak odpowie Amen, jeżeli nie wie, o co prosi przewodniczący?” (por. 1 Kor 14, 16). Nowy Testament przejął Amen jako potwierdzenie Nowego Przymierza.

Wszyscy razem gromadzimy codziennie wartości płynące z ofiary i włączając je we Mszę św. w Jego Ofiarę, w Jego miłość do Ojca Niebieskiego – oddajemy wspólnie Bogu.

 

Św. Jan w Ewangelii stawia nas od razu w obecności Boga. Wobec tego, co najważniejsze, co początkiem i końcem. Stawia nas wobec jedności i jedyności Boga i wobec wewnętrznego życia Jedynego w Trójcy Świętej: „Bez Niego nic się nie stało, co się stało” (J 1, 3). – Wszystko: i ziarnko piasku, co leży na brzegu, i człowiek, i anioł. Wszystko. „W Nim było życie” (J 1, 4).

Światłość, miłość Boża była od początku. Od stworzenia pierwszych ludzi chodzili oni w światłości Bożej. I teraz świeci w ciemności. Choć tej światłości nie widzimy, ale ona jest. Bóg jest jedynym punktem wyjścia naszego życia religijnego. „Była światłość prawdziwa, która oświeca każdego” (J 1, 9). Pan Jezus jest tą światłością. Każdy człowiek w .sposób niepojęty jest oświecony światłością Bożą. Miłość jest chrztem pragnienia.

We Mszy św. światłość przychodzi. Przyjmujemy ją i stajemy się dziećmi Bożymi. Św. Jan jest ewangelistą Bóstwa Pana Jezusa, ale także i Jego człowieczeństwa. On kładł głowę na piersi Chrystusa, słuchał bicia Jego Serca, widział odarcie z szat i śmierć na krzyżu. On najpełniej zrozumiał tę tajemnicę dwu natur i jednej Osoby. Trzeba wejść przez wiarę i miłość w kontakt z Chrystusem w Hostii. Po przeistoczeniu ksiądz tak się modli: „Przeto my słudzy Twoi, Panie, oraz lud Twój święty ofiarujemy przedostojnemu majestatowi Twojemu z darów Twoich (już nie z naszych), Hostię czystą…” – Pana Jezusa. To najważniejsza modlitwa: od siebie ofiarujemy ten dar, który sam Bóg nam wkłada w ręce. Ofiarowujemy Ciało i Krew Chrystusa – cóż bardziej własnego? I to napełnia treścią wszystkie inne elementy Mszy św. Wtedy ministrantura, Spowiedź powszechna, Kyrie i wszystko ma mnie przygotować do tego, abym mógł godnie ofiarować Bogu Chrystusa. Ofiarowujemy tego Chrystusa, który przed chwilą właśnie mówił do mnie w Ewangelii.

„Jakeś raczył przyjąć ofiarę sługi Twego Abla” (bo wartość ofiary zależy nie tylko od ofiary – ta jest nieskończona – ale i od ofiarującego, od jego świętości, czystości serca, oczyszczenia przez serdeczną skruchę i żal. Stopień tej miłości decyduje o naszym uczestnictwie).

„Niech Anioł Boży zaniesie przed Oblicze Boskiego majestatu Twojego…” (obrazowy sposób mówienia). „Abyśmy wszyscy uczestnicy ołtarza Twego napełnieni byli wszelkim błogosławieństwem i łaską”. „Uczestnicy ołtarza” – ci, co karmią się z ołtarza. Nawiązanie do komunii św. Tak łatwo zapominamy, że spożywamy Ciało i Krew Chrystusa. Bóg chce w nas znaleźć Chrystusa, aby na nas spłynęło błogosławieństwo Ojca przeznaczone dla Syna. „Przez Niego, z Nim i w Nim – wszelka chwała” (a my już jesteśmy w Nim). Do komunii. św. przygotowujemy się przez Ojcze nasz. (ważne we Mszy świętej, aby się nie gubić w szczegółach). Baranku Boży przypomina jeszcze raz mękę Chrystusa i to samo przypomina łamanie Chleba przed komunią świętą, które czyniono śpiewając Agnus Dei. A wpuszczenie kawałka Hostii do Krwi Pana Jezusa przypomina zmartwychwstanie (połączenie). Komunia święta – otwarcie duszy na przyjście Boga. Zjednoczenie z Bogiem i zjednoczenie z bliźnim w miłości.

 

Przy życiu misyjnym trzeba mieć te istotne sprawy mocno ustawione. Jest jakieś podobieństwo między naszym życiem a życiem apostołów. Kapłaństwo w jakiś sposób oddziela od świata. A zwykli ludzie nie zabrani ze świata, tak jak apostołowie, mają żyć życiem zwykłych ludzi, ale życiem chrześcijańskim. Kwas ginie w cieście. I my tak powinniśmy ginąć wśród ludzi. Trzeba być człowiekiem duchowym, ale zarazem naprawdę świeckim – bez udawania. Ewangelia jest programem życia ludzi świeckich. Jeśli będziemy żyć naprawdę Ewangelią – będziemy święci.

Powiązać życie modlitwy z życiem czynnym. To nic dziwnego, że brak czasu na modlitwę, to programowe. Tak jak matką w rodzinie. To normalne. Ale tym bardziej starać się o życie kontemplacyjne. Wśród zajęć, w granicach możliwości ludzkich, zachować kontakt z Bogiem. Starać się o zjednoczenie z Chrystusem poprzez Mszę -św., poprzez każdy moment ciszy i milczenie. Matka Boska też miała trosk i kłopotów bez miary, a jednak była w nieustannym kontakcie z Bogiem.

Tu znów Msza św. źródłem – trzeba traktować Mszę świętą jako początek dnia, a dalszy ciąg dnia jako dalszy ciąg Mszy świętej. Pan Jezus tak szalenie zajęty, takie tłumy obok Niego, a jednak taki spokojny, to wszystko szybciej idzie. Mniej czasu traci na mówienie, bo gdy człowiek niespokojny, to kilka razy to samo powtarza. Pan Jezus i apostołowie to ludzie wśród ludzi, zwyczajni. Ale zarazem trzeba pamiętać, żeby być prawdziwymi chrześcijanami. Tm bardziej w świecie, tym bardziej złączeni z Chrystusem. Laos – święty lud Boży, Chodzi o to, by odbudować cały ten lud Boży.

Powinniśmy być tymi więzami, które stanowią czynnik łączący ludzi z Bogiem i ludzi między sobą miłością. „Nie proszę, żebyś ich wziął ze świata“ (J 17, 15). „Niech tak świeci światłość wasza przed ludźmi, aby widzieli… Ojca“… (por. Mt 5, 16). Pokora – gdybyśmy byli całkowicie wolni, nie skierowani na siebie, tak jak św. Franciszek, to nie byłoby problemu kontaktu z ludźmi. Nie myśleć, co ludzie pomyślą, Bóg działa przez małe narzędzia. Nie można obnosić swojej wielkości po świecie, bo wtedy nie można nieść Chrystusa.

Największe braki Kościoła – brak miłości i brak pokory. Trzeba się ukrywać, bo mamy być kwasem ukrytym. Kto jest wielki, ten jest sam i nie przybliży Boga nikomu. Trzeba włączyć się w sytuację każdego człowieka. Szukać człowieka. Pokochać świat. Wszystko, co ludzkie, ma być bliskie. Trzeba człowieka zrozumieć. I tę panią z wymalowanymi, wykręconymi rzęsami i tego kominiarza, co wejdzie za chwilę na dach, a może boi się żony i boi się wracać do domu. Nic nam nie może być obce. Grzech też nie może być obcy. Wszędzie się można zbliżyć, nawet w błoto wejść, jeśli się będzie ustawionym w duchu Chrystusa, jeśli się nie zatraci łączności z Nim. Ale ważne, żeby się to życie nie rozpłynęło w nicość. Trzeba kochać – to nasze życie.

Jesteśmy posłani, to jakiś urząd w Kościele, to misja, musimy rozwinąć w pełni chrześcijaństwo w sobie i w ludziach. Przez Eucharystię – miłość w jedności z Chrystusem i z ludźmi – wszędzie. Nie może być dla nas obcych ludzi. Mamy być braćmi wszystkich, tych, co dalecy od Boga i tych, co są bliscy. Być otwartym na każdego człowieka. A wszystko dla chwały Bożej!

Postawić się w sytuacji człowieka, który ma niedługo umrzeć. Z perspektywy bliskiej śmierci wszystko inaczej wygląda. Co znaczy uznanie ludzkie dla człowieka na katafalku? Wszystko zmienia i sens, istotna staje się tylko miłość, bo tylko ona pozostanie. I dlatego, kochając życie, trzeba pamiętać o śmierci. Ciało opadnie, człowiek pozostanie sam na sam z Bogiem. Jak Bóg będzie witał tych, którzy Mu wszystko oddali! Nawet mimo naszych grzechów, błędów, upadków, mieliśmy wolę oddania. To nie pycha! Pierwsi chrześcijanie też się cieszyli na to spotkanie z Bogiem, św. Ignacy cieszył się, że Bóg go dobrze przyjmie. Bo Bóg kocha bez porównania więcej niż my możemy sobie wyobrazić.

Wracamy do Ojca Niebieskiego. Teraz jesteśmy posłani, ale potem wrócimy do Niego. Pierwsi chrześcijanie w swojej pokorze wierzyli, że Bóg ich kocha, a my w swojej pysze nie jesteśmy tego pewni.

Cierpienie to nie jest dowód braku miłosierdzia, to tylko droga, którą nas Bóg prowadzi. Musi się przechodzić jakieś oczyszczenia, i jeżeli się ma stanąć przed Bogiem. Trzeba zaufać i oddać się miłości Boga. Powinniśmy mieć radość i wdzięczność, że taką drogą idziemy. I pamiętać o krzyżu. O Tym, który chciał umrzeć między ludźmi dobrymi i złymi. On nagi i oni nadzy. Bóg wśród ludzi umęczonych, cierpiących. Jeśli o Nim będziemy pamiętać, to wtedy cały świat będzie nam bliski, to wtedy w Chrystusie znajdziemy człowieka, a w każdym człowieku Chrystusa.

Nigdy nie wiadomo, kogo Bóg i dlaczego powołał. Między powołanym, posłanym a Chrystusem musi być jakaś specjalna mocna więź. W tej mierze, w jakiej będziemy wszczepieni w Chrystusa i w Jego miłość, Chrystus będzie wchodził w świat. Będziemy promieniować i przemieniać świat. Jeżeli wystarczyło dwunastu apostołów, to dlatego, że byli mocno wszczepieni w Chrystusa. Nie wystarczy wszystko oddać, trzeba iść za Nim. Idzie się za Chrystusem żywą wiarą i gorącą miłością.

Apostołowie wiarą i miłością zwyciężyli świat. Związać się z Nim aż do męczeństwa, naprawdę związać. Krew za krew, miłość za miłość, życie za życie. Jakaś całkowitość. Jeśli sprawa miłości Boga i ludzi nie będzie najważniejsza, to całe życie będzie spudłowane. Jak na tym zależało Chrystusowi, to widać z tego, że całą noc modlił się za apostołów i za nas się modlił. On za nami, przyjaciółmi swymi, specjalnie wstawia się do Boga. W nas chce przelać całą swoją miłość. Otworzyć serce Panu Jezusowi. Ja chcę kochać, chcę zniknąć, aby ukazać Chrystusa. Apostołowie zniknęli, w Ewangelii ich nie widać. On ma wzrastać. Mniejsza o to, czy mam uznanie, mniejsza o wszystko, aby tylko Chrystus wzrastał przez wszystko.

I módlcie się, nie unikajcie spotkania z Nim. Jeśli się z Nim nie zaprzyjaźnimy to jak Go damy ludziom? On jest w Ewangelii, w Eucharystii. Przecież codziennie jesteśmy świadkami Ofiary na Kalwarii. Nie chodzi już o częstość komunii świętej, ale o wartość spotkania.

My już naprawdę należymy do Chrystusa. Co by uczynił Piotr w Rzymie, gdyby zapomniał o Chrystusie? On żył wiarą i miłością.

To nasze życie jest nie nasze, ale to sprawa Chrystusowa. Czego my nie zrobimy – On zrobi.

 

Modlić się, koniecznie się modlić. Kapłan może nie mieć czasu na odprawienie czytania duchownego, ale nie może nie mieć czasu na modlitwę. Im mniej kto ma czasu, tym więcej winien się modlić. Kto nie ma czasu, ten musi stale się modlić. Bez modlitwy kapłan żyć nie może.

Słowa płyną – miliony ich. Ale jest jedno Słowo, które się Ciałem stało, w to Słowo uwierzyć i tego Słowa słuchać.

Nie daj Boże wielkich kapłanów. Wielki może być kaznodzieja, organizator, ale nie kapłan. Kapłaństwo tak, ale nie kapłan.

Przeklęte jest miłosierdzie i łaskawość, która się zniża, która czyni dobrze niejako z góry. Trzeba iść jak Chrystus między ludzi i dźwigać się, by im pomagać. To wielka łaska, że ludziom możemy pomagać.

Kapłaństwo nie może być lekkie i po ludzku przyjemne i wygodne. Kapłaństwo musi być ofiarą. Potrzeba cierpienia i ofiary, jeśli nie dostarcza tego życie, kapłan sam musi poszukać.

Kapłan powinien być wszystkim dla wszystkich.
Im więcej kapłan sam siebie ceni, tym mniej cenią go inni.
Nic od nas nie zależy, ale róbmy tak, jakby od nas zależało wszystko.
Unikanie kominków, towarzystwa wybranego.
Bez kompleksów niższości wobec np. lekarzy.
Prostota bez poufałości.
W konfesjonale od strony dobra, ale bez pobłażania.
Prosty, ludzki, służący ludziom, ewangelijny, nie zarozumiały z ludźmi.
Bez polityki na ambonie, poczucie godności miejsca, prosto, po chłopsku.

Być dobrym księdzem i nowoczesnym człowiekiem. Ludzie wyczuwają w kapłanie wielkość i świętość kapłaństwa, tego się domagają. Tylko sam kapłan nie zawsze umie odrzucić siebie od kapłaństwa. Wybranie do kapłaństwa to rzecz ogromnie wielka. Prawdziwy wybór. Ale trzeba iść za Chrystusem ukrzyżowanym i wzgardzonym, iść Jego śladem, a nie własnymi ścieżkami.

Typ starego spokojnego kapłana, duszpasterza kończy się. Trzeba koniecznie iść wśród ludzi z sercem pełnym miłości, ale iść właśnie z miłością, a nie z reformą.

Wielu było w Kościele reformatorów i wiele Kościołowi wyrządzili krzywdy. Trzeba iść z miłością jak św. Franciszek. Bo Kościół to nie własne gospodarstwo czy folwark, ale to Sponsa Christi, sacrosancta Eclesia. I ten Kościół jest w ludziach, w każdym człowieku, trzeba go umieć dostrzec i uszanować.

Ludzie nie są, ludzie się stają. Tak samo i my nie jesteśmy, ale się stajemy. Należy każdą duszę i każdą duchowość uszanować. Nie wolno robić „melioracji“. Nawet Bóg z szacunkiem odnosi się do każdej duchowości, przedstawia prawdę, poucza, ale ostatecznie pozostawia wolne działanie każdemu człowiekowi i tę wolność szanuje.

O Mszy świętej Tu przy ołtarzu kapłan jest prawdziwie kapłanem. Ta funkcja jest istotna i zasadnicza. Tu mieści się wartość przewyższająca w sposób nieskończony wszelką inną działalność kapłańską. Kapłan winien wiedzieć, że do przeistoczenia, do kanonu jest przewodnikiem Kościoła, a później staje się Chrystusem – w nim działa Chrystus.

Należy ze czcią i bez pośpiechu Mszę św. odprawiać. Ze zrozumieniem tekstu. Msza święta ukochana to treść życia kapłańskiego.

O kapłaństwie. Mam stanąć oko w oko z Bogiem. Bo kapłaństwo to sprawa między mną a Bogiem. To rzecz ogromnie poważna i ważna. Czy jestem dostatecznie mały i słaby, żeby przyjąć kapłaństwo? Tego potrzeba – inaczej przepadło. Tego potrzeba, bo Bóg tylko na mojej nędzy może budować, nie na wielkości. Trzeba stanąć w prawdzie ze swoimi słabościami, pokornie i uczciwie o tych sprawach z Bogiem porozmawiać, serdecznie prosić i w tym kierunku całe swoje życie kapłańskie nastawić. Bo Chrystus wyciśnie na mojej duszy niezatartą pieczęć swojego kapłaństwa i kapłanem już pozostanę na zawsze. Trzeba to dobrze rozważyć. Sakrament da łaskę, trzeba z nią gorliwie współpracować. Nasz stosunek do Chrystusa i Chrystusa do nas jest całkiem szczególny. On nazywa nas przyjaciółmi. A to nie jest żadnym frazesem. Wielką radością jest odczuć tę przyjaźń Jezusową. I Bóg jest naszym Ojcem, to też nie jest frazes. On czuwa nad wszystkim, od Niego w każdej chwili zależymy we wszystkim, każda sytuacja nie jest kwestią przypadku, ale właśnie On o niej wie i zsyła ją lub dopuszcza. Nawet po każdym grzechu, czeka z ojcowską miłością, gotową nam wszystko przebaczyć.

 

Wezwał was Chrystus i jest rzeczą oczywistą, że musicie się stosować do Jego wskazówek, jeśli macie spełnić swoje zadanie. Ewangelia jasno mówi o tym, jakimi powinni być uczniowie Jezusa. Apostołowie dali przykład. Miłość jedni ku drugim – caritas benevolentiae.

„Przyjmij szatę kapłańską, która oznacza miłość – (pociecha) – mocen bowiem jest Bóg pomnożyć w was miłość i doskonałość w uczynkach“.

Szatą kapłana miłość. – Serce otwarte do wszystkich ludzi – garną się do kapłana dzieci, starsi, biedni, strapieni.

Alter Christus – nie przywiązywać do siebie – miłość obiektywna, bezinteresowna, mocna, nadprzyrodzona.

Dla wszystkich – kominki, przyjaźnie, towarzystwo, nudzi się – co to znaczy – kapłan wśród ludzi się nudzi? – Jezus, Apostołowie.

Iść do ludzi – nieskalanym się ustrzec od świata tego. Św. Paweł: „Wszystkim dla wszystkich“.

Ludzie już nie szukają księdza, ale jeszcze na niego czekają. Ludzkie dusze – Jastrzębski, Jesionek, cudzołożnica, łatwe wyroki, konfesjonał, – faryzeusze.
Bezinteresowność materialna – praktyczna, wskazówki Pana Jezusa (kartki).
Faktyczne ubóstwo jednym z warunków służby Bożej.
Wolność serca – św. Franciszek, św. Paweł.
Kościół to nie przedsiębiorstwo.
Dawniej można było, dziś ksiądz chciwy na pieniądze największą szkodę wyrządza Kościołowi.
Proboszcz – opłaty – takt.
Dawać. Sąd ostateczny:
• Byłem głodny.
• Odprawiałem, śpiewałem, zebrania organizowałem, budowałem.
• Tak, ale ja byłem głodny.

„Nie troszczcie się zbytnio o życie swoje, co jeść będziecie, ani o ciało swoje, czym je przyodziejecie“ (Mt 6, 25).

„Gdy urządzasz śniadanie lub obiad, to nie zapraszaj swych przyjaciół ani braci, krewnych ani bogatych sąsiadów, bo oni także cię zaproszą i odpłacą ci.
Przeciwnie, gdy urządzasz przyjęcie, sproś biedaków, kaleki, chromych, ślepych, a będziesz szczęśliwy“ (lik 14, 12). Brać Ewangelię dosłownie.

Narzędzia pracy – aparat, motocykl, książki, zależnie od warunków – wewnętrzna wolność.
Niewola kapłana.

 

Krzyż – jedyne źródło łaski i życia. Jedyny Arcykapłan – Znaleźć nasze miejsce – Opowiadać Chrystusa, dawać Chrystusa, budować w duszach Kościół Chrystusa -Tego świat potrzebuje – Apostołować.
Pokora – łatwo opowiadać siebie, zyskać dla siebie, służyć sobie.
Nieporozumienie: ludzie schlebiają, są wdzięczni, szanują, chwalą – kapłan rośnie – Chrystus się umniejsza.
Wszystko na rachunek Chrystusa. Rośniesz ceną krwi Chrystusa. Bieda, delegacje do biskupa, zbuntowana parafia, odejście.
Nie tak, ale idź mały i słaby.
Komu służysz? – Ukrzyżowany – a ty bogaty?
Ubiczowany – a ty w wygodach?
Poniżony – a ty wywyższony?
Trzeba zrozumieć Kościół i Chrystusa, gdy się idzie Jemu służyć, pokuta, umartwienie, ofiara – narzekamy często.
Ludzie potrzebują miłości, przebaczenia, giną, a my chodzimy ponad ich głowami „wielcy“.
Wejść w tłum jak Jezus, a nie zniżać się, dotykać ran, razem z nimi cierpieć – Poraniony na krzyżu wśród ludzkich ran. – Faryzeusze.
Nie bójcie się brać Ewangelii dosłownie. Nie Ewangelia straciła, moc, tylko my stępiliśmy jej ostrze – owinęli w bawełnę – skomentowali po swojemu. – Sami nie wchodzimy, innym zamykamy (Gandhi).
„Kto was słucha, mnie słucha“.
Proboszcz – jabłka, wikary – gniew, kobieta, 6 dzieci – żądamy bohaterstwa od innych. Kładziemy brzemiona na innych. Faryzeusze.
Chrystus wszystkim w Kościele — jeżeli Kościół chory, to dlatego, że Jego za mało, za dużo nas.

 

Mam mieć trudną naukę teraz, nie dla was trudną, tylko dla mnie trudną. Mam mówić o takich rzeczach, o których mówić muszę, a mówić nie mogę, bo chodzi mi o to, jak to cośmy mówili dotychczas o Panu Bogu, o Kościele, o miłości – realizować w praktyce, wprowadzać w wasze obecne życie.
Muszę o tym mówić, bo gdybym tego nie powiedział, no to właściwie cóż – powiedział piękne rzeczy o Panu Bogu, o miłości i niech to tak zawiśnie w powietrzu – a wy musicie wracać do domu i musicie żyć takim życiem, jakie każdy z was ma. Więc czegoś by brakowało, może właśnie najważniejszego, gdybym nie mówił tego, jak teraz wy po powrocie do swego zwyczajnego życia macie te sprawy najważniejsze, duchowe, Boże, w życie wprowadzić. A z drugiej strony nie mogę o tym mówić, bo nie jestem w tej sytuacji, w jakiej wy jesteście, bo Pan Bóg mi dał to, że mogę swobodnie chodzić, swobodnie się ruszać, normalnie pracować. A właściwie, żeby mówić, jak wy byście mogli wypełniać ten program życia chrześcijańskiego w waszym życiu, to trzeba być w waszej sytuacji. Jakie ja mam prawo mówić? Teraz np. miałem rekolekcje dla niewidomych. Jak człowiekowi niewidomemu mówić, jak on ma poddać się woli Bożej, jak on ma żyć? Jak ja, widzący człowiek, mam prawo dziecku czy chłopakowi, czy dziewczynie, czy komuś niewidomemu mówić: jak ty masz żyć? Jakbym ja sam nie widział – no to wtedy ja bym miał prawo coś powiedzieć.

Gdybym ja sam nie mógł chodzić i byłbym zdany na to, że muszę w każdym ruchu, we wszystkim być zależny od drugiego człowieka, to ja bym wtedy mógł swobodnie mówić. I dlatego od razu wspomniałem, że ta nauka będzie tak trudna i właściwie jakoś niemożliwa dla mnie, ale jednak będziemy próbowali razem, wspólnie, i wy, i ja, zastanowić się nad tym, jak to właściwie urobić, żeby to wasze życie było jak najpełniejsze ducha chrześcijańskiego, bo o to właśnie chodzi, bo, że ono posiada olbrzymie wartości dla Kościoła, to jużeśmy mówili. To dla nas w Kościele nie ulega żadnej wątpliwości, że człowiek, który może być przykuty do łóżka czy do swego jakiegoś krzesła, który może nie móc nic na zewnątrz zrobić, on może Kościołowi i Panu Bogu przynieść o wiele więcej pożytku niż wspaniały misjonarz, który jeździ, tłumy porywa. To dla nas w Kościele jest rzecz oczywista, to jasne, to nie ma o czym mówić. – Tylko teraz: jak to życie wasze powinno wyglądać, żeby ono naprawdę było jak najbliższe Boga i tego ideału chrześcijańskiego?

Jak przetłumaczyć na język codzienny zwyczajne wasze codzienne sprawy, to wszystko, co Chrystus nam niesie w Ewangelii. […]

To, co mówię, to już nie będzie jakieś głoszenie pewników […], tylko raczej myślenie, razem z wami myślenie. Więc ja myślę najpierw tak, że musicie zauważyć w waszym życiu wartość drobnych rzeczy, właśnie dlatego, że jesteście skazani na to, że nie możecie działać wielkich jakichś, nadzwyczajnych rzeczy. Nie możecie w bardzo wielkiej mierze w tych zewnętrznych rzeczach działalności zewnętrznej rozwinąć. Ale co możecie? Możecie zupełnie drobne rzeczy robić. I teraz – wartość tego, co się robi, wartość duchowa, nadprzyrodzona nie zależy od tego, co się robi, tylko – ile się w to kładzie miłości. Bo miłość, dobra wola, pragnienie dobra, to jest to jedyne, jedyna wartość, która jest nieprzemijająca. Więc powiedzmy: ktoś wraca do mieszkania, był w kinie, np. brat czy siostra, ojciec, matka, ktokolwiek – i teraz ja trochę mam żalu: poleciał do kina, mnie zostawił, bawił się tam w kinie i nie pamiętał o tym, że ja tutaj jestem w mieszkaniu i nie mogę się ruszać – może powstać taka pewna gorycz, jakaś zazdrość. I jeśli teraz słyszę dzwonek, wchodzi do mieszkania, a ja się zdobędę na to, że się zapytam: a podobało ci się, podobał ci się film? – a ta osoba powie – a tak, bardzo był ładny – no, jak to dobrze, cieszę się, że się rozerwałeś. Ja myślę, ze w takim jakimś drobnym słowie może być więcej dobrej woli i miłości niż w jakichś wielkich, nadzwyczajnych dziełach zewnętrznych.

Nie chodzi o to, co my zrobimy, przecież wszystkie te nasze zewnętrzne dzieła i księży, i zakonnic, i ludzi świeckich, to wszystko w proch się rozsypuje. Za 20 lat z tego wszystkiego, co my budujemy, co robimy – kościoły jakieś czy coś innego – czy za 100, czy za 150, czy za 200, czy za 300 lat – to z tego wszystkiego nic nie zostanie a miłość zostaje, to jest jedyna wartość nieprzemijająca i dlatego myślę, radziłbym, żebyście zwrócili uwagę na te zupełnie drobne rzeczy. To jest w waszej możliwości. Przecież każdy z was w innym świecie żyje, to się nie da podać jakiejś takiej reguły dla wszystkich ważnej. Inaczej będzie dla pani, która stale leży, inaczej będzie dla kogoś, który może chodzić i swobodnie coś robić rękoma, inaczej będzie dla każdego z państwa, z nas, zależnie od tego jakie ma w domu warunki, jakie ma możliwości. Ale dla każdego ważne jest pamiętać, że zupełnie drobniutkie rzeczy: jakieś małe drobne słowa, jakiś uśmiech, kto może rękoma jakąś usługę, jakiś drobiazg zrobić, który by zrobił przyjemność swemu otoczeniu – to zapewniam was, że to będzie miało olbrzymią wartość przed Bogiem i dla waszych dusz. Koniecznie trzeba jakoś w tym kierunku iść. Jakiś dowód pamięci, ktoś ma imieniny, ktoś miał jakąś radość – umieć się cieszyć mimo swojego cierpienia, umieć się cieszyć i smucić; w ogóle wyjść ze siebie – to jest wielka sztuka, zwłaszcza dla człowieka, który jest bardzo udręczony. Jak człowiek jest cierpiący, to z konieczności jest zwrócony uwagą na siebie, no, bo mnie boli, to cóż ja poradzę, mnie boli, ja nie mogę się obrócić, ja nie mogę wstać, ja widzę, że inni mogą wszystko, ja nie mogę nic. Człowiek wtedy jest skoncentrowany na sobie, zwrócony do siebie wskutek swojego cierpienia. Wysiłek musi iść po tej linii, żeby zauważyć drugiego człowieka – bez goryczy, bez poczucia krzywdy, mój Boże, to by trzeba się na Pana Boga skarżyć, ale mnie się wydaje, że lepiej się na Niego nie skarżyć, lepiej jest Sobie powiedzieć – bądź wola Twoja – i wtedy, jak powiadam, wyjść naprzeciwko, zrozumieć, zobaczyć tego drugiego człowieka. Cóż jeszcze o takim życiu, jakie prowadzicie, cóż można by o tym życiu powiedzieć, żeby ono było jakoś tak bardzo Boże, tak bardzo , chrześcijańskie? Nieraz macie na pewno takie poczucie, bo to się musi w wielkiej chorobie pojawiać -zresztą ja wiem, bo chorowałem bardzo dużo, więc o tym to mam prawo mówić także, może się zjawić takie poczucie, że jestem ciężarem, bo jestem wiekowy, bo się nie mogę ruszać, bo ciężko w domu, bo trzeba zarobić pieniądze, a ja nic nie mogę zrobić. Ja widzę, że się męczą, że biegają, że się starają, że brakuje, a jeszcze muszą mnie obsłużyć, jeszcze muszą mnie ubrać, jeszcze muszą mnie położyć, jeszcze muszą itd. I człowiek ma takie nieprzyjemne poczucie, że ja staję się dla kogoś drugiego ciężarem. Jak z tym sobie poradzić?
Jak to tę trudność rozwiązać?

To powstaje takie błędne koło […]. Jeśli człowiek ma takie otoczenie, które go kocha, więc np. w rodzinie jest mąż czy żona, syn, matka, siostra, brat – na ogół w dobrej rodzinie to się ludzie kochają – i jeśli ktoś w tej rodzinie jest naprawdę bardzo udręczony i cierpiący, to oni by chcieli zrobić wszystko, co można, by temu człowiekowi ulżyć. I wtedy, jeśli taki człowiek cierpiący ma to poczucie, że jest ciężarem, narzeka na to, że jest ciężarem, to jeszcze tamtym dodaje ciężaru, bo wtedy im jest przykro, bo oni by chcieli, żebyś ty był zadowolony, tak jak można w tych warunkach, żebyś był szczęśliwy, robią, co mogą, a tymczasem pokazuje się, że wszystko się obraca przeciwko nim, bo im oni więcej się starają, tym więcej czujesz, że jesteś ciężarem. I znowu im to jest przykro i powstaje takie błędne koto. Jak z tego wybrnąć, jak sobie tę trudność rozwiązać? Mnie się zdaje, że trzeba najpierw powiedzieć, że to, że aktualnie to ja jestem chory, to jest, że Bóg tak chce. A gdyby był mój brat na przykład, to wtedy ja bym chodził, a on by leżał i na pewno by żaden z was wtedy się nie zawahał, nawet by nie pomyślał, gdyby komuś z was czy żona zachorowała, czy mąż, czy ojciec, czy matka – to też by mu przez myśl nie przeszło, żeby myśleć, że to jest jakiś ciężar. To zwyczajny obowiązek, zwyczajny, prosty, codzienny, rodzinny – że jeden drugiemu pomaga w tym, co potrzeba. […] Jak wy byście zrobili komuś z waszych bliskich, tak ten bliźni robi wam, całkiem zwyczajna sprawa. To jest jakaś taka wymiana – jeden drugiemu w tym, co może. Możesz się za niego pomodlić, możesz się uśmiechnąć, możesz mu podziękować, możesz mu, tak jak można, to jakoś wyrównać. To nie jest żadna litość, żadne miłosierdzie. Pojęcie litości w takim znaczeniu, takiej jakiejś łaski, to nie ma miejsca w Kościele Chrystusowym, w rodzinie chrześcijańskiej. Wszyscy wszystkim świadczą – i naprawdę, że wy nieraz może dużo więcej tej rodzinie, Kościołowi czy parafii, czy komu tam dajecie niż otrzymujecie. Więc trzeba koniecznie się wyzwolić z tego kompleksu, z tej jakiejś postawy, że jestem dla innych ciężarem.

Oczywiście być wdzięcznym, bo jeśli mnie ktoś pomaga, służy, pracuje dla mnie, to byłoby świństwo, gdybym ja był niewdzięczny. Trzeba być wdzięcznym, ale to jest rzecz zwyczajna i naturalna. A bodaj bym już umarł, bo już nie mogę patrzeć się na to, jak oni się męczą ze mną. Co za głupstwo! Przepraszam, że w ten sposób mówię. Mam taką rodzinę w mojej parafii, gdzie była dziewczyna, która miała dwadzieścia lat czy dwadzieścia kilka jak umarła, a chyba, że sześć lub siedem lat leżała, bo miała- bezwład nóg. I ojciec, i matka, co mogli, to robili, opiekowali się itd. I ta dziewczyna zmarła, i jak straszny był żal w tej rodzinie. Im bardziej […] musieli jej pomagać, tym bardziej ją kochali. I kiedy ta dziewczyna zmarła, to dla nich było większą katastrofą, niż gdyby umarło normalne, zdrowe dziecko. Dlaczego? No, bo serce w to włożyli. I czy ona była dla nich ciężarem? Dla nich ciężarem stała się jej śmierć. Po tej śmierci długo, nie mogli się opamiętać, bo więcej ona im zaciążyła, ta śmierć, niż gdyby normalne dziecko zachorowało i umarło. Więc nie trzeba […], bo to staje się ciężarem i dla was, i dla waszego otoczenia. Zupełnie normalnie, swobodnie, w naturalny sposób przyjmować to, że to ja jestem w tej sytuacji, mnie pomagają. Gdyby ktoś inny był w tej sytuacji, to ja bym pomagał, gdybym mógł, zupełnie zwyczajna rzecz. Co tu mówić o ciężarze, co tu mówić o ciężarze, moi drodzy, który ma ktoś z waszej rodziny, który wam pomaga – w stosunku do ciężaru, który wy dźwigacie […]. To jest rodzina, w Kościele wszystko jakoś jest wspólne […]. Pewnie, że czasem jest w domu niedostatek, czasem jakiś naprawdę ciężar życia, to wtedy tak jak każdy ciężar trzeba ten ciężar znosić […]. Ja mówię o rzeczach, o których nie bardzo mam prawo mówić, jak na początku powiedziałem, ale się nie gniewajcie. Mnie się wydaje, że to jest troszkę sprawa także i pychy, pewien gatunek pychy, bo nam nie chodzi czasem o to, że im jest ciężko, tylko, że to ja jestem ich ciężarem. To boli, bo gdyby moja siostra czy mój brat był tym ciężarem, no to ja bym się z tym pogodził, ale, że to właśnie ja, to to mnie boli, bo to jest dla mnie upokarzające, że ja jestem chory i właśnie mną się muszą zajmować, i ja jestem tym ciężarem. Tutaj troszeczkę może być także i tego odcienia, może się troszeczkę domieszać jakiejś pychy.

Całkiem inaczej te sprawy wyglądają w życiu, w środowisku ludzi, w rodzinie życzliwej nam, a inaczej w rodzinie nieżyczliwej. Jeżeli ktoś ma otoczenie, bo może się i tak zdarzyć, czy ktoś z rodziny, czy w ogóle otoczenie jest niechętne, nieżyczliwe – to wtedy ten ciężar życia, to cierpienie się potęguje o wiele, wiele bardziej. Bo wyobraźcie sobie życie człowieka, który sam sobie poradzić nie może, jak ma otoczenie ludzi, którzy są niechętni. Jeżeli coś zrobią, to z konieczności, niechętnie, właśnie tak jakoś z łaski: a niech ci tam…, a bodajby się to już prędzej skończyło itd. To są straszne rzeczy. To już są cierpienia tego rodzaju, że tego się nie da zmierzyć. To tylko jeden Pan Bóg wie, ile w takich okolicznościach człowiek może wycierpieć. Dlaczego czasem Pan Bóg dopuszcza na człowieka aż tak wielkie cierpienie, to ja nie wiem. Ja nie jestem Panem Bogiem. Gdybym był, to bym wiedział, a tak to ja nie wiem. Wiem tylko, że wtedy Pan Bóg wymaga jakiejś cnoty heroicznej. Cnota heroiczna, to jest taka cnota, która już jest na granicy świętości, to już na pewno w takiej sytuacji trzeba być świętym, żeby po chrześcijańsku to przeżyć. Więc wtedy już trzeba stosować to wszystko, co Pan Jezus mówi w Ewangelii o miłości nieprzyjaciół. Wiecie, Ewangelia nie jest łatwa, to nie jest program życia dla ludzi słabych. To myśmy Ewangelię tak łatwo, ładnie spreparowali, urządzili, że ona się stała taka nawet miła. Myśmy tak sobie przetłumaczyli te słowa Pana Jezusa tak ładnie, tak gładko, że nawet ludziom z Ewangelią się dobrze żyje. Ale myśli Pana Jezusa i słowa Pana Jezusa w Ewangelii nie są łatwym programem życia. Ewangelia, żeby była stosowana naprawdę, to ona jest bardzo trudnym programem życia. Na przykład miłość nieprzyjaciół – Pan Jezus wyraźnie mówi: jak ci ktoś da w twarz, to nadstaw mu i drugi policzek (por. Mt 5, 39). Jak ci ktoś powie w taki sposób, że cię aż podnosi, rozsadza – jak można mnie w ten sposób traktować – to wtedy zdobyć się na słowo życzliwe. Błogosławcie tym, którzy was przeklinają (por. Mt 5, 44) – mówi Pan Jezus. To nie jest tak łatwo, jak mnie ktoś przeklina, żebym ja wtedy jego błogosławił. „Módlcie się za tych, którzy was prześladują“ (Mt 5. 44) – to jest program nie mój, ja gdybym układał program życia dla człowieka, to bym nie miał odwagi takiego ułożyć, ale to jest program, który Pan Jezus postawił. Więc w takiej rodzinie, w takim środowisku, gdzie człowiek ma otoczenie nieżyczliwe – to tam musi być świętym – to już trudno. W ogóle ta forma życia, którą wy prowadzicie, wymaga już jakiejś świętości – ale w takich warunkach, to już trzeba […] brać całkowicie przykład z Pana Jezusa. Miłość nieprzyjaciół, zwyciężać zło dobrem – mówi św. Paweł (por. Rz 12,14-21) – to są rzeczy, które już tylko Pan Bóg może ocenić.

Czego jeszcze uczy życie w takim środowisku, w takim otoczeniu – pokory, olbrzymiej pokory. Ileż to upokorzeń trzeba znieść w życiu każdego z was, a ile upokorzeń musi się znieść tam, gdzie się ma środowisko niechętne, rodzinę niechętną. Na każdym kroku przyjęcie najprostszej posługi, najprostszej rzeczy staje się upokorzeniem, a ja muszę przyjąć, bo inaczej nie mogę żyć, bo mnie trzeba może nakarmić, bo mnie trzeba może podnieść, bo przy mnie trzeba może robić rozmaite posługi, i ja wiem, że ktoś to robi niechętnie, z przykrością i jeszcze może narzeka, i ja to mam przyjmować. Jakiej to potrzeba pokory! Taka pokora to już jest właśnie jakaś droga do świętości, na pewno, zupełnie na pewno! Tylko widzicie, właśnie teraz już zależy od człowieka – czy to, co jest jakąś okazją, jakimś ćwiczeniem się w cnotach heroicznych, stanie się człowiekowi rzeczywiście tym, co prowadzi do cnót heroicznych, czy też człowiek po prostu będzie się złościł, walczył itd. Bo to może być i tak. Człowiek złości się, a równocześnie ze sobą walczy. Bo to nie jest tak, że człowiek od razu w jednej chwili się zmienia. Wracam po rekolekcjach do domu i już jestem aniołkiem – nie łudźcie się, tak nie będzie, jeszcze ten diabełek różki będzie pokazywał często. Bo to jest na dłużej, nie tak, jak przekręcić klucz w drzwiach i nagle drzwi są zamknięte, albo kontakt w ścianie przekręcić i już jest światło, jasno.

Droga do Boga, do chrześcijaństwa, do życia według praw Pana Jezusa, to jest droga długa i ona się kończy gdzieś dopiero przy śmierci. Ale w każdym razie, tak jak powiedziałem, w takim środowisku, w takim otoczeniu nieżyczliwym, to ja sobie nie wyobrażam, żeby ktoś żyjąc po chrześcijańsku do końca nie doszedł do świętości. Musi dojść do świętości […]. Bo widzicie, łatwo być pokornym jak ta pokora później człowiekowi obraca się w zadowolenie z siebie samego, są takie okazje […], pokora się opłaca w pewnym sensie czasem człowiekowi, później jeszcze większe ma zadowolenie ze siebie,, bo mu się ta pokora opłaca. A tamtemu człowiekowi ona się nic nie opłaci, to już jest taka pokora do końca, bo co z tego, że ja dzisiaj jestem pokorny, kiedy tego nikt nie oceni, a jutro jeszcze bardziej będą mnie upokarzać. To już jest rzeczywiście akt cnoty doskonałej. Moi drodzy, mnie się zdaje, że jest jeszcze jedna rzecz, która jest ważna w waszym życiu – żebyście zrozumieli, że samo życie jest powołaniem, samo życie jest dziełem jakimś, wielkim dziełem […].

Jak ja nic nie mogę zrobić, to po co ja żyję? – tak mówią, jak gdyby człowiek był maszyną, która ma coś produkować. To nie o to chodzi. Przecież samo życie człowieka jest wielką wartością, my przynajmniej w to wierzymy, to jest chrześcijańskie pojęcie, bo jeżeli chodzi o materialistów, to rzeczywiście, jeżeli nie ma duszy, nie ma Pana Boga, nie ma świata duchowego, to człowiek jest tyle warty, ile wyprodukuje. Jeżeli zrobi dużo w życiu, potrafi jakiś mechanik czy ktoś inny dużo zrobić, to tyle wart, ile zrobi. A tymczasem w naszym pojęciu chrześcijańskim samo życie człowieka jest jakąś wielką wartością życiową, jakimś zadaniem do spełnienia. I o tym trzeba pamiętać, i dlatego możecie być zupełnie niezdolni do niczego innego, leżeć czy siedzieć, a równocześnie spełniać jakieś ogromnie ważne zadanie. W świecie ducha oczywiście, bo w świecie materii nie – bo podpalić w piecu nie potraficie ani ugotować, ani posprzątać, ani nic zrobić, bo to wszystko ktoś musi zrobić – ale to są te rzeczy materialne, zewnętrzne, to są te rzeczy w naszym rozumieniu dużo mniej warte. A w rzeczach duchowych można zrobić dużo więcej […].

Co ja mogę wam mówić o tym, jak żyć, co to za jakieś takie gadanie, drętwa mowa! Ale wy sami musicie sobie pomyśleć i zastanowić się, jak w tych warunkach, w których wy codziennie żyjecie, trzeba być chrześcijaninem? Co robić, żeby żyć po chrześcijańsku? Bo to nas jednoczy z Bogiem. Życie jest, jak powiedziałem, samo w sobie jakimś dobrem, jest drogą. Wiecie doskonale i zdajecie sobie sprawę z tego, że to jest tylko jakiś wstęp – to życie tu na ziemi. Ciągle do tej samej myśli powracam, bo to jest myśl podstawowa w Ewangelii. Ewangelia to jest dobra nowina, którą Chrystus przyniósł ludziom na świat. Ta dobra nowina, że człowiek, który w Boga wierzy i Boga kocha – do Boga idzie. Taką drogą idzie, jaką mu Bóg przeznacza. I trzeba mieć wielką wiarę w Opatrzność Bożą, nawet tą najboleśniejszą, jeżeli Bóg mnie w tej chwili tak w tej sytuacji postawił, że ja nie mogę ruszyć nogą ani ręką czy podnieść się, czy zrobić czegoś tam, czy w jakikolwiek sposób sam sobie radzić w życiu, to i to jest jakoś przez Boga przeznaczone, chciane, bo widocznie taki jakiś jest program, że Bóg chce. żebym w ten sposób doszedł do tak wielkiej świętości, wartości duchowych, że mnie taką straszną drogą do tego prowadzi.

Moi drodzy, jedno z tego, co mówiłem, jest chyba najważniejsze, a w każdym razie bardzo ważne: starajcie się nie myśleć tylko o sobie. Naprawdę starajcie się wychodzić z tego podwórka, w którym człowiek jest sam. Sami będziecie szczęśliwi, w miarę jak to jest oczywiście możliwe, i będziecie dużo dobra innym robili. Na przykład znam świat niewidomych. Jeżeli jest ktoś niewidomy i ten niewidomy jakoś umie wyjść naprzeciwko innych ludzi, i jest uśmiechnięty, stara się być życzliwy dla drugich, uczynny, widzą ludzie, że on jakoś do nich się zwraca, to wtedy ci ludzie sami się przemieniają. Bo wiecie, miłość jest czymś takim, co działa, jak drożdże, to zresztą Pan Jezus tak powiedział, że „podobne jest królestwo niebieskie do kwasu, który niewiasta włożyła w mąkę, aż się cała mąka zakwasiła“ (por. Mt 13, 33) — i tak samo jest z miłością.

Jeżeli gdzieś w jakimś domu będzie człowiek, który będzie miał prawdziwą miłość, życzliwość, dobre słowo, to to’ działa tak jak balsam na otoczenie.

I wy musicie koniecznie się o to starać. A jeżeli ta miłość płynie właśnie z jakiegoś serca cierpiącego, to jej działanie jest jeszcze sto razy większe. Kiedyś słyszałem o takim panu, który był w Laskach, już bardzo dawno temu, który był chory, na jakimś wózeczku go wożono, miał jakieś drgawki oprócz tego, ale zawsze był bardzo pogodny, uśmiechnięty, jak ktoś do niego podszedł, zawsze był jakoś tak otwarty do ludzi. Ja przyjechałem już dosyć długo po jego wyjeździe, ale ludzie ciągle opowiadali, jaki on był nadzwyczajny, jak on dużo dobrego robił przez to, że był jakoś tak zwrócony do ludzi serdecznie i życzliwie i z miłością. Więc myślę, że to jest sprawa ogromnie ważna. Tak jak dobro się szerzy i rozlewa dookoła, tak samo i zło niestety, i nastrój kwaśny, zły, zgryźliwy, niechętny – też się udziela. Wejdźcie do takiego mieszkania, gdzie jest ktoś uśmiechnięty – od razu to się wszystkim udziela.

Już bym dłużej was nie chciał męczyć, tylko na zakończenie zwrócić jakoś myśl do Pana Jezusa na krzyżu rozpiętego. Mnie się zdaje, że to jest dla nas wszystkich zawsze najlepsza nauka. Jeśli pamiętamy, kim On jest, jeżeli pamiętamy, jak straszną przechodzi mękę, i widzimy tę krew, która płynie z ran Pana Jezusa, to wtedy lepiej rozumiemy sens życia chrześcijańskiego.

On jeden ma prawo stawiać wam aż tak wielkie wymagania. Ja bym nie miał odwagi, gdyby nie to, że w Jego imieniu mogę takie wymagania stawiać. Mogę – i muszę – bo bym nie był kapłanem katolickim, Chrystusowym, gdybym ja nie stawiał wam tak wielkich wymagań. Musicie być święci, musicie być dobrzy, musicie zapominać o sobie, a pamiętać o innych, tak jak Chrystus na krzyżu zapominał o sobie, a pamiętał o innych. Oddał nam Matkę swoją i nas oddał pod opiekę Matce swojej bolesnej, i jeszcze na krzyżu pamiętał o tym łotrze, który był koło Niego ukrzyżowany, i jeszcze na krzyżu miłością swoją obejmował nie tylko tych, co stali pod krzyżem, ale nas wszystkich. I wychodził Chrystus z siebie, wychodził, nie był zamknięty w swoim cierpieniu, nie był skoncentrowany na sobie, na swojej męce, ale znosząc tę straszną mękę, tę mękę oddawał całemu światu, wszystkim ludziom i nam także.

Dlatego – kto chce być chrześcijaninem – musi jakoś za Nim iść: „Kto chce iść za mną, niech zaprze samego siebie, weźmie krzyż na każdy dzień“. Pan Jezus jest dokładny: „na każdy dzień“ – „a naśladuje mnie“ (por. Łk 9, 23).

 

Zacznijmy od tego, że znowu sobie przypomnimy obecność Boga tutaj z nami w tej chwili. Jest naprawdę tak, jak mówiłem w czasie Mszy św., że jak słońce odbija się w kroplach deszczu czy rosy, tak światło Ducha Świętego błyszczy i jaśnieje w duszach waszych, bo przecież wszyscy mamy łaskę uświęcającą, byliśmy u spowiedzi, u komunii św., to znaczy, że wszyscy mamy Ducha Świętego w sobie, że Bóg jest w nas i to jest rzecz, która powinna nas ogromnie radować.

Najpełniej i najjaśniej Duch Święty odbija się i żyje w Matce Najświętszej, dlatego Ją nazywamy zwierciadłem bez zmazy żadnej. Bo tak, jak doskonałe zwierciadło odbija w sobie blask światła, tak samo dusza Matki Najświętszej odbija w sobie Boga w sposób najdoskonalszy. My mamy najrozmaitsze słabości w duszy, jakieś skazy, pycha, jakaś zmysłowość, jakieś rozmaite inne braki i wskutek tego w nas to światło Boże jak gdyby się załamuje. A Matka Najświętsza jest tak czysta, to zwierciadło jest tak doskonałe, że w pełni odbija w sobie światło Boże. Zwłaszcza pycha przeszkadza człowiekowi w zbliżeniu się do Pana Boga, bo pycha sprawia to, że człowiek zaczyna być sam wielki i jeżeli człowiek jest pyszny, to już przez to samo jak gdyby nie może się zbliżyć do- Boga. Bo już jest odległość jakaś między Bogiem a człowiekiem, im człowiek jest bardziej wewnętrznie prosty, jakiś taki zwykły, pokorny – tym bardziej jest otwarty na działanie Ducha Świętego. To może być wielki grzesznik, to może być człowiek, który popełnia nawet bardzo ciężkie grzechy, ale jeżeli nie jest pyszny, a za grzechy swoje żałuje, to wiecie doskonale, że Pan Bóg wtedy napełnia duszę grzesznika, wypełnia jakoś doskonale. Więc to jest sprawa główna, żebyśmy pamiętali, że Bóg jest, i nie, że jest gdzieś daleko, ale że Bóg jest w nas w taki sposób, jak światło jest w lampie. Co z tego, że jest bardzo piękna kryształowa lampa, rzeźbiona, jeżeli w tej lampie się nie zapali światła i postawi się ją w ciemnym pokoju – to co z tej lampy? Co ta lampa będzie warta? Co wart człowiek, który nie ma miłości? Co z tego, że on ma duszę, ciało, że jest człowiekiem, jeżeli jest samolubny i kocha tylko siebie i myśli tylko o sobie, i nie jest zwrócony ani do Boga, ani do ludzi. Takie życie człowieka jest nic nie warte, to jest zmarnowane życie człowieka, bo człowiek na to jest stworzony, żeby kochał. I dopiero wtedy, kiedy kocha, dopiero wtedy jest szczęśliwy. Człowiek, który nie kocha, nie jest szczęśliwy, jemu się zdaje. Samolub, który myśli tylko o tym, żeby jemu było wygodnie, dobrze, dba tylko o siebie, to jemu się wydaje, że on będzie szczęśliwy. Nieprawda, on jest zawsze kwaśny, zawsze niezadowolony, zawsze ma pretensje do całego świata, zawsze mu jest wszystko źle, zawsze jest nieszczęśliwy, chociażby był zdrowy, chociażby miał majątek, miał nie wiem co tam jeszcze on zawsze zamiast się cieszyć tym, co ma, będzie się martwił, że jeszcze czegoś nie ma. To jest postawa człowieka samolubnego, on może być nie wiem jak obdarzony, ale on zawsze będzie miał pretensje, że on czegoś jeszcze nie ma. A człowiek, który nie jest samolubny, który ma miłość Boga, on przede wszystkim będzie zawsze Bogu dziękował za to, co ma. On może nie mieć zdrowia, ale będzie jeszcze dziękował za to, co ma. Dlatego będzie szczęśliwszy od tamtego samoluba, bo będzie się cieszył tym, co ma, chociażby to była odrobinka, i za to Bogu dziękował, a tamten nie będzie się cieszył, choć wszystko ma, ale będzie się martwił tym, czego nie ma. To są zasadnicze, dwie różne postawy człowieka w życiu, tego trzeba się nauczyć, cała mądrość na tym polega, żeby człowiek nauczył się miłości Boga, cieszyć tym, co ma, za to Panu Bogu dziękować […].

Kilka osób przyszło do nas, w czasie tych rekolekcji: jaki tu jest miły nastrój, jak tu jest dobrze i wśród rekolektantów i wśród sióstr, jak tu jest dobrze, wszyscy są życzliwi […]. Kto komu jest winien wdzięczność? Wszyscy wszystkim. Kto komu większą daje usługę? Czy ci, którzy usługują, czy ci, którzy się dają obsługiwać? Wszyscy wszystkim. To tylko Pan Bóg wie, kto z nas. Nikt nie wie, bo to jest jeden Kościół i nie ma tego, że jeden drugiemu coś daje. Tu każdy każdemu daje. Ja was zapewniam, że i ja prowadząc te rekolekcje, i siostry tutaj pomagając, kto wie, czy my więcej nie korzystamy z tych rekolekcji niż wy wszyscy.

W Kościele Bożym, tam, gdzie jest prawdziwa miłość, to tak właśnie się dzieje, że wszystko wszystkim na dobre wychodzi. Tak że tu nie ma żadnego miłosierdzia w jakimś takim znaczeniu, że ktoś komuś coś z litości robi. W Kościele nie ma miłosierdzia w tym znaczeniu. Miłosierdzie jest Boże nad nami wszystkimi, a to – to tylko miłość […]. Każdy ma swoje zadanie w Kościele, coś do spełnienia w tym organizmie Jezusa Chrystusa, […] a ci, którzy cierpią, ci którzy niosą specjalnie ciężki krzyż, ci mają zadanie jakieś specjalnie ważne […].

A kto to wszystko sprawia, że to nasze szare, smutne życie może się stać takim pięknym życiem? Kto to sprawia? — Duch Święty, sam Bóg, bo gdyby Boga nie było, gdyby człowiek był zostawiony sam sobie – któryś z was, powiedzmy, leży ileś tam lat w pokoju przykuty do fotela czy łóżka – co za straszna katownia, bezsens, rozpacz, jeżeliby ten człowiek nie miał Boga! A jeżeli jest Bóg, jeżeli ta moja ofiara ma jakiś cel i ona służy Kościołowi, ona służy tym zdrowym, tym wszystkim, którzy gdzieś tam chodzą, gdzieś pracują i starają się, tym kapłanom, którzy głoszą kazania, tym biskupom, którzy się troszczą – wtedy człowiek wie, po co żyje i po co ten ciężar dźwiga.

I tutaj specjalnie chciałem zwrócić waszą uwagę, żebyście w waszych modlitwach i ofiarach pamiętali o księdzu Prymasie. Ten człowiek w tej chwili w Kościele w Polsce dźwiga największy ciężar, największą odpowiedzialność […]. Na czym on się opiera? Kiedy nieraz do nas księży mówi, to się powołuje na to, że wie, jak wiele osób się za niego modli i swoje cierpienia ofiarowuje. Oczywiście to są wartości inne, niż ten świat zna […]. Ale w świecie Bożym to są Inne siły, to są siły zupełnie innego gatunku, których świat nie zna i nie rozumie. To jest właśnie siła miłości, to jest siła Ducha Świętego. Więc nauczcie się, tak bym chciał, żebyście wracając z tych rekolekcji nauczyli się cieszyć Bogiem.

Bogiem się można bardzo cieszyć, jeżeli się ma wiarę. Chociażby człowiek był pogrążony w jakichś zewnętrznych ciemnościach, oschłościach, żeby się nawet nie mógł modlić, ale jeżeli ma wiarę i wie, że jest Bóg, który stworzył świat, który nas stworzył i do którego idziemy, ten człowiek potrafi się cieszyć. Cieszyć nawet wtedy, kiedy mu jest bardzo ciężko. I do tego was gorąco zachęcam: wierzcie w Boga i wierzcie Bogu. On jest tajemniczy, On jest tak blisko, On was kocha więcej niż matka, niż ojciec, niż brat, niż siostra, niż my sami siebie kochamy. Tylko Bóg rozumie sens i cel naszego życia i On tym życiem kieruje, i tylko On wie po co, dlaczego tymi właśnie drogami idziemy.

Tylko wy się oddajcie w ręce Bogu. Módlcie się o zdrowie, proście, naturalnie – wolno i trzeba, ale w końcu się oddajcie Bogu, tak jak się oddaje dziecko w ręce swego ojca, swojej matki. Maleństwo półroczne czy dwuletnie, kiedy wyciąga swoje rączki, żeby je wziąć na ręce, to ono się nie zastanawia, ono chce być z matką, czy chce być z ojcem, a już to, czy będzie mu bezpiecznie, czy będzie mu dobrze, jak mu będzie – to już zostawia wszystko temu, komu się powierza. Tak samo i człowiek powinien zaufać i oddać się w ręce Boga najwyższego. On wychodzi naprzeciwko, jeszcze raz wam przypominam, że Słowo Boże stało się Ciałem i mieszkało między nami. Syn Boży urodził się w stajni, a umarł na krzyżu, żeby wyjść naprzeciwko nas. I idzie Chrystus naprzeciwko ciebie, tak jak wyszedł naprzeciwko Piotra czy Andrzeja, czy Marii Magdaleny, czy tej cudzołożnicy, którą zastano na grzechu, i idzie, i szuka, i prosi – przyjdź do mnie, przyjdź. Idzie, jak ten pasterz idzie szukać swojej owcy.

Chrystus nie mówił słów na wiatr. Słowa Pana Jezusa są dobrze odmierzone. To my, księża, dużo mówimy słów na wiatr. A Pan Jezus jak mówił, to mówił to, co miało pełne znaczenie, pełny ciężar, pełną treść. Jeżeli mówił o pasterzu, który pozostawia 99 owiec i idzie na puszczę szukać tej jednej owcy, która zginęła, a później kładzie ją sobie na ramiona i idzie do owczarni, zwołuje przyjaciół i mówi: radujcie się ze mną, bo znalazła się ta owieczka, która zginęła. To znaczy, że Chrystus miłuje każdego z nas jakąś ogromną miłością. Kto by o tym wątpił, to by krzywdę robił Ukrzyżowanemu.

Nie wolno wątpić o tym, że Bóg nas miłuje. A dlaczego tą drogą prowadzi, kiedy nieraz budzi się jakiś sprzeciw? Mówimy – jak możliwe, Boże, Chryste Miłosierny, że mnie każesz tak cierpieć. Trudno jest dyskutować i trudno jest prawować się z Ukrzyżowanym. Trudno. Gdyby On nie wisiał na krzyżu, to bym mógł może bluźnić, ale jeśli On sam na krzyżu wisi: Stworzyciel wszechświata w swym ludzkim ciele umiera na krzyżu, to pozostaje Mu już tylko zaufać, nie spierać się, nie targować się, tylko Mu powiedzieć – Panie, Ty wiesz, ja nie rozumiem, ale Tobie się oddaję. Bo On nas prowadzi do wieczności. Czy wy rozumiecie, jak to zupełnie inaczej wygląda z tamtej strony, jak zupełnie inaczej wygląda droga jak człowiek dochodzi do celu, a zupełnie inaczej wygląda ta droga, kiedy człowiek się trudzi i idzie pod górę. – Jak wyjdzie na szczyt, to im cięższą była droga, tym większą ma radość, tym większe odczuwa szczęście.

I tak jest z wami, ta sama historia. Jak dojdziecie do nieba, to wtedy dopiero zrozumiecie sens drogi. Bo dopóki człowiek jest w drodze, to nie może zrozumieć, ku czemu idzie, ale kiedy dojdzie do celu, to wtedy dopiero cała droga nabiera znaczenia i wartości. Tylko wierzcie, wierzcie w to, że przed wami jest szczęście. Czy to znaczy, że to niebo jest gdzieś tam? My nie wiemy. To jest stan. Kto kocha, ten jest szczęśliwy, a Bóg napełni serca nasze jakąś miłością, nieskończoną, i wielką, i nieograniczoną – i dlatego szczęście przed nami jest wieczne. Więc ta jakaś sprawa najważniejsza niech zawsze tkwi w naszym sercu, że Bóg jest z nami, Duch Święty nam towarzyszy. Patrzcie się tutaj, w tym tabernakulum, tuż obok nas jest ukryta tajemnica Boża, jest ukryty Bóg w Hostii białej. On jest cichy, my patrzymy na to tabernakulum i nic nie słyszymy, ale widzicie – tutaj jest Słowo Boże.

My ludzie to potrafimy mówić strasznie dużo, zwłaszcza księża to już tak mają z obowiązku, mówią i mówią, i mówią. A Pan Jezus milczy. Ale to Jego milczenie jest więcej warte niż wszystkie nasze słowa. To jest słowo Boga samego, jedno, jedyne, milczące, ogromne Słowo, które ogarnia wszystko. On jeden zna i rozumie wszystkie tajemnice człowieczego serca i dlatego oddawajcie Mu te serca, otwierajcie, wsłuchujcie się w Jego Słowo, w to ciche Słowo Boga samego. Ono przemawia i z tego tabernakulum, ono przemawia i wśród ciszy nocy, gdzieś tam, kiedy będziecie w swoich domach już może bezsenne spędzali godziny nie raz. To Słowo Boże jest ciche, ale potężne, ono was będzie uczyć. Tylko uwierzcie. Moi kochani, trzeba uwierzyć Panu Jezusowi. Ciągle do tego samego powracam, bo my ciągle na nowo wierzyć musimy, to nie jest tak, że ktoś uwierzył i już sprawa jest załatwiona. Akty wiary muszą iść ciągle na nowo, nakładać się, powtarzać, to nie jest taka sprawa, którą można załatwić, bo my wierzymy, ale później musimy na nowo i Ewangelia także o tym mówi, że apostołowie uwierzyli Panu Jezusowi, a później znowu przy jakiejś innej okazji: „i uwierzyli weń uczniowie Jego“ (por. J 2, 11). Trzeba ciągle na nowo Bogu wierzyć, bo Bóg jest ukryty w tajemnicy wielkiej.

Już teraz właściwie nic innego nie pozostaje, tylko Boga prosić o miłość jakąś prawdziwą, rzeczywistą i o tej miłości najpiękniejsze słowa, jakie są chyba zapisane, to zapisał św. Paweł apostoł w swoim liście do Koryntian. Pamiętacie, apostołowie to są ci ludzie, przez których do nas przemawia Pan Jezus. Jeżeli będziemy czytali za chwilę słowa św. Pawła – to jest to echo słów Pana Jezusa. Bo przecież to jest człowiek, który żył w tym czasie, w klimacie nauki Pana Jezusa i to co św. Paweł mówi, to jest tak jak gdyby do nas przemawiał przez usta swojego ucznia sam Chrystus Pan. A tak św. Paweł o miłości pięknie mówi. Może niektórzy z was ten tekst znają. „Ja ukażę wam drogę o wiele szczytniejszą“, więc najdoskonalszą drogę. „Chociażbym mówił językami ludzi i aniołów, a miłości bym nie miał, stałbym się jak miedź brzęcząca albo cymbał brzmiący. Gdybym też miał dar prorokowania i znał wszystkie tajemnice, i posiadał wszelką wiedzę i wiarę taką, iżbym góry przenosił, a miłości bym nie miał, niczym jestem“ (1 Kor 13, 1—2). Więc nic nie pomoże człowiekowi, jeżeli będzie umiał nawet anielskimi językami mówić, i nic nie pomogą żadne proroctwa i żadna wiedza ani wszelkie tajemnice, jeżeli człowiek miłości nie będzie miał, bo co z tego, że ja będę znał tajemnice materii i życia tych wszystkich planet jakichś, jeżeli ja w sercu miłości nie będę miał. „I choćbym rozdał całą majętność“ (1 Kor 13, 3 nn) – największa jest miłość.

Wiara ustanie, bo z chwilą kiedy wejdziemy do nieba, już nie będziemy potrzebowali wierzyć w Niego, w Boga, nadzieja ustanie, bo z chwilą kiedy osiągniemy to, czego się spodziewamy, już nam nie będzie potrzebna, a miłość wszędzie przetrwa, tak jak na ziemi tak i w niebie. Miłość jest najwyższym prawem Boga samego, bo Bóg jest miłością. Amen.

 

Podział ludzi na chorych i zdrowych jest podziałem powierzchownym, płynnym, podobnie jak na przykład – podział ludzi na opalonych i nie opalonych.

Z małymi wyjątkami wszyscy są kiedyś zdrowi i kiedyś chorzy. Jednak bardzo specjalna sytuacja życia chorych, zupełnie odrębny tryb życia w ciężkiej chorobie sprawia, że w świadomości społecznej podział chorzy – zdrowi rysuje się bardzo ostro, jako dwa odrębne światy. Świat chorych i świat zdrowych. Szpitale, zakłady służby zdrowia są instytucjami powszechnego użytku, a ciężka choroba etapem życia każdego prawie człowieka.

Do Zakopanego jedzie dwóch studentów w jednym przedziale. Jeden będzie zdobywał szczyty i zjeżdżał z Kasprowego, a drugi będzie werandował godzinami na tarasie sanatorium pod Gubałówką, kaszląc przeraźliwie i spluwając do stojącej obok podręcznej, szklanej spluwaczki. Za parę lat sytuacja może ulec zmianie. Nasz gruźlik skończy studia i będzie pracować w swoim zawodzie, a sportowiec chory na ciężkie zapalenie stawów będzie pojękiwał w łóżku szpitalnym.

Byłoby więc rozsądniej traktować chorobę po prostu jako etap życia każdego człowieka podobnie jak służbę wojskową dla mężczyzn czy wiek emerytalny dla starszych. Tym bardziej, że w dziewięćdziesięciu procentach właśnie choroba stanowi ostatni najtrudniejszy okres naszego życia.

Ulicę kipiącą życiem, pracę zawodową od łóżek szpitalnych dzielą zwykłe drzwi, które otwiera skinienie lekarskie.

 

„Wyszedł, który chciał siać nasienie swoje”. Tym, który sieje jest Jezus, nasieniem jest słowo Boże. Jezus, nasz Pan, Mistrz, i Zbawiciel przez trzy lata głosił swą naukę w Palestynie. Pisze św. Łukasz, że chodził po miastach i wioskach, każąc i przepowiadając Królestwo Boże. (por. Łk 8, 1)

 

Cierpliwie i pracowicie siał ziarno zdrowej prawdziwej nauki. Misję nauczania prawdy Bożej przekazał założonemu przez siebie Kościołowi, tj. apostołom i ich następcom: „Jako mnie posłał Ojciec, i ja was posyłam”. (J 20, 21) „Idąc tedy nauczajcie wszystkie narody”. (Mt 28, 19) „Kto was słucha, mnie słucha”. (Łk 10, 16) Kościół tę misję swoją już prawie dwa tysiące lat wypełnia. Dziś nauka Jezusa Chrystusa rozlega się z tysięcy ambon, głoszą ją tysiące biskupów i kapłanów. Widzimy więc, że głoszenie słowa Bożego zajmuje w Boskim planie zbawienia bardzo ważne miejsce. Zastanowimy się nad tym, jak rozmaici ludzie słowa Bożego słuchają i jak go słuchać należy.

Jedno ziarno upadło koło drogi. Smutny los tego ziarna. Zostało przez ludzi zdeptane, a później przyleciały ptaki i porwały je. Niektóre dusze są podobne do wydeptanej drogi. Wprzód otwarta na wszystkie porywy, rozproszona, lekkomyślna, próżna, światowa. Jej rozmowy wciąż obracają się dokoła bliźnich, sądzi ich, krytykuje, potępia. Ludzie tacy nigdy się poważnie nad swoim życiem nie zastanawiają. Czasem taki znajdzie się w kościele, usłyszy kazanie, tak jak zdarza się, że ziarno rzucone przez siewcę upadnie koło drogi, zamiast w przygotowaną rolę. Ziarno Boże w takiej duszy nawet nie skiełkuje. Natychmiast zostanie zdeptane, a później porwie je ptak ł nawet śladu po nim w duszy nie zostanie. Tylko tam w księgach niebieskich sprawiedliwości Bożej zostanie zapisane, że zmarnowała ona znowu łaskę, znowu straciła okazję wejrzenia w siebie, nawrócenia się. Ludzie tacy bardzo lubią wydawać sąd o kaznodziei. Chwalą go, lub ganią. Ale nigdy nie przychodzi im na myśl, by słyszane słowa zastosować do siebie. By wydobyć z nich naukę dla życia swojego. O, biedne dusze, czemu patrzycie na powłokę? Dlaczego szukacie zła, a nie szukacie zdrowego ziarna prawd Chrystusowych? Nie uważajcie na to, kto i jak do was mówi, ale słuchajcie tego, co mówi, bo chociażby mówił najbardziej nieudolnie, to przecież głosi, naukę Jezusa, która cenniejsza od wszystkich bogactw na świecie. Kaznodzieje są rozmaici, ale przez każdego z nich przemawia ten sam Jezus. Nie patrzcie na narzędzie, ale na tego, kto się tym narzędziem posługuje. Dusze, które porównaliśmy do zdeptanej drogi, to są dusze płytkie i lekkomyślne.

„A drugie ziarno padło na opokę, a gdy wzeszło, uschło, bo nie miało wilgoci” (Łk 8, 6). „…Ci są, którzy gdy usłyszą, z weselem przyjmują słowo, ale korzenia nie mają, ci do czasu wierzą, a czasu pokusy odstępują”. (Łk 8, 13) – To są dusze słabe. Idą za głosem Jezusa, jak długo prowadzi ich drogą łatwą i przyjemną, ale gdy zażąda ofiary, gdy się zjawi silniejsza pokusa, odstępują. Ich wiara jest płytka i słaba, nie są godni miana katolików, uczniów Chrystusowych. W gospodarce Bożej to są plewy, które zanieczyszczają zdrowe ziarno. To są kłosy puste. Dzisiaj na łanie Bożym jest wiele takich, kłosów, bo przyznawanie się do wiary Chrystusowej dzisiaj nic nie kosztuje. Ale kto wie, czy Jezus nie zechce oczyścić klepiska swojego, jak mówi św. Jan Chrzciciel? Czy nie weźmie wiejadła w rękę swą, aby plewy od ziarna oddzielić?

Dzisiaj nikt nie wie, co dzień jutrzejszy przyniesie. Może Bóg zażąda, byśmy krwią naszą wiarę przypieczętowali. Czy znajdziemy wtedy w sobie takie męstwo, jak mieli męczennicy z pierwszych wieków chrześcijaństwa? Czy też okaże się, że jesteśmy kłosami pustymi, plewą nieużyteczną, w której nie potrafiła się zakorzenić nauka Chrystusowa?

Święta Agnieszka, dziewica i męczennica z bogatego rzymskiego rodu, miała trzynaście lat, kiedy ją stawiono przed sądem i zażądano, żeby się zaparła wiary Chrystusowej. – Patrzcie, to dziecko prawie. Sama stoi pośród wrogów, ale jej męstwa nie potrafiły przełamać ani namowy, ani groźby. Nie zaprze się Jezusa, nie zdradzi Oblubieńca swojego. Idzie na miejsce męki. Kajdany są zbyt wielkie na jej dziecinne’ ręce i nogi. Św. Hieronim powie, że szła z radością. Dokoła wszyscy płakali, ona jedna szła radosna. A gdy kat jeszcze zwlekał, tak się odezwała: „Krzywdą jest dla Oblubieńca czekać na oblubienicę swoją”. – O, jak bardzo czysta dzieweczka kochała swego przeczystego Oblubieńca. Jaką wiarę, miała niezłomną. Stanęła, pomodliła się, skłoniła głowę, czekając na cios, który miał zakończyć jej mękę. Pisze znów św. Hieronim, że kat zadrżał i zbladł, ale dziewica, bohaterka Boża nie zadrżała. Po chwili krew trysnęła, męczeństwo się dokonało, a czysta dusza Agnieszki zatopiła się w jasnościach nieba.

O, jak wspaniale wzrosło ziarno prawdy Bożej w duszy Agnieszki. Jaki cudny wydała owoc krew dzieweczki, męczenniczki, dobrowolnie przelana. Jednym słowem mogła swe życie ocalić, ale ona wolała życie oddać, niż zaprzeć się Jezusa. Możemy sobie wyobrazić, jak Agnieszka słuchała słowa Bożego. Na pewno nie uważała na osobę kaznodziei, ale całą duszą chłonęła prawdy Boże. Przecież to głos jej Oblubieńca, to- nauka Jezusa. Tak, tylko taka wiara i taka miłość wychowuje męczenników, te najpiękniejsze kwiaty na roli Bożej.

„Inne ziarno padło między ciernie, a gdy ciernie razem wzrosły, przydusiły je“. (Łk 8, 7) „…Ci są, którzy usłyszeli, a odszedłszy, od trosk i bogactw, i rozkoszy życia bywają zaduszeni i nie przynoszą owocu“. (Łk 8, 14)

Padło słowo Boże na dobrą ziemię. Życie duszy już się zaczęło rozwijać, ale przyszły troski, przyszły bogactwa i rozkosze i zapomniał człowiek o Bogu, o tym, że ma duszę nieśmiertelną, a całą wolą swoją zwrócił się do spraw doczesnych, światowych. – Jaka dziwna nauka Jezusa, który bogactwa i rozkosze nazywa cierniami. O, jak całkiem inaczej patrzy na życie Syn Boży niż my na nie patrzymy. On wie, jak bardzo rani nasze dusze zbytnie przywiązanie do dóbr i przyjemności tego świata, wie, że dusza tym zatrutym cierniem zraniona stanie się ślepa na sprawy Boże, sprawy nadprzyrodzone. Dlatego cierniami nazywa bogactwa i rozkosze, a uczniom swoim w nagrodę za wiarę obiecuje krzyż i cierpienie. „Jeśli kto chce iść za mną, niechaj zaprze samego siebie, a weźmie krzyż swój na każdy dzień i niech idzie za mną”. (Łk 9, 23) Nie ma innej drogi, która prowadzi do Jezusa, tylko krzyż i umartwienie. – Powiedział Zbawiciel: „Jeśli pokutować nie będziecie, wszyscy pomrzecie”. (Łk 13, 3)

Nie tylko bogactwa i rozkosze nazywa Jezus cierniami. Powiada, że są nimi także i troski. Ten chwast dziś bardzo się pleni na roli Bożej. Dzisiaj prawie każdy ma kłopoty, zmartwienia, przykrości. Ale nie wolno na to pozwolić, by owe troski zagłuszyły w nas ziarno Boże. Pamiętajmy, że wszystkie choćby najcięższe zmartwienia przeminą, a Bóg i dusze nasze pozostaną. Inne ziarno padło na ziemię dobrą, a gdy urosło, wydało owoc stokrotny”. (Łk 8, 8) „Ci są, którzy dobrym, a wybornym sercem usłyszawszy, zachowują słowo i owoc przynoszą w cierpliwości”. (Łk 8, 15) Błogosławione te dusze. Sobie gotują zbawienie, a Sercu Jezusowemu przynoszą chwałę i radość. Przyjmują naukę Zbawiciela dobrym i wybornym sercem. Stosują ją do życia swojego. Mają silną i według tej wiary żyją i przynoszą owoce dobrych uczynków. Jezus dodaje, że owoc swój przynoszą w cierpliwości. Tak, bo życie uczciwe, sprawiedliwe, czyste, wedle prawa Bożego nie zawsze jest łatwe i trzeba nieraz wiele wycierpieć, aby się na drodze Bożej utrzymać.

Drodzy w Chrystusie Panu, wyciągnijcie z dzisiejszej Ewangelii świętej cztery praktyczne wskazówki i zastosujcie je w życiu:

Słuchajcie zawsze kazania „dobrym i wybornym sercem”. Choćby sam anioł przyszedł z nieba i głosił naukę, nie będzie z niej pożytku, jeżeli serca słuchających nie będą dobre, nie będą przygotowane. Serce musi użyźnić modlitwa i laska Boża, a dopiero wtedy ziarno. Boże będzie mogło wzrosnąć i przynieść plon. Dlatego, kiedy śpiewacie tę piękną pieśń przed kazaniem, proście zawsze gorąco Boga, żeby dał światło kaznodziei, a wasze serca żeby ożywił łaską swoją i otworzył na przyjęcie świętej nauki.

Kiedy słuchacie kazania, pamiętajcie, że ten, kto do was mówi, mówi w imieniu Jezusa. Ma prawo i obowiązek tak mówić, bo sam Zbawiciel go do tego powołał. „Kto was słucha, mnie słucha“. (Łk 10, 16) Niechaj wam będzie obojętna jego osoba i sposób mówienia, nie zapominajcie, że jest on tylko nieudolnym narzędziem w ręku Boga.

Starajcie się z każdego kazania wyciągnąć naukę dla siebie. Stosujcie to, co słyszycie, do własnej duszy, a nigdy do innych. Słuchaj tak, jak gdybyś był sam jeden w kościele, bo za siebie tylko będziesz musiał kiedyś zdać rachunek.

W domu przypomnij sobie, co słyszałeś. Jeszcze raz rozważ prawdę Bożą. Niechaj twoja dusza nie będzie jak ta droga, na którą ziarno Boże padło, ale natychmiast zostało zdeptane.

Bracia i siostry ukochani, nie zatykajcie uszu na głos Jezusowy. Woła do was w dzisiejszej Ewangelii: „Kto ma uszy ku słuchaniu, niechaj słucha”. (Łk 8, 8) On przyszedł na to, aby nam objawić skarby swojego Serca i swojej mądrości przedwiecznej. Niechaj dusze wasze staną się tą dobrą rolą, która przyniesie stokrotny plon.

Jezus woła: „Jam jest światłość świata, kto za mną idzie, nie chodzi w ciemności, ale będzie miał światłość żywota“. (J 8, 12)

Zaprawdę, Panie nasz, jesteś światłem, które oświeca ciemność umysłów naszych, i ogniem jesteś, który nasze zimne serca rozpala. Daj nam tę łaskę, byśmy nigdy nie zmarnowali tego ziarna, które w dusze nasze wrzucasz.

Amen.

 

Nauka Chrystusa przekazana przez uczniów; autentyczność i historyczność Ewangelii.
„Każdy, który z prawdy jest, słucha głosu mego“. (J 18, 37) Dlaczego wstajemy na Ewangelię? Dlaczego na niej, a nie na innej księdze kładziemy rękę w chwili przysięgi? Ewangelię się okadza i całuje. Czyjeż to słowa w niej spisano, że na taką zasługuje cześć?

 

Ewangelia jest to księga, w której spisane są czyny i słowa Jezusa z Nazaretu, syna Maryi, Człowieka i Boga w jednej Osobie. Słowom Ewangelii trzeba wierzyć bardziej niż jakimkolwiek innym, słowom, bo jeśli ludziom wierzymy, tym bardziej trzeba Bogu wierzyć.

Tak, odpowiecie, jeżeli w Ewangelii są naprawdę słowa Syna Bożego, to jesteśmy gotowi przyjąć je z największą wiarą i czcią. Czy możemy jednak być pewni, że ci, którzy Ewangelię spisali, wiernie odtworzyli naukę i czyny Pana Jezusa? Tę Dobrą Nowinę o zbliżającym się Królestwie Bożym, którą Jezus sam głosił, jak o tym mówiliśmy ostatniej niedzieli? A jeżeli spisali prawdę, to czy przez owa tysiące lat ludzie nie przekręcili i nie zmienili słów Ewangelii?
Pytania takie są całkiem słuszne i uzasadnione. Jeżeli na Ewangelii opiera się nasza wiara, to musimy wiedzieć na pewno, czy Ewangelia jest prawdziwa.

W dzisiejszej nauce powiemy najpierw, jak powstała pisana Ewangelia, a potem zastanowimy się nad tym, czy ta Ewangelia, którą my dzisiaj bierzemy do ręki, prawdziwie opowiada czyny i słowa Jezusa. Czy zatem zasługuje na wiarę.

Ewangelia pisana powstała z Ewangelii mówionej, czyli z tej Dobrej Nowiny, którą Pan Jezus sam głosił. Odchodząc z tej ziemi Pan Jezus nakazał apostołom: „Idąc na cały świat głoście Ewangelię wszelkiemu stworzeniu. Kto uwierzy i ochrzci się, będzie zbawiony, a kto nie uwierzy, będzie potępiony”. (Mk 16, 15—16) Z Dziejów Apostolskich, Listów św. Pawła i innych pism starochrześcijańskich wiemy, że uczniowie wiernie ten nakaz Mistrza ukochanego spełnili. Z początku apostołowie nic nie spisywali, bo Pan Jezus wyraźnie im powiedział „głoście”, czyli „opowiadajcie”, a nie mówił „piszcie”. W tych czasach zresztą zwyczajnie naukę przekazywano drogą pamięciowego powtarzania, a nie przez podręczniki jak dzisiaj. Tego sposobu trzymali się Zbawiciel i apostołowie.

Szli więc uczniowie Pana Jezusa od wsi do wsi, od miasta do miasta, z kraju do kraju i powtarzali Jego słowa, opowiadając też o czynach, których byli sami świadkami. Powstał utarty sposób głoszenia Ewangelii z pewnymi zmianami, zależnie od tego, który apostoł ją głosił i dla kogo. Opowiadając Ewangelię Żydom, większy nacisk kładli na Stary Testament i wykazywali, że w życiu Pana Jezusa spełniły się przepowiednie proroków żydowskich, głosząc zaś ją poganom pomijali Biblię, której oni nie znali, a większy nacisk kładli na cuda, których Jezus dokonał, aby się poganie przekonali, jak wielki i potężny jest Chrystus.

Tymczasem nauka chrześcijańska się szerzyła nie tylko w Palestynie, ale i wielu innych krajach. Szybko zrodziła się potrzeba spisania nauki Pana. Jezusa, którą apostołowie wiernie powtarzali. Pierwszy zabrał się do tego dzieła św. Mateusz, który sam doskonale znał Pana Jezusa, był bowiem apostołem, a jako celnik, czyli poborca. podatków lepiej od innych uczniów władał piórem. Spisał więc opowiadanie ewangelijne w języku aramejskim dla Żydów. Często przytacza Pismo św., chcąc Żydów przekonać, że Pan Jezus jest oczekiwanym przez nich Mesjaszem. Tymczasem w Rzymie tę samą Ewangelię Chrystusa głosi Piotr, ten spośród apostołów, którego Jezus wyróżnił, i na czele Kościoła postawił.

Rzymscy chrześcijanie uprosili świętego Marka, ucznia i sekretarza świętego Piotra, aby spisał opowiadanie apostoła. W ten sposób powstała druga Ewangelia.
Równocześnie św. Paweł w sposób cudowny nawrócony odbywa niezmordowanie dalekie podróże po Małej Azji, Grecji i innych krajach, opowiadając o Jezusie. Jednym z jego towarzyszy był św. Łukasz, lekarz z zawodu. Ten, będąc człowiekiem uczonym i dociekliwym, nie ograniczył się do opisania nauk, które św. Paweł tak jak inni apostołowie powtarzał, ale sam starał się dokładnie całą sprawę zbadać przez tych, którzy osobiście znali Pana Jezusa. (Łk 1, 1-4)

Z treści Ewangelii możemy wnosić, że dotarł Łukasz do samej Matki Jezusa i od Niej się dowiedział szczegółów dotyczących Jego narodzenia i dzieciństwa.
Ostatni spisał naukę i czyny Pana Jezusa św. Jan Apostoł, który jak wiemy, żył bardzo długo i napisał swoją księgę w jakieś 40 lat po tamtych ewangelistach. W opowiadaniu swoim stara się uzupełnić to, co tamci pominęli.

Znamy więc już wszystkich ewangelistów: Mateusza, Marka, Łukasza i Jana. Wszyscy spisali jedną i tę samą Ewangelię Jezusa Chrystusa. Dlatego też od najdawniejszych czasów nie mówiło się – Ewangelia Mateusza, Marka, Łukasza czy Jana, ale Ewangelia Jezusa Chrystusa według tego czy innego ewangelisty.

Trzy pierwsze Ewangelie powstały między rokiem 50 a 62 po narodzeniu Chrystusa, czyli w jakieś 20 do 30 lat po Jego ukrzyżowaniu. Ponieważ wszystkie trzy wyrosły z tego samego źródła, a mianowicie z ustalonego już przez apostołów sposobu opowiadania, tak zwanej ustnej katechezy, między Ewangeliami tymi zachodzi wielkie podobieństwo.

Bóg jest tak dobry, że pozwala nam śledzić od początku dzieje tej najświętszej i najważniejszej dla nas ze wszystkich ksiąg. Księgi, w której znajdujemy owo Słowo Boże, które się Ciałem stało. Dzięki temu możemy dzisiaj z całym spokojem stwierdzić, że Ewangelia spisana przez apostołów i ich uczniów przetrwała nie zmieniona do dnia dzisiejszego.

Gdy bierzemy do ręki listy i pisma pierwszych chrześcijan, którzy żyli jeszcze w czasach apostołów, widzimy, że znali oni doskonale Ewangelię i nieraz przytaczają jej słowa. Odnajdujemy Ewangelię w listach świętych męczenników Barnaby, Klemensa, Ignacego i w innych pismach z czasów apostolskich. Słowa Pana Jezusa są dla nich świeże, żywe, nowe i bliskie. Nic dziwnego, że idą na mękę i śmierć za prawdę ewangelijną.

Papiasz, uczeń świętego Jana, stwierdza, że „Marek jako tłumacz Piotrowy spisał starannie z pamięci mowę i czyny Pana, a Mateusz po aramejsku uporządkował mowy Pana“. Św. Ireneusz, Klemens Aleksandryjski i inni pisarze starochrześcijańscy wymieniają ewangelistów i opowiadają, w jakich okolicznościach swe księgi spisali.

Wiecie, że przed wynalezieniem druku księgi przepisywało się ręcznie. Zachowały się takie odpisy czterech Ewangelii sporządzone w dwieście do trzystu lat od śmierci apostołów, a także księgi Ewangelii dawniejsze, częściowo zniszczone. Najstarsza kartka ze słowami Ewangelii została odkryta niedawno, bo w roku 1935. Jest to resztka księgi zawierającej Ewangelię św. Jana, przepisanej, jak dokładne badania uczonych wykazały, około roku 130, czyli niedługo po śmierci apostoła. Na kartce tej, sprzed dwóch blisko tysięcy lat, ze wzruszeniem odczytujemy słowo w słowo tak dobrze znaną nam rozmowę Jezusa z Piłatem w czasie męki, przed wyprowadzeniem Zbawiciela na śmierć krzyżową. Między innymi znajdujemy owe zdania, które Opatrzność Boża specjalnie na nasze czasy zachowała: „Odpowiedział mu Jezus: »Sam mówisz, że ja jestem królem. Jam się na to narodził i na to przyszedłem na świat, aby dać świadectwo prawdzie. Każdy, który z prawdy jest słucha głosu mego«. Mówi do Niego Piłat: »Cóż to jest prawda?«“. (J 18, 37 nn) Prawdziwie na nasze czasy, gdy ludzie nie chcą uznać Chrystusa królem, a od prawdy się odwracają.

Na podstawie tych starych rękopisów, a także zachowanych do dzisiaj tłumaczeń na język syryjski i łaciński sporządzanych już w drugim wieku i ogromnie licznych przytoczeń Ewangelii u Ojców Kościoła pierwszych wieków możemy z całym spokojem stwierdzić, że Ewangelia jest ta sama i nie zmieniona od czasów apostolskich.

Czytając Ewangelię znajdujemy się więc w czasach apostolskich. Pomyślcie -ewangeliści żyją i piszą wśród ludzi, którzy sami doskonale znają spisywane nauki i zdarzenia i żywo się nimi interesują. Jedni Chrystusa miłują, inni nienawidzą. W takich okolicznościach ewangeliści musieli pisać prawdę. Wrogowie wytknęliby im każdą nieścisłość, a przyjaciele mieliby żal za przeinaczenie prawdy Chrystusowej. Zresztą gra szła o wysoką stawkę, bo o życie i męczeńską śmierć. Świadek, który się daje umęczyć i zabić za głoszoną przez siebie prawdę, jest wiarogodny. Apostołowie są takimi świadkami. Pierwsi chrześcijanie dobrze to rozumieli i dlatego męczenników nazywali „martyres“, czyli świadkami prawdy. Ze wszystkich apostołów i ewangelistów jeden tylko św. Jan uniknął śmierci męczeńskiej, wszyscy inni krwawo przypieczętowali głoszoną przez siebie Ewangelię o życiu, śmierci i zmartwychwstaniu Pana. Na nasze czasy, czasy niewiary, Bóg szczególnie żywo odsłonił prawdę ewangelijną. W szeregu odkryć w ostatnim dziesiątku lat przemówiły starożytne dokumenty, a także przemówiły kamienie. Wykopaliska dokonywane w Jerozolimie raz po raz rzucają żywe światło na prawdę Ewangelii. Między innymi odnaleziono Betsaidę, ową sadzawkę o pięciu portykach, przy której Pan Jezus uzdrowił chorego od 38 lat i Litostrotos, na którym zasiadał Piłat, by sądzić Zbawiciela.

Mamy pewność, że ewangeliści pisali prawdę i że ta prawda na kartach Ewangelii do naszych czasów przetrwała. To znaczy, że z Ewangelii przemawia już nie Mateusz, Marek, Łukasz i Jan, ale sam Jezus, Jego słowa, czyny i cuda. Już Się nie dziwimy, że słowa te zasługują na cześć najwyższą, bo to słowa Syna Bożego. W Ewangelii trzeba odszukiwać żywego Chrystusa. Tego, który uzdrawia chorych, wskrzesza umarłych. Trzeba towarzyszyć samotnemu, gdy wśród ciemności nocy idzie na górę, aby się tam modlić.

Trzeba odnaleźć Niemowlę w żłobie betlejemskiej stajni i Tego, który łamie święty Chleb przy Ostatniej Wieczerzy. Trzeba Go odszukać, by uwierzyć i pokochać gorąco. Najbardziej trzeba Go znaleźć rozpiętego na krzyżu za nasze grzechy. Ewangelia jest prawdziwym testamentem, przekazanym przez ojców naszych. Od tysiąca lat naród polski żyje prawdą Ewangelii. Na niej uczyli się miłości i świętości święci: Wojciech, Stanisław Szczepanowski, Jan Kanty, Jadwiga, Kinga, Kazimierz, Stanisław Kostka i tylu innych. — Otrzymaliśmy święty spadek po ojcach i mamy obowiązek przekazać go następnym pokoleniom. Dlatego w każdym domu musi być księga Ewangelii, a każdy ojciec powinien sobie uważać za zaszczyt i obowiązek przynajmniej raz w tygodniu czytać głośno Ewangelię wraz z całą rodziną. Dzieci wasze muszą się wychować na Ewangelii, bo znajdą w niej chleb żywy i mocny, który je będzie krzepił w ich drodze do królestwa niebieskiego.

Chrystus na to się narodził i na to przyszedł na świat, aby dać świadectwo prawdzie, i kto z prawdy jest, ten słucha głosu Jego. (por. J 18, 37)

 

Mateusz siedzi nad kartą i pisze. Wygładzone wieloletnim powtarzaniem, jak rzeczne kamyki, słowa i zdania, łatwo się układają. Nie kusi się o napisanie życiorysu Jezusa. Mateusz nie jest literatem, lecz byłym urzędnikiem rzymskiego okupacyjnego urzędu skarbowego, czyli po prostu poborcą podatkowym. Po odejściu Mistrza zaczął razem z innymi Apostołami opowiadać Ewangelię. Z początku szło im prawdopodobnie niełatwo. Prosta mowa nie- uczonych ludzi z trudem wiązała się w opisy, i obrazy. Z czasem jednak powtarzane setki razy zdania i ustępy, zachowując cały urok prostoty, utoczyły się, stały się gładkie i łatwe. Nabrały tego namaszczenia i jakiejś nieomylności w doborze słów, które daje tylko wieloletnie ustne powtarzanie opowiadania.

 

Mateusz spisuje naukę apostolską. Może to czyni na życzenie innych Apostołów,, jako najbardziej spośród nich biegły w sztuce pisania. Może sam, widząc, że czas, niby rzeka, coraz bardziej oddala go od chwil przeżytych z Jezusem, chce je utrwalić na piśmie dla dobra nowych pokoleń chrześcijańskich. Jak paciorki na nitkę nanizuje obok siebie cuda, przypowieści, nauki Mistrza, nie dbając zbytnio ani o zachowanie porządku w czasie, ani też o ich rzeczowe powiązania. Me tworzy, ale spisuje naukę Apostołów. Czy ogarnia go chwilami niepokój, gdy porównuje ubóstwo tego opowiadania z bogactwem przeżytych chwil? Co mają te biedne aramejskie litery, które się tłumem zbiegły na kartę, do tamtych dni? Czy czuje ten ból „niewypowiedzianego”, który znają ci, co muszą pisać?

Cokolwiek Ewangelista przeżywał, jedno jest pewne, że oparł się pokusie tworzenia literackiego. Spod jego ręki, pamiętającej jeszcze kształt owych chlebów, które z takim trudem roznosił wśród wielotysięcznej rzeszy, i tego drugiego chleba, który zaczął się mnożyć w przeddzień męki Jezusa, spod ręki, którą jeszcze niedawno wystawiał kwity podatnikom, może nie zawsze uczciwe, wychodzi opowiadanie spokojne, proste, bezosobowe, obiektywne. Tak się rodziła pierwsza Ewangelia pisana.

Minęło sporo lat między chwilą, kiedy Ewangelie wychodziły spod pióra autorów, a dzisiejszym dniem, ale w odniesieniu do nich czas traci znaczenie. Jakaż różnica między kartagińskim niewolnikiem z drugiego wieku, który w nocy, potajemnie, przy chwiejnym świetle oliwnej lampki, z zapartym tchem czyta słowa napisane przez Mateusza, Marka, Łukasza czy Jana, a mną, gdy biorę dzisiaj do ręki Ewangelię? Różnica jest, i to wielka, bo inny był świat przeżyć niewolnika, który jeszcze czuł beznadziejny trud przeżytego dnia i wiedział, że za to nocne czytanie może zapłacić mękami i śmiercią, a inny świat przeżyć ¡dzisiejszego człowieka wolnego, ale’ przecież i przed nim, i przede mną staje ten sam Jezus wśród galilejskich pól i judejskich skał. Te same słowa brzmią w uszach Mateusza, gdy spisuje nauki Pana, te same słowa szepcą wargi niewolnika w napiętej niepokojem ciszy kartagińskiej nocy i te same ja czytam w żniwny dzień polskiego lata, przy śpiewie ptaków i brzęku pszczół. Słowa, które nie przeminą.

Właściwie Ewangelia jest tylko jedna, ta, którą głosił Jezus, a po Jego odejściu Apostołowie wiernie i po prostu opowiadali. Przez całe lata powtarzali nauki, które od Mistrza słyszeli, i opowiadali zdarzenia, które z Nim przeżyli, szerząc w ten sposób wiarę w odkupienie i w zbliżające się Królestwo Boże. To była ta dobra nowina, którą nieśli ze sobą wszędzie, do Rzymu, Aleksandrii, Antiochii, Syrii, Grecji… Już w pierwszych latach zaczął się tworzyć pewien schemat nauczania Ewangelii, które jak całe ówczesne nauczanie na Wschodzie, polegało na pamięciowym powtarzaniu przekazywanych wiadomości. Ewangelia w ten sposób przekazywana nie stanowiła jakiejś całości, ale szereg obrazów utworzonych ze wspomnień i opowiadań apostolskich. Dopiero wydarzenia ostatnich dni, a zwłaszcza mękę Jezusa opowiadali Apostołowie w sposób zwarty i ciągły, ¡bo tego na pewno domagała się potrzeba ich własnego serca i pragnienia słuchaczy. Mateusz i Marek najwierniej zachowali nam ten. kształt pierwotnej katechezy apostolskiej układając kolejno poszczególne zdarzenia I nauki, luźno tylko i prymitywnie ze sobą związane. Łukasz, człowiek wykształcony i o wybitnych literackich zdolnościach, starał się nadać swojej Ewangelii jak najpiękniejszą formę, ale i u niego widzi się przede wszystkim staranie o wierność w oddaniu nauki apostolskiej. Ewangelia św. Jana jest bardzo inna od trzech poprzednich. Sądzę, że jej napisanie musiały poprzedzać długie lata modlitwy i kontemplacji. Jan powtórzył nam takie słowa Jezusa, których żaden inny Ewangelista nie podjął się powtórzyć. Ale i on zachował ton bezosobowy, obiektywny, beznamiętny, ton wiernej relacji bez refleksji i komentarzy.

Taki sposób pisania sprawił, że dzisiaj dla wielu ludzi Ewangelie wydają się niestrawne i irytujące swoim chaotycznym układem, jakąś bezbarwnością i monotonią. „Onego czasu rzekł Jezus uczniom swoim”… od razu czujesz zapach świecy, nastrój niedzieli, a czasem niestety odcień nudy. Z drugiej strony ta bezosobowość w samej technice redagowania Ewangelii sprawia, że postać Jezusa, Jego czyny i nauka występują bardzo plastycznie, nie przesłonięte w żaden sposób indywidualnością sprawozdawców. Tym się tłumaczy, że żaden życiorys Jezusa nie daje tak pełnego obrazu Jego osobowości i tak psychologicznie prawdziwego, jak właśnie Ewangelie. Życiorysy Pana Jezusa są tym lepsze, im mniej odbiegają od tekstu ewangelicznego. Niewiele mielibyśmy z Ewangelii pożytku, gdyby były napisane tak, jak współczesne nam życiorysy naszego Pana. Więcej byśmy wiedzieli o ich autorach, a mniej o Jezusie, bo powiedzmy szczerze, że śliczna STORIA DI CHRISTO więcej nam mówi o Papinim niż o Mistrzu z Nazaretu.

Ewangelie są naprawdę śliczne. Styl prosty i bezpośredni, niczym nie przysłania tego piękna, które płynie od wewnątrz, z samego przedmiotu opowiadania ewangelicznego, czyli powiedzmy wprost, od Jezusa. Poprzez układ pierwotnej katechezy apostolskiej i poprzez kompozycję samych Ewangelistów przebija jak słońce nadludzki geniusz Syna Człowieczego. Największą zasługą Ewangelistów jest, że nie spaczyli tego piękna, nie dokonali jakiejś parafrazy, ale nam. je podali wiernie takie, jakie jest w całej swojej świetności, świeżości i blasku. W Ewangeliach widzimy zjawisko wprost przeciwne niż we wszystkich opowiadaniach prawdziwych czy też mitycznych, które powstają około wybitnych postaci. Opowiadania takie z reguły starają się uświetnić postać swojego bohatera, przez mniej lub więcej taktowny patos, jak to widzieliśmy niedawno we Włoszech i Niemczech. Ewangelie są obiektywne i wstrzemięźliwe aż do przesady. Mamy prawie żal do św. Jana, „umiłowanego ucznia”, jedynego spośród Apostołów naocznego świadka ukrzyżowania, że opisując to zdarzenie nie ma nic więcej do powiedzenia niż to, że Jezus „dźwigając krzyż dla siebie, wyszedł na ono miejsce, które się nazywa Kalwaria, a po hebrajsku Golgota. Tam Go ukrzyżowali, a z Nim dwóch innych, z jednej i drugiej strony, pośrodku zaś Jezusa” (19, 17-18), a dalej już szczegółowo zajmuje się sprawą napisu, który Piłat kazał sporządzić. Ewangeliści nie tworzyli, ale odtwarzali i powtarzali. Dali dowód wstrzemięźliwości, na którą nie wiem, czy zdobyłby się któryś ze współczesnych autorów w obliczu takiego tematu. Żeby pisać tak jak Ewangeliści, trzeba być bardzo pokornym. Wspomniałem już, że nie mamy Ewangelii Mateusza czy Marka, lecz tylko jedną Ewangelię Jezusa Chrystusa, przez któregoś z nich napisaną. KATA MATTHAION, lub też secundum MATTHAEUM czytał kartagiński niewolnik, „według Mateusza” słyszymy w naszych kościołach.

Strona literacka Ewangelii nie jest najważniejsza. Najważniejsza jest jej treść. Ta treść właśnie sprawią, że Ewangelia jest książką niepokojącą i staje się nią coraz bardziej, w miarę jak uświadamiamy sobie niewątpliwą autentyczność jej autorstwa i treści. Niepokojące są słowa Pana Jezusa, niepokojące Jego. czyny. Im bardziej sobie zdajemy sprawę, że słowa, które dzisiaj czytamy, wyszły spod pióra Apostołów i ich bezpośrednich uczniów, tym bardziej, gubią się gdzieś te dwa tysiące lat, które bez szelestu i śladu przepłynęły przez karty Ewangelii, i stajemy w bezpośredniej bliskości zdarzeń ewangelicznym, a przede wszystkim, chcemy czy nie, musimy stanąć przed tym przedziwnym i. jedynym w historii świata człowiekiem, który się urodził w Nazarecie, umarł w Jerozolimie na krzyżu, a na trzeci.- dzień o własnej sile wstał z grobu. Można czytać obojętnie pamiętniki Cezara, trudniej jest obojętnie czytać apologię Sokratesa, .ale w żaden sposób nie można obojętnie czytać Ewangelii.

Mateusz, Marek i Łukasz spisali Ewangelię głoszoną przez Apostołów między 50 a 62 rokiem, a więc w jakieś 20 do 30 lat od czasów opisywanych zdarzeń. To tak, jak byśmy my mieli pisać o zdarzeniach z dwudziestolecia między wojnami, dotykali więc «ciepłej» jeszcze niemal rzeczywistości. Nie tylko kamieniste uliczki Jerozolimy, ale każdy prawie starszy przechodzień pamiętał triumf Palmowej Niedzieli i dramat Wielkiego Piątku. W tych warunkach nie tworzy się legendy i mitu, tak jak to niektórzy autorzy XIX wieku o twórcach Ewangelii sądzili. Zwłaszcza tam, gdzie pamięć i tradycja jest tak żywa, jak żywa była pamięć pierwszych chrześcijan o Jezusie. Nie tworzy się legendy o ludziach wszystkim znanych, żyjąc wśród nich, w tym samym środowisku. A w końcu nie oddaje się życia za historię, którą się samemu zmyśliło. To zdaje się Pascal powiedział, że wierzy tylko w taką historię, której świadek dałby się za nią zamordować.

Ale czy na pewno Ewangelie pochodzą od tych autorów, którym je przypisujemy? Proszę popatrzyć w dokumenty. W II wieku cała wschodnia i zachodnia tradycja Kościoła jest zgodna co do autorstwa czterech Ewangelii. A więc w niecałe sto lat po powstaniu Ewangelii zarówno w Jerozolimie i Atenach, jak w Rzymie i Aleksandrii jest powszechne przeświadczenie o tym, że Ewangelie pochodzą od Mateusza, Marka, Łukasza i Jana. Proszę czytać Orygenesa, Tertuliana, Klemensa Aleksandryjskiego,. Ireneusza. Wszystko to są ludzie bardzo wybitni, kulturalni, wykształceni. Nie znajdujemy się ‚w czasach jakiejś ciemnoty i zacofania, ale w okresie, w którym kwitła myśl, historia, filozofia, literatura.

* Dla ilustracji przytoczymy świadectwo św. Ireneusza, który pochodził z Małej Azji, prawdopodobnie ze Smyrny, gdzie był uczniem św. Polikarpa, który znowu z kolei był uczniem św. Jana ewangelisty. Musiał być Ireneusz człowiekiem niegłupim, skoro już w 177 roku był w Rzymie, a potem został biskupem w Lugdunie, obecnym Lyonie we Francji, i tam też doczekał się śmierci męczeńskiej.

W swoim głównym dziele Przeciw heretykom tak pisze: „Mateusz wśród Żydów w ich własnym języku napisał Ewangelię, gdy Piotr i Paweł w Rzymie Ewangelię głosili i Kościół zakładali. Po Ich odejściu Marek, uczeń I tłumacz Piotrowy, podał nam także na piśmie, co Piotr głosił. Podobnie Łukasz, towarzysz Pawła, napisał Ewangelię głoszoną przez niego. W końcu i Jan, uczeń Pana, na piersiach którego spoczywał, również napisał Ewangelię, przebywając w Efezie w Azji”. Św. Ireneusz jest świadkiem kompetentnym, bo znał tradycję całego Kościoła, i to z najlepszych źródeł. Z wcześniejszych świadectw mamy tylko świadectwo św. Papiasza, biskupa Hierapolis, ucznia św. Jana apostoła, który wyraźnie mówi o Marku i Mateuszu jako o tych, którzy spisali mowy i czyny Pana. Ale pamiętajmy, że jesteśmy już przy początku drugiego wieku, w czasie, gdy ogół starszego pokolenia chrześcijan znał jeszcze samych Apostołów i uczniów apostolskich.

Dokumenty wcześniejsze nie wymieniają autorów Ewangelii, ‚ ale za to obficie czerpią z samego ich tekstu. I tak z całą pewnością zna Ewangelie autor Didache, napisanej między 80 a 100 rokiem, zna je w I wieku św. Klemens Rzymski, trzeci następca św. Piotra, męczennik jak wszyscy pierwsi Papieże. Ewangelie nie są obce św. Ignacemu, biskupowi Antiochii, drugiemu następcy św. Piotra na tej stolicy, gdy pod strażą więzienną, wieziony okrętem do Rzymu na męczeńską śmierć, pisze owe 7 listów, niezapomniany dokument żarliwości pierwszych chrześcijan. Jeżeli się do tych pobieżnie przytoczonych zewnętrznych świadectw doda świadectwa wewnętrzne, wynikające z analizy samego tekstu – i brak wszelkich świadectw przeciwnych – to trzeba powiedzieć, że chyba niewiele jest dokumentów historycznych, których autentyczność byłaby tak niedwuznacznie stwierdzona.

Jednak wiadomość, że Ewangelie pochodzą od Mateusza, Marka, Łukasza i Jana, nam nie wystarcza. Chcemy jeszcze wiedzieć, czy ten tekst, który my dzisiaj bierzemy do ręki, jest taki sam jak ten, który wychodził spod ich pióra. Oczywiście, tej karty, nad którą siedział Mateusz, dzisiaj już nie mamy, ale mamy szereg odpisów Ewangelii od IV wieku począwszy. Mamy fragmenty wcześniejsze, a nawet parę wierszy z Ewangelii św. Jana z lat 125-130, znalezionych w Egipcie środkowym na papirusie, który był niezawodnie częścią całej niegdyś księgi ewangelijnej. Zachowały się przekłady na język łaciński i syryjski, dokonane w drugim wieku, przekłady egipskie z III i IV wieku. Ojcowie Kościoła w pierwszych wiekach tak często przytaczali Ewangelię, że można by na podstawię tych przytoczeń odtworzyć tekst wszystkich czterech. Ten ogromny materiał pozwolił zarówno protestanckim, jak i katolickim uczonym stwierdzić, że Ewangelie, które my dzisiaj posiadamy, pokrywają się z tymi, które wyszły spod pióra Autorów.

Ewangelie są książką niepokojącą i to nie tylko dla nas, katolików, którzy wierzymy, że są księgą przez Ducha Św. natchnioną, ale i dla każdego myślącego człowieka. Aby to jednak zrozumieć, trzeba się przedrzeć przez pewne trudności, które, jak mówiliśmy, stwarza sama redakcja Ewangelii, i odnaleźć żywego Jezusa w kołysanej przez falę łodzi Piotra, w kolorowym, krzykliwym gwarze wschodniego tłumu, a nade wszystko zatopionego w modlitwie; na górze, wśród nocnych ciemności i ciszy. Jest w Jezusie jakiś wielki spokój, powaga i majestat, a przy tym prostota. Są momenty, w których Apostołowie nie śmią do Niego przystąpić i spytać Go o coś, a z ‚drugiej, strony ci sami ludzie, są całkowicie pociągnięci czarem Jego osoby i są w Nim po prostu zakochani. Jest w Panu Jezusie żarliwość gorąca, energia niespożyta. Ma słowa mocne, nieraz zdawałoby się twarde, ale jest dobry, dobrocią wszystko przenikającą i leczącą. Sam jest prosty i pokorny, nic w Nim me ma na efekt. Kłamstwa i pychy nienawidzi. Jest pobożny zdrową, męską pobożnością. W żadnym momencie nie traci z oczu nadprzyrodzonego sensu życia. To, co u nas często ma odcień jakiegoś nieprzyjemnego dewociarstwa, u Niego jest całkiem proste i naturalne. W stosunku do Ojca Niebieskiego Pan Jezus ma postawę całkowitego i dziecięcego oddania się. Motorem całego Jego życia jest chęć spełnienia woli Ojca. Pan Jezus modli się dużo, bierze udział w żydowskich ofiarach i obrzędach, ale przede wszystkim modli się sam. Całe noce spędza na samotnej modlitwie, której świadkami są tylko gwiazdy palestyńskiego nieba. Panuje w pełni nad tym, co Go otacza. Morze i wiatr Mu są posłuszne, chleb

się w Jego rękach mnoży, chorzy się podnoszą, umarli wstają z grobów, a w końcu sam na trzeci dzień po śmierci wstaje żywy, zdrowy i mocny, ale już jakiś inny, przemieniony, a równocześnie całkiem ten sam, równie konkretny w sposobie mówienia, prosty i ludzki w obcowaniu.

Nic dziwnego, że postać Jezusa budzi niepokój w otoczeniu, staje się przedmiotem zażartych sporów, które św. Jan w ogromnym skrócie po mistrzowsku oddał. W taki sposób, jak on, pisze się tylko o rzeczach, których się było- samemu świadkiem. Nie takiego się Żydzi spodziewali Mesjasza. Zamiast zwycięstwa nad znienawidzonym wrogiem zapowiadał im zburzenie świętego miasta i świątyni, ą dla siebie przepowiadał najhaniebniejszą śmierć, którą się brzydził każdy ówczesny człowiek, śmierć na krzyżu. Żydzi zanadto dobrze znali owe nagie w konwulsjach skręcone ciała, na oczach wszystkich konające, by mogli pogodzić się z myślą, że ich od wieków oczekiwany Mesjasz taką śmiercią ma umrzeć.

Ewangelie są książką niepokojącą, ale trzeba je czytać, tak jak je czytał Ignacy Antiocheński, Ireneusz, Klemens, Justyn, tak jak je czytał kartagiński niewolnik w II wieku. Czas w odniesieniu do Ewangelii traci znaczenie. Problem: uwierzyć lub nie, pójść za Nim lub nie, staje się dla nas równie żywy’ i bliski, jak był dla nich. Co więcej, poprzez wierne opowiadanie ewangelijne problem ten staje się dla nas równie palący, jak był dla Nikodema, Piotra,, Magdaleny. Ewangelie są książką wstrząsającą, ale dopiero, gdy się je zdejmie z półki, zacznie czytać i myśleć.

Na zakończenie tego artykułu proszę jeszcze zobaczyć, jak rzetelnie przystępuje do pisania swojej Ewangelii św. Łukasz, ukochany uczeń i towarzysz. Pawła, który opowiadanie swoje poświęcił nieznanemu nam „dostojnemu. Teofilowi” j „Ponieważ wielu już usiłowało ułożyć opis zdarzeń, które się wśród nas dokonały, jako nam przekazali ci, którzy od początku byli świadkami i sługami Ewangelii, postanowiłem i ja, dostojny Teofilu, zbadawszy wszystko dokładnie od pierwszej chwili, opisać ci to w należytym porządku, abyś się przekonał , o prawdzie tych słów, których cię nauczono” (1, 1-4). Ewangelie są naprawdę książką piękną, ale niepokojącą.

 

Na polu stoi twardo i sztywno złota pszenica, a jej pochylone, ciężkie kłosy prażą się w słońcu. Pszenica dojrzewała. Owoc Boskiej mocy i ludzkiej pracy. Tłustą, czarną ziemię pod pszenicę albo też żółtą glinę czy też oporną kamienistą glebę orał w tym roku traktor prowadzony przez pachnącego smarem i benzyną chłopaka, trzymającego papierosa w zębach.

 

Przed 50 laty orał ją lemiesz konnego pługa. Jeszcze dawniej ziemię ryła drewniana socha i przed nią jeszcze nad tą samą ziemią pochylały się drżące grzbiety skutych niewolników albo też mocne barki wolnych kmieciów, którzy ręcznymi narzędziami przygotowywali ziemię pod siew.

Ludzie żyli, pracowali, cierpieli i umierali, a pszenica rosła. Rosła na polach Afryki, Azji, Europy, na zielonych polach Francji, w uroczej Italii, w smutnej Brytanii, na polach wśród gąszczów słowiańskich puszcz.

Cofały się ciemne bory i nieprzeniknione, a niezwyciężone, zdawałoby się, knieje przed złotymi kłosami pszenicy.

Człowiek zawarł przymierze ze zbożem.

Od początku w pocie czoła wałczył o chleb i chlebem żył. Z niego brał siły i jemu swe siły poświęcał. Chleb tak głęboko się wplótł w życie człowiecze, że się stał tego życia symbolem. Pszenica rosła także w Judei i Galilei. Syn Boży, gdy stał się człowiekiem, synem chleba, urodził się w Betlejem – Mieście Chleba.

Kiedy pościł na puszczy i był bardzo głodny, szatan Go kusił, żeby kamienie przemienił w chleb. Odparł wówczas, że nie tylko chlebem człowiek żyje, ale i wszelkim słowem, które od Boga pochodzi.

Kiedy szatan odszedł, przystąpili aniołowie, aby Mu służyć. Czy mogli przynieść coś lepszego i bardziej godnego Syna Człowieczego niż chleb, który wszechmoc Boża i ludzka praca wyprowadziły z ziemi?

Syn Boży znał życie ludzkie. a Kiedy przechodził ze swą gromadką wśród zbóż, a dojrzałe kłosy ocierały Mu się z lekkim szelestem- o kolana w dzień szabatu, uczniowie wycierali zboże na swoich twardych spracowanych dłoniach i jedli, bo byli głodni.

Syn Boży znał dobrze sprawy zboża i chleba.

Widział, jak gospodarz hojną dłonią sieje ziarno, a ono pada w ziemię urodzajną, między kamienie i osty albo zgoła na drogę, gdzie będzie podeptane. Wiedział, jaką zaciekłą walkę prowadzi rolnik z kąkolem. Znał chciwość człowieka, który całe góry złotego ziarna zgarnia do nowych spichrzów, a serce swoje tak związał z nadmiarem, że zapomniał o śmierci i zbliżającym się Królestwie Bożym. Przecież „to Jego – Chrystusa właśnie surowy Jan porównuje do gospodarza, który ma wiejadło w swym ręku i oczyszcza zboże z plew, .aby czyste i zdrowe ziarno gromadzić do spichrza, a plewy spalić w ogniu.

Jezus znał dobrze ciężkie kamienie młyna, przedziurawione tak, że łatwo przez nie przewlec sznur. Biada gorszycielom, tym, co innych do grzechu skłaniają. „Lepiej by im było…“ (por. Mt 18, 6).

Widział jak dwie niewiasty zmęczone i zgrzane w rytmicznym ruchu nad jednymi pochylają się żarnami. Już od wielu godzin tak pracują. Ziarno się sypie ciężkim strumieniem, a gruba mąka opada do worka. Jeden rytm, jedna praca i trud tak je zespolił, że rzekłbyś: nie przez dwie, ale przez jedną, cztery ręce i nogi mającą, istotę poruszane są kamienie, a jednak nadejdzie chwila grozy, jedna zostanie porwana, a druga zostanie przy żarnach.

Żarna musiał znać dobrze od dziecka, bo były niezbędnym sprzętem w domu. Przez tyle lat widział stojącą przy nich Matkę, Matkę jedyną, choć jedną z miliarda, a potem dzięki czynił Ojcu, gdy łamał twardy, niezmienny chleb. Czynił dzięki za świat, za chleb, za taką Matkę.

DYSPOZYCJA

Wstęp

a) Tekst.
b) Przedłożenie: Ufać Jezusowi.

Zrąb

Rozszerzenie opisu ewangelicznego.
Podobieństwo między podróżą morską a życiem.
Burze i cierpienia w życiu ludzkim.
Mamy ufać Jezusowi, bo bez Jego woli nic się nie dzieje:

– dlaczego Bóg dopuszcza cierpienie;

Jezus prowadzi nas do nieba.
Mamy ufać Jezusowi nawet, jeżeli popadniemy w grzech:

– brzydota grzechu;

Jezus przyszedł ratować grzeszników;
brak ufności rani Najświętsze Serce Jezusa;
przykład: Judasz.

Domówienie

Wezwanie do ufności i postępowania drogą Jezusową.
Droga Jezusowa drogą przykazań Bożych.
Wezwanie do Matki Boskiej.

 

„Pokój wam! Jam jest, nie trwóżcie się”. (Łk 24, 36)
Słowa Pana Jezusa, które się dziwnie wiążą z dzisiejszą Ewangelią świętą.

 

Drodzy w Chrystusie Panu! Rozważmy dzisiaj tę prawdę, że mamy bezgranicznie zaufać Panu naszemu Jezusowi Chrystusowi, dlatego że jest Bogiem wszechmocnym i dlatego że miłuje nas bezgranicznie.

Jeżeli uzupełnimy przeczytany przed chwilą opis burzy na morzu (Mt 8, 23-27) szczegółami, które znajdujemy w Ewangelii świętego Marka (4, 35-41) to całe zdarzenie jasno nam się przedstawi. Wejdźmy do łodzi razem z uczniami i z Jezusem. Przeżywajmy z nimi grozę burzy, nawałność wichru i tę ciszę wielką, która nastała po słowach Pana Jezusa.

Od brzegu morza Genezaret odbija łódź rybacka, dość wielka by pomieścić kilkanaście osób, unosząc Jezusa i uczniów. Kilka innych łodzi podąża za nią.

W uszach płynących jeszcze brzmią przedziwne przypowieści, które przed chwilą słyszeli z ust Jezusa, Jego poważny, głęboki, spokojny głos. Wieczór szybko zapada, czerwone blaski zachodzącego słońca ślizgają się po gładkiej tafli wody. Ciszę przerywa tylko jednostajny plusk wody uderzanej wiosłami. Jezus zmęczony całodziennym nauczaniem położył się w tyle łodzi i usnął na wezgłówku. W duszach uczniów panuje spokój i cicha radość. Ich szczere i jasne oczy z miłością spoglądają na Mistrza. Oto zaufali Mu. Rzucili wszystko i poszli za Nim, bo obiecał im Królestwo Niebieskie. Nie potrafili oprzeć się czarowi Osoby i nauki Jezusa. Patrzą teraz na Niego, wydaje im się taki kochany i bliski a równocześnie taki wielki, potężny i pełen majestatu. Grube, szorstkie, spracowane ręce uczniów silnie trzymają wiosła, ramiona prężą się w miarowym ruchu.

Noc szybko zapada, niebo pokrywa się czarnymi chmurami, ciemności nieprzeniknione otaczają płynących. Powietrze robi się ciężkie, parne. Nagle zrywa się wicher. Morze marszczy się, gotuje, fale zaczynają się z rykiem przelewać. Łódź zatrzeszczała, zapadła się w czarną przepaść wodną, aby za chwilę ukazać się na grzbiecie następnej fali. Serca uczniów zdrętwiały z przerażenia. Doświadczeni rybacy poznali, że nadeszła jedna z tych burz, po której żeglarze do domu nie wracają a matki i żony na próżno wytężają wzrok na morze, czy nie dojrzą znajomej barki wiozącej syna czy męża. Słaba łódź sklecona z desek – to wszystko, co oddziela teraz uczniów od rozszalałego morza. Potworne czarne fale przelewają się z hukiem. Wicher wyje, woda zaczyna się przez łódź przelewać. Już żadna siła ludzka nie wyratuje płynących. Jeszcze chwila, a pochłonie ich czarna otchłań morza. Uczniowie w śmiertelnym lęku budzą Jezusa I wołają: „Panie, zachowaj nas, giniemy”. (Mt 8, 25) Jezus wstaje, patrzcie – jaki spokój i majestat w Jego postaci. Dokoła rozszalały żywioł, ryk bałwanów, wycie wichru. Wyrzekł tylko dwa słowa: „Milcz, zamilknij… i ustał wiatr, i stało się uciszenie wielkie”. (Mk 4, 39)

Uczniowie zdumieli się. – Jaka dziwna ta cisza. Ramiona zmęczone puszczają wolno wiosła. W oczach gaśnie ogień przerażenia i największego wysiłku. Każdy słyszy tylko gwałtowne, szybkie bicie własnego serca. Ciszę przerywają pełne wyrzutu i miłości zarazem słowa Pana Jezusa: „Czemu bojaźliwi jesteście? Jeszczeż nie macie wiary?”. (Mk 4, 40)

Życie człowieka przypomina podróż morską, są w nim dnie pogodne i jasne, pełne radości i szczęścia. Są dnie szare, słotne i męczące codziennej, jednostajnej pracy. Są też chwile ciemności, burzy i walki. Droga przez życie zaczyna się z chwilą urodzenia, a kończy z chwilą, gdy dobijemy do brzegu wieczności. My mamy to wielkie szczęście, że drogę tę odbywamy z Jezusem, który w chwili chrztu św. wszedł do łodzi naszej. Sam przecież powiedział: „Oto ja jestem z wami po wszystkie dni, aż do skończenia świata”. (Mt 28, .20)

Drodzy w Chrystusie Panu! Wy znacie życie: Wiecie, że płaczem słabego dziecka się zaczyna, boleścią i żałobą kończy. Cierpienie istnieje na ziemi od chwili wypędzenia pierwszych rodziców z Raju jako kara za grzech. Kiedy to Bóg wydał na Adama ten sprawiedliwy wyrok: „Przeklęta będzie ziemia dla czynu twojego… Ciernie i osty rodzić ci będzie, a ziele będziesz jadł ziemi. W pocie oblicza twego będziesz pożywał chleba, aż się wrócisz do ziemi, z którejś wzięty, boś jest proch i w proch się obrócisz”. (Rdz 3, 17-19)

Skończy się cierpienie na ziemi dopiero wtedy, gdy ostatni człowiek przekroczy progi wieczności. Znacie wszyscy wymyte łzami oczy sędziwej matki. Znacie głębokie bruzdy, które troski i kłopoty wyryły na czole ojca walczącego o chleb powszedni dla dzieci swoich. Znacie gorzkie, palące łzy sieroty opuszczonej. Wy znacie burze, które miotają nami, choroby, wojny, głód, ból, śmierć, utrata majątku i wiele innych.

Czasem wydaje się nam, że serce pęknie, że rozum się pomiesza, że już sił do walki nie starczy, że nas fale życia pochłoną. Przypomnijmy sobie wtedy, że Jezus jest z nami. Rzućmy się do Jego nóg z miłością i ufnością dziecka, a On jednym słowem przywróci pokój duszom naszym. Tak jak kiedyś na morzu uciszył nawałności wiatru i fal. On jest Bogiem, jest wszechmocny. Nic się nie dzieje bez Jego wiedzy, a wszystkie cierpienia i burze, które na nas dopuszcza, są dla naszego dobra, bo jak mówi św. Paweł: „Miłującym Boga wszystko pomaga do dobrego”. (Rz 8, 28)

Trudno czasem zrozumieć jak może Jezus tak bardzo doświadczać i smagać dzieci swoje. Przecież kocha nas, ale miłość Jezusa jest miłością Boga, a miłość Boża nie jest słabością. On wie jak dusze nasze potrzebują oczyścić się w ognili cierpienia, aby zajaśniały kiedyś pełnym blaskiem jak brylanty bezcenne w Królestwie Ojca Niebieskiego. On zna nasze zbuntowane serca i wie, jak łatwo zapominamy o Bogu i przeznaczeniu naszym, gdy tylko powstrzyma swoją karzącą dłoń.

Życie jest chwilą, a wieczność nie będzie miała końca. Przyjemności i radości tego życia są niczym w porównaniu ze szczęściem, które nas czeka w niebie. Jezus prowadzi nas do nieba. Słuchajcie z jaką miłością do nas przemawia: „Nie bój się trzódko mała, bo spodobało się Ojcu waszemu dać wam królestwo, sprawcie sobie trzosy, które nie niszczeją, skarb niewyczerpany w niebie, gdzie złodziej się nie przybliża ani mól nie psuje. Albowiem gdzie jest skarb wasz, tam i serce wasze będzie”. (Łk 12, 32-34) A na kilka godzin przed początkiem męki swojej tak mówi do Apostołów: „Niech się nie trwoży serce wasze. Wierzycie w Boga i we mnie wierzcie. W domu Ojca mego jest mieszkań wiele. Gdyby inaczej było, powiedziałbym wam, bo idę przygotować wam miejsce. A gdy odejdę, przygotuję wam miejsce, przyjdę znowu i wezmę was do siebie, abyście tam, gdzie ja jestem, i wy byli”. (J 14, 1-3) O, jak bardzo Jezus kocha nas.

Drodzy w Chrystusie Panu! Kiedy spojrzymy na życie, tak jak Bóg na nie patrzy od strony wieczności, to musimy przyznać, że jest tylko jedno prawdziwe nieszczęście, nieszczęście straszne. A jest nim grzech. My biedni nie ogarniamy jego potwornej brzydoty i strasznej złości, dlatego że nie ogarniamy nieskończonej świętości Boga, której się grzech sprzeciwia. A jednak chociaż byśmy w grzech popadli, choćby nas fale grzechu zalewały tak, jak kiedyś fale morza zalewały łódź z uczniami, nie traćmy ufności. Jezus jest samą Miłością. On woła nas, wyciąga do nas ręce, chce przebaczyć!’ Choćby grzechy nasze były najstraszniejsze i najobrzydliwsze, idźmy do Jezusa z „ufnością, bo On czeka na nas. Serce Jego płonie jednym wielkim ogniem przebaczenia i pragnienia dusz naszych. Kto nie ufa Jezusowi, ten strasznie krzywdzi Najświętsze Serce Jezusa, ten rani Je najboleśniej. Przecież po to przyszedł na ziemię, po to wycierpiał straszną mękę i pozwolił się do krzyża przybić, ażeby kupić ceną swojej krwi dusze ludzkie. Ażeby uzyskać dla nas przebaczenie.

Straszny był grzech Judasza. Zdradził swojego Mistrza, sprzedał Go wrogom za 30 srebrników. Ale patrzcie: Jezus go nie odpycha. Przyjmuje pocałunek zdrajcy, a z serca przepełnionego współczuciem i miłością wyrywają się. się słowa łagodnego wyrzutu: „Przyjacielu, po coś przyszedł?”. (Mt, 26, 50) Przyjacielem go nazywa. Tak bardzo chce wstrząsnąć sumieniem niewiernego ucznia, tak bardzo pragnie jego nawrócenia. Ach Judaszu, dlaczego nie upadłeś do nóg Mistrza Twojego prosząc o przebaczenie. Byłbyś duszę swoją uratował, a Jezusowi oszczędziłbyś wielkiej boleści, którą Mu brakiem ufności i rozpaczą sprawiłeś.

Domówienie: Drodzy w Chrystusie Panu, ufajmy Jezusowi, o którym Ewangelista napisał iż: „Umiłowawszy swoich, którzy byli na świecie, do końca ich umiłował”. (J 13, 1) Ani cierpienie, ani pokusy, ani grzechy, nawet najstraszniejsze, niechaj naszej ufności nie zachwieją. Jezus jest Bogiem i jest Miłością. On prowadzi nas przez burze życia do bram nieba. Idźmy posłusznie drogą, którą nam wskazuje. A droga Jezusowa, to droga przykazań Bożych.

Nie będziesz miał bogów cudzych przede mną, bo tylko On Stwórca jest ostatecznym celem naszym.

Nie będziesz brał Imienia Pana Boga twego nadaremno, bo Imię to święte jest i jasne duchy niebieskie z drżeniem je wymawiają.

Pamiętaj, abyś dzień święty święcił, w niedzielę i święta wstrzymaj się od pracy niekoniecznej i bądź na Mszy świętej.

Czcij ojca twego i matkę twoją, bo życie od nich wziąłeś.

Nie zabijaj, bo życie człowieka jest własnością Boga.

Nie cudzołóż, bo czysty jest Pan i nienawidzi wszelkiego brudu.

Nie kradnij, bo krzywda brata twego o pomstę woła do Nieba.

Nie mów fałszywego świadectwa przeciwko bliźniemu twemu, nie oczerniaj go, nie wyjawiaj bez potrzeby tajemnych grzechów jego.

Nie pożądaj żony bliźniego twego.

Ani żadnej rzeczy, która jego jest.

Drodzy w Chrystusie Panu, przestrzegajcie przykazań Bożych. Pamiętajcie, ze kto dobrowolnie i świadomie przekracza przykazania w sprawie ważnej, ten popełnia grzech ciężki, ten podnosi bunt przeciwko swojemu Bogu i Stwórcy. Kto przekracza przykazania, ten niewymowną boleść zadaje Najświętszemu Sercu Jezusowemu. Ale pamiętajcie, że jeszcze większą boleść zadaje Mu ten, kto zgrzeszywszy, zwątpił o miłosierdziu Jego.

O Maryjo, o Gwiazdo Morska, Jutrzenko Niepokalana, o Panno Lipiniecka, prowadź nas przez burze i ciemności tego życia do szczęścia i światła wiecznego. Nie pozwól, byśmy kiedykolwiek mieli zwątpić o nieskończonej miłości Syna Twego Jezusa Chrystusa!

 

„Kto miłuje bliźniego, Zakon wypełnił”. (Rz 13, 8) Cieszę się szczerym sercem, że jestem między wami. Przyszedłem na to, żeby wam mówić o miłości w imię Chrystusa. Dzisiaj, kiedy świat żyje nienawiścią (mordy, zemsta, bomba atomowa), kłamstwem (wielkie szatańskie oszustwo: „szczęście w materii”).

 

Nie będę wam mówił rzeczy mądrych i uczonych, ale całkiem proste: o duszy, o wieczności, o Chrystusie za nasze grzechy ukrzyżowanym. Będę mówił, jak macie żyć, żeby tu na ziemi być szczęśliwymi i żeby po śmierci pójść do nieba.

Otwórz oczy i patrz, jakbyś pierwszy raz na świat patrzył. Wejdź w lipcowe południe między łany zbóż. Słońce, skwar, powietrze drga, pachnie, cichutkie brzęczenie, dojrzewające kłosy, kwiat, pszczoła… życie. – Źródło życia? Myśl. Mądrość…

Pójdź w góry wiosną: niebotyczne skały, śnieg, chłód, świeżość i czystość. Snieżyczka we mchu – piękno! – Źródło? W grudniową gwiezdną noc – kir lśniącymi brylantami zasłany. Patrz dobrze!
Obróć oczy na siebie samego. Ty poznajesz i przeżywasz świat. Świat jest w tobie. Czy na sposób ciała? Jest w tobie na doskonalszy sposób. Pszczoła żyje nieświadomie, jaskółka – dają się rządzić prawom Boga. Ty to przeżywasz świadomie i rozumiesz. Tajemnica. Uczeni? – Czy odpowiedzą?

Pismo Święte: „Utworzył tedy Pan Bóg człowieka z mułu ziemi i tchnął w oblicze jego ducha żywota: i stał się człowiek duszą żyjącą”. (Rdz 2, 7)

Doskonałość człowieka: „Stworzył Bóg człowieka na obraz i podobieństwo swoje” (Rdz 1, 27) – poznaje, miłuje.

Ogarnij teraz myślą całe twoje życie. – Nie pamiętasz. Urodziłeś się. Pierwszy płacz. Życie ciała. Życie duszy. Kres.

„I wróci się proch do ziemi swojej, z której był, a duch wróci się do Boga, który go dał”. (Koh 12, 7)

Bóg wszystko stworzył z celem. Ostatecznym celem wszystkiego jest Bóg. Cel stworzenia nierozumnego. Cel człowieka – poznanie, miłość, chwała Boża, zbawienie duszy.

Droga do celu – życie według przykazań: „Kto miłuje bliźniego, Zakon wypełnia. Albowiem nie będziesz cudzołożył, nie będziesz zabijał, nie będziesz kradł… jeśli jest które inne przykazanie – w tym słowie się zamyka: będziesz miłował bliźniego swego jak siebie samego”. (Rz 13, 8-9)
Materialistyczny pogląd: postęp materialny, produkcja, wynalazki.

Czy dzisiaj ludzie szczęśliwsi? – Postęp dobry, ale duchowi podporządkowany. Ideał materialisty – tęsknota do Boga („Niespokojne serce…”).

Niewola grzechu – państwo celem – zabicie osobowości. Uporządkowana miłość – Bóg – dusza – Ojczyzna – rodzina – wiedza – pomyślność doczesna – przyjemność – rozrywka. Grzech – załamanie równowagi.

*

Słowa Pana Jezusa są zawsze bardzo proste, bardzo mocne i bardzo głębokie. Ostatni raz mówiliśmy, że pamięć na niebo i na życie wieczne jest pociechą pośród wielkich boleści tego życia. Powiedzieliśmy także, że to życie wieczne przybliża się do nas z jakąś niezawodną, niezależną od nas koniecznością.

Natura obciążona śmiertelnym, zmysłowym ciałem zostaje zaskoczona bliskością i rzeczywistością świata nadprzyrodzonego i nieba. Pośrodku codziennych zajęć, pośrodku jednostajności i szarości codziennego trudu życia stajemy olśnieni blaskiem zmartwychwstania światłością nieba.

Jak długo nasz duch jest zamknięty w tym śmiertelnym ciele i jak długo jesteśmy skazani na świadectwo zmysłów, tak długo podobni jesteśmy człowiekowi głuchemu, którego otacza najpiękniejsza, najtkliwsza, a zarazem najwspanialsza i najpotężniejsza muzyka.

On wie o tym, może nawet widzi artystów grających. Może w wyobraźni stara się sobie utworzyć jakąś pieśń, ale jednak ta rzeczywistość, która go otacza, nie jest dla niego dostępna.

Przybliża się czas, kiedy otworzą się uszy nasze na pieśni aniołów, na niewysłowiony czar tej najtkliwszej, a zarazem najwspanialszej i najpotężniejszej muzyki chwały, muzyki wieczności. I przeniknie nas ona aż do najgłębszej treści, aż do najgłębszej istoty naszej.

I przybliża się czas, kiedy spadną łuski z naszych oczu i spojrzymy jasnym i prostym spojrzeniem miłości doskonałej w światłości, w blasku nieogarnionego, wiecznego Boga.
Dzisiaj zastanowimy się nad tym, jaka jest nasza droga do nieba.

Sami ze siebie własnymi siłami – przez jakieś naturalne zasługi nieba . zdobyć nie potrafimy.
Jest jakaś ogromna niewspółmierność, brak proporcji pomiędzy naszą ludzką nędzą a chwałą niebieską.

Zastanówcie się, proszę, tak szczerze każdy nad sobą samym. Ogarnijmy jednym rzutem myśli całą swoją istotę, swoje przymioty i wady, i tę miłość własną, co jak niszczący jakiś ogień na dnie duszy się pali i nigdy nie wygasa. Tę zmysłowość, co ją musimy trzymać w ryzach wałami i tamami łaski boskiej i cnoty nabytej, a ciągłe nam grozi powodzią i zniszczeniem Bożego życia w duszy.

Spójrzcie na tę niecierpliwość i gniewliwość, która tak uprzykrza, życie wspólne. Na ten język nieposkromiony, który tak łatwo, a tak boleśnie rani bliźniego, a tak często miele słowa niepotrzebne, a nieraz grzeszne. I tak można by jeszcze długo wyliczać. I tak, jeżeli szczerze w głąb własnej duszy popatrzymy, to musimy [zobaczyć] ogromną słabość naszej skażonej grzechem natury. To nie jest teoria, to są fakty. Od chwili grzechu pierworodnego jakaś straszna tajemnica niegodziwości ogarnęła serce człowieka (Ps 13). […] .

My sobie Boga przedstawić nie potrafimy, ale zdajemy sobie sprawę, że Jego majestat jest tak olbrzymi, Jego świętość taka wysoka, Jego blask taki jasny, że się nasze myśli i słowa gubią, załamują w sobie. – Bo jak wyrazić słowami ze świata wziętymi Tego, co świat stworzył?
On jest prawdziwie Królem i Panem — Królem chwały i Królem mocy – Królem dobroci i Królem miłości – Królem piękna i Królem stworzenia. Aniołowie, książęta nieba, Duchy jasne i wielkie wpatrzone w nieskończoną światłość Bożą ze drżeniem i miłością śpiewają: „Święty, Święty, Święty Pan Bóg Wszechmogący, Który był, Który jest i Który będzie” (por. Ap 4, 8).

Być w niebie, to znaczy uczestniczyć w życiu samego Boga. W głębiach tajemnic Jego i niepojętego życia Trójcy Przenajświętszej.

Być w niebie, to znaczy całą istotą swoją kąpać się w łaskach światła i szczęścia Bożego.
Być w niebie, to znaczy wiecznym aktem miłości związać swoją duszę z Bogiem.
O, jakżeż ja nędzny, biedny, przygnieciony grzechami i słabościami stanę przed Królem chwały? (…)

I jakiż jest stosunek, jakie porównanie naszej nędzy z Bożą chwałą?
Zdawałoby się, że człowiek przez grzech bezpowrotnie stracił drogę i wstęp do królestwa niebieskiego, że duch ludzki nie osiągnie już nigdy swego pełnego szczęścia w zjednoczeniu zupełnym miłości doskonałej z Bogiem.

Ale to, co dla słabości ludzkiej wydaje się niemożliwe, dla Boga okazało się możliwe.
Tęcza nieskończonej miłości Bożej zajaśniała nad ludźmi, tęcza przebaczenia i pojednania.
Syn Boży, Słowo Przedwieczne, Druga Osoba Boska stał się Człowiekiem i umarł na krzyżu dla naszego zbawienia. O tajemnicze i niedoścignione plany Boże i myśli Boże. Znacie Go: to przepiękne Dziecię w ramionach Matki-Dziewicy uśpione. Tego Nauczyciela, co przechodził przez wsie i miasta Palestyny dobrze czyniąc. Na Jego słowo wzburzone morze cichło, chleb się mnożył, umarli wstawali, grzesznicy się nawracali. A nauką swoją o zbliżeniu się Królestwa Bożego- tak oczarował ludzi, że tłumy całe Mu towarzyszyły, niepomne na głód i niewygody, bo „jeszcze nigdy tak żaden człowiek nie nauczał. (J 7, 46).

Znacie Go dobrze, tego Męża Boleści — Ofiarę ponad głowami tłumu na haniebnym krzyżu rozpostartego, jak jakaś straszna biała karta – w boleściach niewymownych. Na skroniach miał uwity wieniec z cierni, a z oczu płynęły łzy i krew. Syn Boży. Pan nieba i ziemi.

„Ja jestem robak, a nie człowiek…”. (Ps 21, 7)

„Jego to wystawił Bóg przed oczy, wszystkich, aby przez wylanie krwi swojej stał się ubłaganiem za grzechy dla wierzących weń“. (por. Rz 3, 25)

Ofiara doskonała, zupełna, bezgraniczna. Cóż mógłby jeszcze więcej oddać? Nawet stopą ziemi nie dotyka, tylko ta krew wielkimi kroplami upada na skałę. Chwila ofiary, chwila miłości nieskończonej – chwila pojednania i przebaczenia. I wytrysło u stóp krzyża siedmiorakie źródło łaski i życia. I popłynęły przez spieczoną grzechem, wichrami nienawiści i namiętności wysuszoną ziemię, obfite, czyste, kryształowe wody łaski i życia.

Otwarło się Serce Jezusa, niewyczerpane źródło nieskończonej miłości. „Pójdźcie do mnie wszyscy, którzy obciążeni i strudzeni jesteście, a ja was pokrzepię“. (Mt 11, 28) „Jeśli kto pragnie…, niech przyjdzie do mnie i pije!“. (J 7, 37)

Więc pójdźmy, nie ociągajmy się. Nie lękajmy się nędzy naszej, grzechów naszych: „Wszyscy bowiem zgrzeszyli i nie mają chwały przed Bogiem, dostępują zaś usprawiedliwienia za darmo z łaski Jego, dla okupu złożonego przez Jezusa Chrystusa”. (Rz 3, 23-24) „Weselcie się w Panu zawsze, powtarzam raz jeszcze, weselcie, się w Panu – Pan blisko jest – Pokój Boży, który wszelkie przewyższa pojęcie, niechaj strzeże serc waszych i myśli waszych w Chrystusie Jezusie. (Flp 4, 4-5. 7) Korzystajmy ze źródeł łaski i życia. Myśmy często tacy zmęczeni nużącą drogą życia. Wystarczy się pochylić w pokorze .z wiarą i z żalem w sercu, przyłożyć spieczone usta do tego źródła, co z krzyża wytrysło, aby pić samo życie, siłę i miłość.

Już teraz niestraszna jest nam chwila śmierci, bo łaska Chrystusowa w nas mieszka. Nie przez naszą zasługę, ale przez Jego krew śmiało wchodzimy w progi nieba. Nie jako obcy natręci, ale jako synowie i spadkobiercy Bożego dziedzictwa.

Jak niewypowiedziane są tajemnice Bożej nieskończonej miłości.:
„Błogosławieni, którzy obmyli szaty swoje w krwi Baranka”. (Ap.22, 14) „Kto pragnie, niechaj przyjdzie i kto chce, niechaj bierze darmo wodę życia”. (Ap 22, 17)
„Z radością będziecie czerpać wody ze źródeł zbawienia”. (Iz 12, 3) Mówiliśmy, że pamięć o niebie jest pociechą, że królestwo niebieskie bliskie.

Ale jak my grzesznicy, nędzarze wejdziemy do Królestwa Boga i aniołów? – Przez ofiarę Chrystusa odrodziły się dusze nasze,, odrodziły się dusze nasze do nowego życia, do życia łaski. Tą szatą łaski przybrani wejdziemy do nieba.

Tak najpierw rozważmy: świętość i wspaniałość nieba, ułomności naszej natury, a później zobaczymy jak Chrystus krwią swoją obmył dusze nasze i otworzył nam niewyczerpane źródło łaski i życia Bożego.

W niebie mieszka Bóg i aniołowie. Ziemi piękno odblaskiem doskonałości, świętości, potęgi Boga. Niebo całe życiem Bożym żyje, blaskiem Jego jaśnieje, wiecznym Jego szczęściem raduje się. Myśli ludzkie i słowa – Bóg, Król i Pan, aniołowie… święci… Królowa. Czystość – miłość – świętość. Być w niebie, to znaczy…
– Oderwijmy oczy od obrazu nieba na siebie: …miłość własna, złośliwość, zmysłowość, język, niedbalstwa. Zepsute i niezgłębione jest serce ludzkie. Tajemnica nieprawości, grzechu. Ciągle na krawędzi zbrodni. Czy nas wiele oddziela od zbrodni. – „Komu się wydaje, że stoi…“. (1 Kor 10, 12)

Niewspółmierność, stracona droga – zawiedzione pragnienia.

 

 

Wierzyć, to znaczy uznawać za prawdę to, co ktoś inny mówi. Dlatego wierzy się nie tylko w coś, ale przede wszystkim komuś. Chrześcijaństwo w swojej istocie to nic innego niż uwierzenie Chrystusowi.

 

Zbyt często przez wiarę religijną rozumie się wyłącznie przeżycie wewnętrzne, jakieś przekonanie człowieka o rzeczywistości, której udowodnić nie potrafi. W tym ujęciu wiara przedstawia się jako coś samoistnego, wyodrębnionego, żyjącego własnym życiem w granicach podmiotu. Coś, co jeden posiada, a drugi nie. Tymczasem, wiara jest przede wszystkim stosunkiem do kogoś na zewnątrz będącego. Jest też czymś obiektywnym a nie subiektywnym tylko. Wierzę mu albo nie wierzę. Ustosunkowuję się do niego i do tego, co mówi, w ten lub inny sposób.

Przedmiotem wiary chrześcijańskiej jest Ewangelia, czyli Dobra Nowina, głoszona przez Jezusa, zogniskowana, jak w soczewkach, w księgach czterech Ewangelistów. Ewangelia się nie starzeje, jest ciągle żywa, przychodzi nam. wprost od Chrystusa, wywołuje ferment, zmusza do zastanowienia, dzieli i jednoczy, gorszy i buduje, zupełnie jak w czasach, gdy Jezus sam chodził po miasteczkach Palestyny. Największą zasługą Ewangelistów jest to, że w żaden sposób nie przesłaniają Chrystusa i ani Jego osoby, ani Jego nauki nie załamują, w pryzmacie swoich własnych przeżyć. Są pokorni i obiektywni. Te przymioty Autorów złączone – z gwarancją, jaką nam dają nauki historyczne i archeologiczne co do autentyczności, prawdomówności Ewangelii, sprawiają, że ten, kto się z nią styka, staje oko w oko z Chrystusem. Odległość dwóch tysięcy lat ginie. Gdy czytam Ewangelię, jestem wśród ludzi patrzących ze zdumieniem na Łazarza wychodzącego z grobu. Widzę Jezusa zmęczonego przy studni w Sychar. Słyszę wycie tłumu: „Ukrzyżuj, ukrzyżuj Go” (Łk 23, 21), gdy stoi na tarasie obok Piłata. Z przerażeniem widzę jak Go na krzyż wciągają. A potem… „już miało się ku zachodowi” (Łk 24, 29), gdy wstąpił z uczniami do gospody i dał się poznać przy łamaniu chleba. W Ewangelii czytelnik znajduje nie tylko naukę Chrystusa, ale przede wszystkim Jego samego. Nawiązuje z Nim osobisty stosunek. Godzę się lub zaprzeczam, kocham lub nienawidzę. Nawet jeżeli pozostaję obojętny, to jestem obojętny w stosunku do Niego.

Ewangelia jest księgą wiary. Chrystus domagał się wiary w siebie samego I w głoszone przez siebie prawdy. Siła oddziaływania Jego osobowości była olbrzymia, skoro ludzie wierzyli Mu, chociaż głosił rzeczy najbardziej nieprawdopodobne, zwłaszcza dla Żydów z tamtego okresu. Czar i moc Jego słowa sprawiały, że tłum zapominał nawet o jedzeniu. Głodni całymi dniami i wsłuchiwali się w Jego naukę, dopóki sani się nie zatroszczył o pokarm dla |nich. Zbiegali się do Niego z dalekich stron, a gdy chciał się usunąć na miejsce samotne, ścigali Go wytrwale. Słowom Jezusa towarzyszyły cuda. Uzdrawiał setki chorych, wskrzesił kilku zmarłych, burzę morską jednym słowem uspokoił, wodę w wino przemienił. Mimo to nie było łatwo w Niego uwierzyć. Będąc człowiekiem, przypisywał sobie i w czynach przejawiał atrybuty Boskie. „Ja i Ojciec jedno jesteśmy” (J 10, 30), mówi o Bogu. „Kto mnie widzi, widzi i Ojca mego”. (J 14, 9) „Jam jest światłość świata, kto za mną idzie, nie chodzi w ciemnościach”. (J 8, 12) „Jam jest zmartwychwstanie i żywot, kto we mnie wierzy, choćby i umarł, żyć będzie, a każdy kto żyje i wierzy we mnie, nie umrze na wieki”. (J 11, 25-28) Słuchający Go Izraelici dobrze rozumieli, że nazywał siebie samego Bogiem. Zmagali się w strasznym konflikcie wewnętrznym. Oczekiwali z utęsknieniem Mesjasza, ale chcieli Go mieć bohaterem narodowym, wodzem, który wyzwoli lud z niewoli. Z tą myślą, gdy zobaczyli, że chleb się mnoży w rękach Jezusa, chcieli Go obwołać królem. Ale On uszedł spośród nich. Nawet uczniowie z naiwnością dzieci spierali się o pierwsze miejsca w Jego królestwie, chcą siedzieć po Jego prawicy i lewicy. Gdy objawił swoją chwałę na górze Tabor, zapalczywy Piotr zawołał: „Panie, dobrze nam tu być, jeżeli chcesz, uczyńmy tu trzy przybytki: Tobie jeden, Mojżeszowi jeden i Eliaszowi jeden”. (Mt 17, 4) Wierny uczeń widząc potęgę i chwałę Mesjasza sądził, że nadeszła godzina działania i walki. Ale w tej chwili obłok jasny przesłonił trzech mężów, a z obłoku dał się słyszeć głos: „Ten jest Syn mój miły, w którym dobrze upodobałem, sobie, jego słuchajcie”. (Mt 17, 5) Przerażony Piotr, wraz z towarzyszami upadł na twarz i bał się bardzo. Kiedy oczy podnieśli, nikogo już nie widzieli, tylko samego Jezusa.

Wiara nie była łatwa. Dla Izraelity zgodzić się na to, że jakiś człowiek jest prawdziwym Synem Bożym – tchnęło straszliwą herezją. Jak człowiek może być Bogiem, a Bóg człowiekiem? Cóż może mieć wspólnego przedwieczny, nieskończony, niepojęty Stworzyciel świata, „Ten, Który Jest” (Wj 3, 14), ze zmęczonym człowiekiem, który śpi w łodzi czy siedzi u studni, a kiedyś zawiśnie w ranach na krzyżu? Nie dochodzi jeszcze do ich świadomości, że „Ten, Który Jest”, mógł zechcieć doznać ludzkiego losu, biorąc sobie z matki ludzką naturę. I tak, nie przestając być wiecznym Bogiem, stał się prawdziwym człowiekiem, łącząc w swojej odwiecznej Osobie nieskończoną naturę Boga z naturą człowieka z nicości stworzonego. Wielu ludzi i dzisiaj gorszy się tą prawdą, nie rozumiejąc, że Bóg mógł to uczynić nie tracąc nic ze swojej wielkości, dlatego właśnie, że między Bóstwem a człowieczeństwem nie ma żadnej proporcji. Wielkość rzeczy stworzonych jest pojęciem względnym, ale wobec Boga wszechświat nie jest większy niż kawałek pszennego chleba. Przypisując sobie atrybuty Boskie, Chrystus w pełni uznawał równocześnie swoje człowieczeństwo. Z jakimś upodobaniem nazywa siebie „Synem Człowieczym”. Pokornie modli się do Ojca. Wyznaje, że Ojciec większy jest niż On. Z tych samych ust wychodzą słowa: „Daj mi pić” (J 4, 10) i „Zanim Abraham był, Jam Jest”. (J 8, 58)

Dla Izraelitów te sprawy były zupełnie niezrozumiałe. Nic też dziwnego, że dokoła Chrystusa wre straszna walka. Gdy powiedział: „Ja i Ojciec jedno jesteśmy” (J 10, 30), chwycili kamienie, by Go kamienować. Spytał ich spokojnie: „Wiele dobrych uczynków okazałem wam od Ojca mego, za który z tych uczynków i mnie. Odpowiedzieli Mu Żydzi: Za dobry uczynek nie kamienujemy Ciebie, ale za bluźnierstwo, za to, że Ty będąc człowiekiem czynisz siebie Bogiem”. (J 10, 32-33) Nie mogli wprost wytrzymać straszliwego napięcia psychicznego, które się wytwarzało między koniecznością uwierzenia temu człowiekowi a niemożliwością uwierzenia w to, co głosił. Trzeba Mu było zaufać więcej niż sobie. Uwierzyć wśród całkowitej ciemności.

Po cudownym rozmnożeniu chleba powiedział rozentuzjazmowanym tłumom, że da swoje Ciało za pokarm i Krew za napój. Znowu straszliwy wstrząs. Może niektórzy próbowali złagodzić te słowa, rozumieć je przenośnie, bo- Chrystus z naciskiem powtarza: „Ciało moje prawdziwie jest pokarmem, a Krew moja prawdziwie jest napojem”. (J 6, 58) „Kto pożywa Ciało moje i pije Krew moją, ma żywot wieczny” (J 6, 55), podkreśla te prawdy kilkakrotnie, nie zostawiając żadnej wątpliwości, że należy Jego wypowiedź rozumieć dosłownie. Nie wytrzymali ciężaru tajemnicy. Odeszli gromadnie, choć jedli niedawno chleb cudem rozmnożony: „Twarda jest ta mowa, któż jej słuchać może?”. (J 6, 81) Nie zatrzymał ich. Nie wyjaśnił, nie złagodził swoich słów. Przeciwnie. Zwraca się do gromadki swoich najbliższych i pyta: „Czy i wy odejść zamierzacie?”. (J 8, 68) Dla Piotra słowa Chrystusa były równie niemożliwe do przyjęcia, jak i dla innych. Jeszcze nie znał widoku hostii podawanej milionom ust. Pogrążony w całkowitej ciemności, zaufał Chrystusowi więcej niż sobie, uchwycił istotę wiary: „Panie, do kogóż pójdziemy? Ty masz słowa żywota wiecznego”. (J 6, 69)

I Ewangelia pokazuje wiarę w jej dynamice, w jej przypływach i odpływach. Wiara nie jest czymś statycznym. Ma swoje spiętrzenia i swoje niziny. Wierzący może na nowo uwierzyć. Ewangelia z upodobaniem zaznacza: „I uwierzyli weń uczniowie Jego”. (J 2, 11) Głęboko wzrusza głos nieszczęśliwego ojca: „Wierzę, Panie, zaradź niedowiarstwu memu”. (Mk 9, 23) Wiara się załamuje w Judaszu, niepokoi Piłata, wzbudza wściekłość faryzeuszów, wiarą i niewiarą popychane tłumy przychodzą i odchodzą, wołają: „Hosanna” i „Strać Go”. Wiara przemienia Magdalenę, pociąga Piotra, celnika czyni apostołem. Okazuje się jakąś straszliwą siłą twórczą, która przekroczy granice Palestyny, pokoleń i wieków.
Ona buduje sierocińce, szpitale, leprozoria, uniwersytety i szkoły. Z niej, jak ze źródła, będzie czerpać kultura i sztuka europejska a dziś już ogólnoludzka. Ten niesłychany dynamizm wiary ma tylko jedno źródło: osobę Chrystusa Pana.

Wiara chrześcijańska to jest uwierzenie komuś, komu się uwierzyć musi.
Albo nie był Tym, Kim był, albo musi Mu się wierzyć. Nic dziwnego, że ci, którzy nie wierzą i chcą swoją niewiarę uzasadnić, usiłują Chrystusa unicestwić. Jeżeli jest, to jest „Światłością świata”, „Drogą, Prawdą i Życiem”, a zatem nie ma Go i nigdy nie było. Jeżeli jest, to jest Bogiem i człowiekiem w jednej osobie — absurd w rozumieniu wielu, a więc wbrew najbardziej oczywistym świadectwom trzeba Go zepchnąć w nicość. Kapłani izraelscy byli w trudniejszym położeniu, ponieważ nie mieli za sobą przepaści dwudziestu wieków, w której, mogliby Go pogrzebać i unicestwić, nie mogąc okropnego węzła w żaden sposób rozwiązać i nie chcąc uwierzyć, zabili Go. Kiedy nagie krwawe ciało zawisło na krzyżu, przestali się Go bać. Szydzili z Niego i mówili: „Jeśliś jest Synem Bożym, zstąp z krzyża”. (Mt 27, 40) Ale Chrystus z krzyża nie zstąpił, tylko się modlił: „Ojcze, odpuść im, bo nie wiedzą, co czynią”. (Łk 23, 34) Potem obiecał łotrowi, który był na drugim krzyżu obok rozpięty, że dziś będzie z Nim w raju, zostawił ostatnie zlecenia Matce i uczniowi, którego miłował. Podjął wreszcie najstraszniejszą udrękę, jakiej może doznać człowiek kochający Boga, a mianowicie chciał przeżyć w swoim ludzkim sercu poczucie wewnętrznego opuszczenia przez Boga i w ten sposób dopełnił miary ludzkiego cierpienia. Na koniec zawołał głosem wielkim: „Ojcze, w ręce Twoje oddaję ducha mego” (Łk 23, 46) i skonał.

Śmierci Jezusa towarzyszyło zaćmienie słońca i przedarcie na poły zasłony zakrywającej w Świątyni Jerozolimskiej miejsce najświętsze. Kapłani żydowscy zrozumieli, że popełnili błąd. Straszliwy dla nich problem wiary w Chrystusa, Boga-Człowieka, nie został rozwiązany. Jeden błąd drugim wspierają, pieczętują grób i straże przy nim stawiają. Trzeciego dnia, zgodnie ze swoją zapowiedzią, Chrystus zmartwychwstał. Kapłani są konsekwentni w swojej niewierze. Strażnikom, którzy im donieśli o wyjściu Chrystusa z grobu, dali dużo pieniędzy z poleceniem: „Powiadajcie, że uczniowie Jego przybyli w nocy i w czasie snu naszego wykradli Go”. (Mt 28, 13) Nie mogąc inaczej uzasadnię, swej niewiary, negują fakty. Czynią to zresztą bardzo niezgrabnie, bo powołują się na śpiących świadków.

Natomiast niewiara uczniów, która się pogłębiła w czasie męki, po zmartwychwstaniu – wobec narastającej oczywistości faktów – taje jak śnieg na wiosnę. Najdłużej opierał się Tomasz. Jest pewny, że przed trzema dniami zabity i pogrzebany człowiek nie mógł wstać z grobu o własnej mocy. Broni się przed wiarą, bo nie chce się zgodzić na to, co niemożliwe. Gdy mu zebrani wspólnie Apostołowie ogłaszają radośnie: „Widzieliśmy Pana”, odpowiada: „Jeżeli nie ujrzę na rękach Jego przebicia gwoździ i nie włożę palca mego w miejsce gwoździ, i nie włożę ręki mojej w bok Jego, nie uwierzę”. (J 20, 25) Stawia warunki swojej wiary. Nie wystarcza, że go przyjaciele zapewniają. On musi własnym palcem dotknąć i sprawdzić. Po tygodniu Chrystus stanąwszy wśród uczniów zwrócił się wprost do Tomasza: „Włóż tu palec twój i oglądaj ręce moje, i wyciągnij rękę twoją, i włóż w bok mój, a nie bądź niewiernym, lecz wierzącym”. (J 20, 27) Opór Tomasza się załamał. Stojąc przed żywym Chrystusem i dotykając śladów Jego ran, zgodził się na „niemożliwe”, uwierzył. Rzekł: „Pan mój i Bóg mój”. A Jezus odparł: „Uwierzyłeś dlatego, żeś mnie ujrzał. Tomaszu, błogosławieni, którzy nie widzieli, a uwierzyli”. (J 20, 28-29)

 

Macie wejść głębiej, w życie zakonne, macie niedługo przyjąć habit i tę całą zewnętrzną formę życia zakonnego. Siostry drogie, w tej chwili powinnyście sobie zdawać sprawę z dwóch rzeczy: z wielkości i piękności tej drogi i z ciężaru tej drogi. Bo życie zakonne całą swoją wielkość i piękno bierze od Boga, i tylko od Boga. Bo całym sensem waszego życia zakonnego, tej waszej drogi, jest miłość Boga. Życie zakonne bez Pana Boga jest straszliwą karykaturą, czymś obrzydliwym. A życie zakonne, w którym Pan Bóg jest jedyną i ostateczną sprawą, staje się czymś rzeczywiście wielkim. I tak byśmy to sobie chcieli jasno przedstawić od razu, bo później, kiedy przyjdą chwile ciemności, trudności (znacie już trochę życie zakonne, przyglądacie mu się), kiedy przyjdą chwile ciężkich bardzo nieraz przeżyć, wtedy trzeba mieć tę jedną myśl, jedną wolę, żeby wytrwać – dla Boga. Tylko dla Niego! I dlatego trzeba jasno te rzeczy przedstawić.

Cały sens życia zakonnego, cała jego wielkość, cała jego świętość, piękno, jest właśnie w Bogu. Dlatego trzeba się wszystkiego wyrzekać, wszystko oddać naprawdę konsekwentnie, żeby to nie były tylko słowa. Słowa są strasznie niebezpieczne. Tak łatwo się schować poza słowami, poza frazesami, poza komunałami i stracić kontakt z rzeczywistością ziemską i Bożą. I wtedy człowiek się gubi. A wy musicie utrzymać kontakt woli z Bogiem i ciągłe do tego kontaktu woli z Bogiem dążyć. Woli — bo uczucie nie zawsze nam będzie sprzyjało. Bo nastrój często się rozsypie w jakiś wielki smutek może, bo myśl może będzie czasem ociężała i leniwa, że nie będzie się mogła zdobyć na nic. Będziecie pogrążone w jakiejś pustce, jałowej ciemności. Tylko wola będzie trwała zjednoczona z Bogiem, złączona, jak człowiek, który się chwycił mocno brzegu i trzyma się, choć fale go rzucają, choć rwie go morze, on jednak trzyma się mocno, nie puści się tego krzaka, którego się chwycił na brzegu. Tak samo i wy musicie wytrwać. Dlaczego? Bo to jest dzieło miłości. Bo całe życie zakonne ma swój sens w miłości. A miłość to chcenie, przede wszystkim chcenie. Są inne potężne siły w miłości: jest uczucie, jest przeżycie, ale to są rzeczy drugorzędne. Trzeba się mocno chwycić Pana Boga i powiedzieć – ,,Panie Boże, jeśli się ofiarowuję, to tylko Tobie i całkowicie Tobie. Sam wiesz, co mnie w tym życiu będzie czekało, sam wiesz, jakie mi szykujesz przejścia i drogi, może będą łatwiejsze, może będą trudniejsze, na pewno będą takie, jakie Ty dla mnie postanowiłeś. I chcę mocno stać, trwać i przejść przez wszystko”. Wtedy życie zakonne staje się naprawdę czymś wielkim.

To jest cały sens życia ludzkiego, dążyć do zjednoczenia z Bogiem w miłości tutaj na ziemi, później, w Wieczności. To jest pierwsze i najważniej przykazanie. I dlatego kochajcie tę drogę, na którąście weszły. Ona jest ta bardzo piękna, ale też i bardzo trudna. Ale te trudności są całkiem inne, niż sobie wyobrażają ci, którzy wstępują do zakonu. Trzeba sobie z góry powiedzieć, że najczęściej Pan Bóg doświadcza w życiu zakonnym człowieka w takiej dziedzinie, w której on się najmniej tego spodziewa, najmniej jest do go przygotowany. I zwykle tak jest, że musi przyjść cierpienie. To już trudno, to jest rzecz konieczna. Bez tego życie zakonne nie byłoby życiem zakonnym. Przychodzą chwile zniechęcenia, chwile wielkich trudności, nieporozumień, konfliktów, zawiłości w sumieniu, trudności z przełożonymi, z siostrami. Rozmaicie bywa. Ale niekoniecznie tak musi być. Czasem życie zakonne układa się łatwiej. Ale czy ja wiem, które jest cenniejsze? Bóg jeden wie. My musimy wchodzić na takie drogi, na jakie Bóg nas kieruje, zdać się na Opatrzność Bożą. Mówić: „Panie Boże, dla Ciebie, tylko dla Ciebie chcę życie swoje poświęcić”. Ale by poświęcić życie nie wystarczy tobie powiedzieć, zrobić jeden akt – bo to jest coś, co się później realizuje każdej godzinie, w każdym dniu, tygodniu, roku, dziesiątku lat. To jest co się rozciąga z jakąś żelazną konsekwencją na wszystkie dni, aż do tej chwili, kiedy już będziecie, odchodziły do Boga, w wieczność.

To jest właśnie czymś wielkim. Czy może być coś większego niż ofiarowanie Panu Bogu siebie? Wchodząc do zakonu oddaję Panu Bogu wszystko czym jestem, wszystko, co, mam! Tylko trzeba bardzo Boga prosić, żeby ofiara była całkowita, żebyście sobie czegoś nie zatrzymały. Oddając świeckie szaty, kładąc na siebie szaty zakonne, żebyście sobie nic nie zatrzymały, żebyście wstępowały w całkowitej wolności, żeby później w ciągu całego życia zakonnego nie zaczęło się coś gromadzić, narastać jakieś nie dobre przywiązania. Trzeba, żebyście były rzeczywiście wewnętrznie wolne i zdolne miłować. Tylko człowiek wolny może kochać. Niewolnik nie może kochać (niewolnik w sensie duchowym).

Na to potrzebne są wyrzeczenia, na to potrzebne są wszystkie trzy śluby, żebyście się stały wolne – wolne od ciała, wolne od rzeczy, wolne od siebie samych – dla Boga. Życie zakonne musi was postawić oko w oko z Chrystusem. To jest konieczność, bo Jemu się oddajecie. Trzeba sobie jasno uprzytomnić sytuację, jaka jest, przekraczającą czas i przestrzeń. Jest Chrystus, który oddaje ci wszystko na Krzyżu: życie, krew, cierpienie – wszystko dla ciebie! Wejście.na drogę zakonną, to odpowiedź dana Chrystusowi: „Daje: mi wszystko, ja Tobie też chcę dać wszystko!” To jest sprawa osobistego spotkania z Jezusem, sprawa danej Mu odpowiedzi, to jest to, co się stało z Piotrem, Andrzejem, czy innymi Apostołami, kiedy zostawiwszy wszystko, szli za Nim.

Chodzi właśnie o to, żeby najpierw zostawić wszystko – to jest pierwszy krok i to właśnie musicie zrobić przez trzy śluby. Ale, mówi któryś z Ojców Kościoła, że to jeszcze nie wystarcza – zostawić wszystko, bo i filozofowie tacy byli, którzy zostawiali wszystko, bo rozumieli, że to jest tylko jak obciążenie, te wszystkie dobra tego świata, i żyli w całkowitym oderwaniem od nich. Nie wystarczy zostawić wszystko, ale trzeba jeszcze pójść za Chrystusem. To jest ta druga sprawa. Zostawiacie wszystko na to, żeby iść za Nim. On was woła, prosi, bardzo serdecznie Chrystus prosi. Bo przecież, jeśli czytać Ewangelię, to widać jak Mu zależy na nas. Zależy Mu na was, na waszym życiu, na waszych duszach, na tym wszystkim, co będziecie przeżywały. Tylko musicie pamiętać, że On i tylko On, Ten który jest Bogiem, i Ten, który jest Człowiekiem – w jednej Osobie, jest sensem i celem waszego powołania.

Jak zrobić, żeby mieć odwagę iść tą drogą? Trzeba ufać. Gdybyście się czuły bezpieczne same w sobie, dufne, że jesteście dosyć mocne, żeby iść za Nim, to bym się lękał bardzo o was. Ale jeśli wasza siła opiera się na tym, żeście Mu zawierzyły w jakimś kontakcie osobistym, prosto, zwyczajnie, jeśli powiedziałyście: „Weź mnie, bo jestem słaba i sama chodzić nie umiem” – to jest ta ufność i to zawierzenie Chrystusowi mocne i całkowite – to wtedy jestem spokojny o was. Bo to jest zbyt wielka droga, zbyt wielka sprawa, żeby można było budować na swoich wysiłkach, a natomiast bezpiecznie ją można budować na Bogu, na Chrystusie Panu. Z radością powinnyście iść. „Radosnego dawcę Bóg miłuje” (2 Kor 9, 7). Więc z weselem, radością idźcie, bo przecież wiecie, gdzie idziecie. Wyzbywacie się, oddajecie wiele rzeczy – prawda, ale przecież zyskujecie więcej. I dlatego z pogodą, radością, śmiało, odważnie trzeba w życie zakonne wchodzić.

Módlcie się o dwie rzeczy: módlcie się o pokorę i módlcie się o miłość. Nic tak nie rujnuje życia w zakonie, jak pycha, która znajduje sobie tysiące rozmaitych postaci, żeby duszę udręczać i miłość własna, i próżność, i zarozumiałość. Ponieważ życie zakonne z natury swojej ciągle doświadcza w każdej dziedzinie, ciągle zakonnik narażony jest na upokorzenie i musi być z natury rzeczy narażony na jakieś zginięcie w cieniu, zapomnienie, na poczucie, że się człowiek jakoś zapada, ginie, przestaje być wielki w oczach ludzkich. I to jest rzecz trudna, ciężka. I na to trzeba dużo pokory, żeby pokochać swoje przekreślenie, żeby nie mieć pretensji ani do ludzi, ani do Boga, ani do siebie, że czymś miałem być, a wydaje mi się, że jestem niczym. Pokora jest koniecznie potrzebna w życiu zakonnym. Pokora jest prawdą, to jest zwyczajne powiedzenie sobie, że jestem tym, czym jestem, tylko tym, czym jestem w oczach Boga. Pokora jest rzeczą podstawową, jest tak, jak ziemia, na której rośnie drzewo. Pokora jest gruntem, na którym można dopiero sadzić i budować życie nadprzyrodzone. Oczywiście, nikt z nas nie jest prawdziwie pokorny, to trzeba sobie z góry powiedzieć. Tylko Matka Najświętsza była. pokorna w sensie jakiejś prawdy całkowitej. Każdy z nas jest dręczony przez pychę, miłość własną.

A druga rzecz — to miłość. I to znowu nie jakaś nadzwyczajna miłość, ale miłość, która jest miłością, a nie tylko słowem ludzkim. Ta miłość, która jest dobrym uczynkiem, miłość, która jest wczuciem się w sytuację drugiego człowieka, miłość, która jest bólem na widok czyichś łez, miłość, która jest. pomocą, miłość, która, gdy ktoś przyjdzie, zapuka do drzwi i prosi o kawałek chleba i o nocleg — nie, odmawia, miłość, która rozumie potrzebę drugiego człowieka. Bo w zakonie można zatracić czasem tę zwyczajną, obowiązującą każdego chrześcijanina miłość, właśnie dlatego, że to życie jest takie trudne, skomplikowane, złożone. Tak dużo się o miłości mówi, że można wśród słów, wśród najlepszych kazań zagubić samą rzecz. Musi być miłość dla drugiej siostry i musi być miłość dla przełożonej i musi być miłość dla człowieka, którego.się spotyka w tramwaju czy autobusie. Bo jeśli zakonnice nie będą wzajemnie jedna dla drugiej dobre, przychylne, życzliwe, przebaczające, to czegóż ja mogę się spodziewać po kobietach żyjących w świecie. Jasna rzecz, że Rozważania i myśli u was one mają szukać przykładu i wzoru prawdziwej miłości. O miłość trzeba się modlić. Me ma miłości Boga bez miłości bliźniego. „Jeśliby ktoś mówił, że miłuje Boga, a brata swego nienawidził, jest kłamcą”. (1 J 4, 20) Zwyczajnie, po prostu oszukuje siebie, oszukuje ludzi, może Boga chce oszukać. Nie ma miłości Boga bez miłości bliźniego, tej praktycznej, zwyczajnej, tej, która się świadczy uczynkami, zwyczajnymi, dobrymi uczynkami. Pan Jezus to bardzo wyraźnie pokazuje w Ewangelii. Więc o te dwie rzeczy musicie się modlić, bo można się zagubić w drodze życia zakonnego, jeżeli człowiek zatraci sprawy najważniejsze.

Ponieważ pomoce rozmaite: rady ewangeliczne, Konstytucje, Dyrektorium, polecenia i zlecenia jakoś ciągle odpowiednio bezpośrednio kierują zakonnicą dlatego te pomoce mogą stać się dla niej też przeszkodą, gdy straci z oczu to, co najważniejsze, jedynie i ostatecznie ważne, tzn. Boga, któremu się poświęciła i ludzi, z którymi do Boga dąży, których ma kochać jak siebie samą. To jest rzecz ogromnie ważna, żeby się nie zagubić; trzeba mieć śmiałe spojrzenie, które zawsze odnajdzie drogę, jak busola, która zawsze wskazuje północ, wskazuje zawsze drogę właściwą, jedyną. Tak samo trzeba, żeby wasza wrażliwość, wśród tylu trudności, wątpliwości, które będziecie miały, znalazła tę drogę jedyną, która jest wyznaczona przez miłość. Więc o te dwie rzeczy radziłbym się siostrom gorąco modlić, często się modlić. Są nawet takie specjalne modlitwy w Mszale, które się czasem odmawia we Mszy świętej., jedna jest o miłość, druga o pokorę. Kościół rozumie, że o te rzeczy trzeba się szczególnie modlić.

A z drugiej strony, to wszystko, co w pewnej sytuacji może się stać niebezpieczne, w życiu zakonnym przy właściwej postawie może być olbrzymią pomocą. Pewien duch zakonny, pewne dyrektywy Konstytucji, formy życia, przełożeństwo, jeżeli się dobrze to wszystko przyjmie, z dobrą wolą, życzliwością, pamiętając o hierarchii wartości tych wszystkich spraw — to wtedy życie zakonne ogromnie pomaga do zjednoczenia z Bogiem.
Chciałbym, żeby sobie Siostry te dwie rzeczy uprzytomniły na początku rekolekcji. Z jednej strony – piękno i wielkość tej drogi, której się nie mierzy dlatego, że Boga się nie da zmierzyć; cała wielkość, majestat, świętość tej drogi jest z Boga. Droga nabiera swego charakteru zależnie od celu. Droga nie ma innej wartości, innej natury – jeśli tak można powiedzieć – aniżeli cel, do którego prowadzi. Cały sens i wielkość drogi stanowi cel. Dlatego życie zakonne, które jest jakąś najśmielszą, najprostszą drogą do Boga, jest wielkie wielkością swego celu. I dlatego możecie być spokojne, że idąc tą drogą wybrałyście drogę najlepszą, najpiękniejszą, najbardziej godną człowieka.

Ale z drugiej strony trzeba, żebyście pamiętały, że to jest droga najtrudniejsza, w każdym, razie bardzo trudna. Zresztą, to zależy od tego, jak Pan Bóg tę drogę komu ułoży. Przecież to jest jakieś uproszczenie, kiedy mówimy «zakon».. Zakon w każdej duszy jest inny. Zakon to jest coś, co się realizuje w określonym człowieku, w określonej duszy. Sprowadzanie wszystkich zakonników czy zakonnic do wspólnego mianownika jest błędem. Ale zawsze to będzie droga trudna. Me można się łudzić. I na tej drodze trzeba będzie dużo ducha wiary. Jeszcze jedno bardzo Siostrom zalecam: żebyście umiały dziękować. Dziękczynienie, to taka forma modlitwy, która wprowadza równowagę w wewnętrzne życie człowieka. Wprowadza równowagę, dlatego że uspokaja, godzi z Wolą Bożą. Jak człowiek już za coś podziękuje, to przestaje się buntować, ustosunkowuje się do tej rzeczy jakoś obiektywnej. I to jest może najdelikatniejszy sposób okazania Bogu miłości. Jeśli się dziękuje wśród przykrości, cierpień i radości, to znaczy, że się Boga naprawdę kocha. To znaczy, że się kocha bardziej Jego Wolę niż swoją. A to przecież jest miłowanie Boga ponad siebie. Jeśliby ktoś kochał więcej siebie niż Boga, a poszedł do zakonu to błądzi. To nie ma najmniejszego sensu, bo to musi być zupełnie przeciwna droga. Nie od Boga do siebie, nie żeby Bóg nam służył, ale żebyśmy my Panu Bogu służyli. Gdy Siostry przyjmą postawę dziękczynienia, pokory, miłości, patrzenia na ceł ostateczny życia zakonnego, to przejdą szczęśliwie do Niego i w niebie będą Mu dziękowały przez wieki za tak wielką i świętą drogę, za takie wielkie powołanie. Amen.

Zapis audio rekolekcji ks. Aleksandra: cz.1
cz.2

 

Pytałem się dzisiaj kilku Sióstr, tak w przelocie, o czym by należało Siostrom mówić. Jedna mi powiedziała: „Żeby Siostry były lepsze”: druga mi powiedziała: „Trzeba je z obłoków na ziemię ściągnąć”; trzecia mi powiedziała: „Żeby nauczyły się milczeć, milczenia przestrzegać”. Ktoś inny mi jeszcze powiedział: „Żeby się nie przepracowywały”. Takie dostałem informacje i wskazówki.

I bardzo były pożyteczne te uwagi, a szczególnie uderzyło mnie to powiedzenie, że „trzeba zejść z obłoków na ziemię”, bo w tym jest coś bardzo słusznego. Jest jakieś niebezpieczeństwo w naszych wszystkich kazaniach, w konferencjach, budowania gdzieś jakichś światów w powietrzu, nie na ziemi. Łatwiej jest mówić o obłokach niż o ziemi. Trzeba jednak mówić nie o obłokach, ale o Tym, który jest ponad obłokami, a jest równocześnie i na ziemi – o Bogu. Chciałbym, proszę Sióstr, z całego serca chciałbym to zrobić. To jest bardzo trudne. Proszę, żeby się Siostry pomodliły, żeby mi Pan Bóg dał to światło.

Wiemy, że im częściej mówi się do jakiegoś ograniczonego zespołu ludzi, to tym trudniej jest mówić. Człowiek bowiem zawsze się powtarza. Módlcie się, żeby Bóg pomógł swoją łaską. Wszystko bowiem zależy od Ducha Świętego, który właśnie schodzi na ziemię. Bo Bóg nie buja po obłokach. Bóg schodzi w zwyczajne, proste życie Sióstr, w takie codzienne, twarde, bolesne życie. To jest właśnie coś przedziwnego, jak się Bóg włącza: Duch Święty, Duch Boży włącza się w szarzyznę, nieraz brzydotę, nieraz grzeszność naszego ludzkiego serca, naszych ludzkich spraw. Trzeba o tym pamiętać, że ciągle jesteście otoczone Bogiem, pogrążone w Bogu. Wtedy, kiedy pierzecie, prasujecie, gotujecie, dzieciom nosy ucieracie, wszystko jedno, cokolwiek robicie, to właśnie w tym jest Duch Święty. I nawet jak grzeszycie. Dlatego grzech jest czymś tak złym, bo gdyby Boga nie było blisko, to można by powiedzieć, że grzech nie byłby czymś tak złym. Ale grzeszymy w obecności Boga. Jak robimy coś złego, jak się kłócimy, jak sobie zazdrościmy wzajemnie, jak sobie dokuczamy czasem, to wtedy to wszystko, niestety, dzieje się także w obecności Boga. Bo i dobro i zło, wszystko czynimy w bezpośredniej obecności naszego Pana, naszego Boga, który jest nie w obłokach. Bóg jest właśnie tutaj wtedy, kiedy ja coś złego robię, kiedy popełniam jakąś winę, jakiś grzech, to ja w Jego obecności, przy Nim wprost mówię Mu: „Nie”. „Nie tak jak Ty chcesz, nie tak jak Ty nakazujesz, ale tak, jak ja chcę, jak mnie się podoba”.

I kiedy się tak właśnie zejdzie na tą ziemię, na te wszystkie sprawy naszego życia codziennego, jak się popatrzy na nie jakimś spojrzeniem zwyczajnym, to wtedy wszystko, co dobre, nabiera olbrzymiej wartości, a wszystko, co złe, nabiera straszliwej brzydoty. Nawet powszednie grzechy, zupełnie dobrowolne są okropnie przykre. Są dwie siły, dwie straszliwe siły w świecie ducha (bo przecież mamy duszę, żyjemy nie tylko w świecie materii, ale i w świecie ducha), które działają w tym świecie duchowego, wewnętrznego życia. Jedna jest absolutna, całkowita – to siła Boga, wszechmoc Boga, który jednak nie chce łamać wolności swojego stworzenia i dlatego nie działa poprzez swoją wszechmoc, tylko działa raczej w świecie ducha poprzez swoją miłość. Zostawia nam wolność. To jest siła, która sprawia, że my się łączymy, jednoczymy. Kościół św., każda część Kościoła- powiedzmy – parafia, Zgromadzenie – to wszystko są części Kościoła świętego, łączone, budowane przez Boga, jednoczone wewnętrznie przez Ducha Świętego. To jest ta potęga, ta siła miłości, która ludzi łączy, sprawia, że się zaczynają wzajemnie rozumieć, że zaczynają chcieć się wzajemnie rozumieć, że zaczynają sobie przebaczać, że zaczynają unikać tego, co komuś drugiemu jest przykre, że zaczynają współczuć — doskonałe, polskie słowo: współczuć, tzn. czuć tak jak drugi człowiek. To jest siła miłości, która buduje Kościół, buduje Zgromadzenie, buduje parafię – siła Chrystusowa.
Ale jest jeszcze druga siła. To jest siła zła, szatana, to jest siła, która dzieli. Konkretnie grzech to przecież jest jakaś siła odśrodkowa, siła, która sprawia, że w najbardziej zjednoczonej społeczności ludzkiej, nawet w rodzinie, która bardzo się kochała, w której wszyscy byli zjednoczeni, gdy wejdzie w nią grzech, wszystko zaczyna się dzielić. Grzech odpycha od siebie ludzi. Jak Bóg ludzi do siebie zbliża, żeby byli ze sobą złączeni przez miłość, tak grzech jest jakąś straszliwą siłą, przeciwstawną, która ludzi jednego od drugiego oddziela. Przeciwstawia jednego drugiemu.

Jakikolwiek grzech, zwłaszcza pycha. Gdy ktoś wejdzie w orbitę pychy czy to w Zgromadzeniu, czy w parafii – zaczyna zrywać z otoczeniem, staje w opozycji, zajmuje postawę sprzeciwu, walki z innymi, bo zaczyna się czuć ważnym, wielkim. I wśród Sióstr może się to zdarzyć.
Trzeba sobie zdawać sprawę, że tak jak cały Kościół, jak każda parafia, tak i Zgromadzenie są równocześnie poddawane tym dwu straszliwym siłom. To jest walka duchów. I to się nie dzieje w obłokach, tylko tutaj na ziemi, kiedy siostra idzie koło drugiej siostry, to ma w stosunku do niej myśli dobre i życzliwe, albo też niechętne, złośliwe, urażone. I wynik tej walki od tego właśnie zależy, jak się siostra ustosunkowuje do drugiego człowieka. To nastawienie nie musi być wypowiedziane, nie musi być nawet uzewnętrznione. Wystarczy, że jest w głębi serca, a już dzieli albo łączy. I dlatego trzeba się zastanowić i po prostu pomyśleć, którym z tych dwóch sił siostry ulegają w swoich codziennych sprawach. Na pewno jednej i drugiej, bo te siły walczą ze sobą na terenie naszych serc. Bo przecież każdy z nas jest i dobry i zły. Chciałby być dobry i widzi, że jest zły, i cierpi z powodu swojej złości, i nieraz nie może z nią poradzić i walczy, upada, powstaje i tak się wciąż zmaga ze sobą.
Nie ma tu wśród nas nikogo takiego, kto nie chciałby służyć Chrystusowi. A w takim razie, spytajmy, skąd się bierze tyle między nami podziałów, trudności, sprzeciwów, zawiści?

Myślę, że w Zgromadzeniu sprawa przedstawia się tak samo, jak w parafii: patrzę na was, jako na społeczność, poprzez pryzmat mojej społeczności, tej którą znam z bezpośredniego, codziennego życia. Skąd się to bierze, że ludzie chcą być dobrzy, a są źli? Z braku wiary i z braku jakiejś konsekwencji. Bo jeżeli człowiek uwierzy w Boga, to ma obowiązek żyć tak, jak Bóg nakazuje. To jest zupełnie proste. A my się tak łatwo tłumaczymy: „Nie mogę być dobry, bo jestem nerwowy”. – Co to znaczy? „Ja nie mogę przebaczyć, bo mnie ktoś skrzywdził”. – Co to znaczy – nie mogę? Ja nie mogę wyskoczyć na wieżę kościoła, ale żebym nie mógł przebaczyć komuś, kto mnie skrzywdził? Właśnie dlatego, że skrzywdził, to mam przebaczyć. Gdyby mnie nie skrzywdził, to bym nie mógł przebaczyć, bo cóż bym miał do przebaczenia? To jest zupełnie oczywiste dopiero wtedy może człowiek przebaczyć, kiedy dozna krzywdy. Bo jak może przebaczyć, kiedy nie został skrzywdzony? Więc może ! Tylko musi chcieć! I musimy sobie jasno powiedzieć, że wszyscy jesteśmy na równych prawach. Ani sutanna, ani habit, ani czepek, ani żadne inne nadzwyczajności nie chromą natury ludzkiej przed wszystkimi trudnościami tego rodzaju.

I to samo, co się dzieje pomiędzy moimi parafianami, to samo może się dziać między księżmi, między zakonnicami, pomiędzy wszystkimi ludźmi, bo człowiek jest człowiekiem skażonym przez grzech pierworodny. Tylko chodzi o to, żebyśmy uwierzywszy w Jezusa Chrystusa, który za nas umarł na krzyżu, zdecydowali się tak żyć, jak On nakazuje. Trzeba jednak rozróżnić dwa gatunki wykroczeń przeciwko tej nauce Pana Jezusa. Jedne są popełniane z ułomności. Każdy z nas posiada jakąś ułomność, w czymś upada. Jeden w języku, drugi w pysze (w pysze, zresztą, to wszyscy), w gniewie itd. I nieraz człowiek naprawdę nie chce tego, boryka się z tym, ale w słabości upada. I to jest ten grzech, o którym można chyba powiedzieć za św. Augustynem felix culpa – błogosławiona wina, bo ona człowieka stawia wobec prawdy o jego słabości. To jest ta „błogosławiona wina”, która doprowadziła celnika do świątyni, gdzie bił się w piersi i mówił: „Boże, bądź miłościw mnie grzesznemu” (Łk 18, 11). To była dla niego „błogosławiona wina”. To „błogosławiona wina” zaprowadziła Magdalenę na ucztę, gdzie był Pan Jezus, i wycisnęła jej łzy z oczu.
„Błogosławiona wina” stawia człowieka w prawdzie, w pokorze, w skrusze, daje zrozumieć mu swoją słabość. Tam gdzie my jesteśmy słabi, tam się pokazuje w nas moc Boża. To jest jedna linia ludzkiej słabości.

Ale prócz tego jest jeszcze grzech złośliwy. Może to być grzech taki na zimno, z premedytacją: Ja wiem, że jestem zły i chcę być zły. To jest grzech zuchwały. Człowiek, który sobie lekceważy Pana Boga, popełnia grzech zuchwały. On wie, że jest złośliwy, że dokucza wszystkim, że kłóci się, obmawia itd. wracając z kościoła do domu, że będzie to samo robił. I to nie ze słabości. Bo przecież to nie jest słabość, jeżeli dwie kobiety, idąc z kościoła do domu, obmawiają i nicują za każdym razem wszystkie swoje sąsiadki i towarzyszki. To już jest straszna rzecz. I tego grzechu już bym się nie odważył nazwać felix culpa – bo to już jest zuchwałe grzeszenie przeciwko miłosierdziu Bożemu. I taki grzech zamiast wyzwolić w człowieku skruchę, zamiast uczyć pokory, sprawia, że człowiek staje się pyszny, zarozumiały, bezwzględny, nielitościwy dla drugich, myślący tylko o sobie, dbający tylko o siebie, depczący innych, słabszych, biednych, nieszczęśliwych. Bo to już jest grzech szatański.

Trzeba badać swoje sumienie, trzeba się zastanawiać, trzeba zejść z obłoków na ziemię. Bo można sobie wybudować świętość w obłokach. Można sobie zrobić konstrukcję z pięknych frazesów, rozmaitych pięknych “słówek i zbudować piękną świątynię, gdzieś ponad obłokami, a tymczasem tutaj, w tym zwykłym, codziennym życiu nie mieć litości dla drugiego człowieka! Już nie mówię o jakiejś miłości, ale zwyczajnej litości dla drugiego człowieka cierpiącego, słabego. I to jest rzecz okropna. To trzeba absolutnie w sobie zwalczać, gdyby się w nas takie rzeczy pojawiły. Może trochę zanadto wszedłem w te sprawy grzechów, ale mnie się wydaje, że od tego trzeba zacząć. Droga oczyszczająca musi być na początku.
Każdy człowiek jest grzeszny. Nikt z nas nie może o sobie powiedzieć, że jest święty. My zresztą nigdy nie wiemy, w którym miejscu stoimy. Nigdy nie potrafimy powiedzieć, że jesteśmy bezpieczni. Nigdy nie jestem bezpieczny, bo nigdy nie wiem ile zmarnowałem łaski Bożej i nigdy nie wiem, kto jest bliżej świętości, a kto jest bliżej potępienia. Możemy tylko ufać, ufać dobroci Bożej, miłosierdziu Bożemu, i to ufać bezgranicznie. Ale ta ufność może się zrodzić tylko w duszy pokornej, takiej, która chciałaby być dobra, a nie umie być dobra, takiej, która się brzydzi swoimi grzechami. Nie powinna się jednak brzydzić sobą. Grzechy trzeba nienawidzić, siebie trzeba kochać. Bo Bóg nas kocha, mamy więc obowiązek siebie miłować.

Chciałbym sobie i Siostrom uprzytomnić, że jesteśmy przedmiotem działania tych dwóch olbrzymich potęg, tej walki duchów. To o nas idzie walka. Walka Chrystusa z szatanem, walka miłości z nienawiścią, walka Tego, który jednoczy – z tym, który dzieli, walka Tego, który szuka dobra dla każdego człowieka z tym, który złorzeczy człowiekowi. Patrzcie na słowa: błogosławić i przeklinać. To są objawy tych dwóch dróg. Można drugiego człowieka błogosławić – benedicere: dobrze nad nim mówić, dobrze mówić o nim. A można — mdledicere: źle mówić, przeklinać, mieć nienawiść do drugiego człowieka.

Nie mam najmniejszej wątpliwości, że my wszyscy opowiadamy się po stronie Pana Jezusa, chociaż widzimy w sobie nieraz z przerażeniem, jak bardzo jesteśmy dalecy od tej miłości. Ale się za nią opowiadamy i przy niej stoimy.

Chcemy przy niej stać i za nią iść. Są dwie drogi:
Droga światła – i droga ciemności,
Droga prawdy – i droga kłamstwa,
Droga miłości – i droga nienawiści,
Droga łaski – i droga grzechu,
Droga Boga – i droga szatana.

My idziemy drogą Bożą. Ale równocześnie widzimy w sobie tak strasznie dużo braków. Absolutnie nie wolno się tym zniechęcać. Trzeba żałować, trzeba się starać poprawić, ale nie wolno kapitulować, nie wolno się zniechęcać, bo Chrystus jest miłosierny.
Kiedy ciąży wam słabość, kiedy czujecie się sponiewierane same przez siebie (człowiek grzeszny, który zna i rozumie swój grzech, czuje się podeptany sam przez siebie), to wtedy podnieście oczy i patrzcie na krzyż Pana Jezusa. Patrzcie. On jest otwarty dla wszystkich. I gdybyśmy my nie byli sponiewierani, to nie musiałby i On być sponiewierany. Jeżeli potrzeba było aż takiej poniewierki Syna Bożego w Jego ludzkim ciele, to nie w innym celu, jak tylko po to, żeby nas podźwignąć ze straszliwej poniewierki.

I dlatego ufajcie. Wszyscy musimy sobie ciągle na nowo przypominać o obowiązku ufności i wiary w miłosierdzie Boże. Koniecznie trzeba wierzyć, że Bóg nas miłuje, pomimo naszych grzechów. Nienawidzi grzechów, ale nas miłuje, w każdej chwili możemy być przy Nim. To jest kwestia jednej decyzji: kochać albo nienawidzić. Mówię oczywiście o woli, a nie o uczuciach, bo nad uczuciami często nie potrafimy panować. Ale jeśli chodzi o to, czy ja chcę dla kogoś czegoś złego, czy chcę mu dokuczyć, czy chcę chować do niego urazę czy nie chcę, to jest sprawa mojego wyboru, mojej decyzji.

Między tymi dwiema drogami na początku jest pierwszy krok, który o tym decyduje. Wprawdzie te drogi prowadzą całkiem w innym kierunku ale kiedy stoimy na rozwidleniu, w momencie decyzji, decyduje, jeden krok: albo idę za Chrystusem, albo idę za szatanem. Musimy się ciągle na nowo decydować, bo kiedy idziemy za Chrystusem, ciągle, prawie na każdym kroku, szatan podsuwa nam swoją ścieżkę.

Myśmy już wybrali swoją drogę, idziemy za Chrystusem, chcemy Go kochać, służyć Mu, pracujemy, męczymy się, modlimy, ale na każdym kroku codziennie szatan usłużnie pokazuje nam swoją ścieżkę i mówi: Możesz wejść na lewo, A my czasami jakbyśmy się zapuszczali odrobinę w tę ścieżkę, I próbujemy tej drogi szatańskiej.

 

Na pewno Siostry zwróciły uwagę na dzisiejszą lekcję (Kol 3, 12-17). Po tych wstępnych naukach, w których patrzyliśmy na grzech, na okropne zło, któremu możemy być poddani, ta lekcja jakoś nas wyswobadza, pokazuje drogę.

Św. Paweł pisze do Kolosan. Widać jak w liście Apostoła odbija się nuta Pana Jezusa. To, co mówił Pan Jezus w Kazaniu na Górze, to, co czytamy w Ewangelii, jest już widoczne w życiu, w praktyce duszpasterskiej św. Pawła. Tak pisze: „Jako więc wybrani Boży, święci i umiłowani przyobleczcie się…” (Kol 3, 12). To jest sprawa, która nam często ginie z oczu. Pierwsi chrześcijanie to dużo lepiej odczuwali i przeżywali, że oni są wybranymi przez Boga.

Czy sobie zdajecie sprawę, co to znaczy, że jesteście wybrane Boże, przez Boga wybrane. Więc wy, przez Boga wybrane, przyobleczcie się jako „wybrani Boży, święci i umiłowani”. Jesteście wybrane, jesteście święte. Przecież św. Paweł nie pisał do innych ludzi, ale pisał do takich samych, jak wy jesteście. My wiemy z innych listów św. Pawła, ile wśród tych pierwszych chrześcijan było słabości, grzechów, nawet ciężkich. A mimo to św. Paweł nie waha się w ten sposób mówić do nich: „Wybrani Boży, święci i umiłowani”. Trzeba koniecznie w to uwierzyć, że jesteście umiłowane przez Boga, wtedy człowiekowi jakoś łatwiej jest żyć.

A w co się macie przyoblec? mówi do świętych, w serdeczne miłosierdzie, żeby wasze wnętrze było całe pełne miłosierdzia, życzliwości, przychylności. W dobroć, możecie sobie powiedzieć, my chcemy być dobre. W pokorę, „Przyobleczcie się w pokorę”, w tę zwykłą, prostą, chrześcijańską pokorę. W cichość, chrześcijanin musi być cichy. Widocznie tym świętym, tym wybranym, tych rzeczy brakowało, kiedy św. Paweł mówi im: „Przyobleczcie się”.
Zaklina, prosi o to. To może jest jakiś błąd, że my za dużo uczymy, a za mało was zaklinamy w tych wszystkich kazaniach i konferencjach. Powtarzamy rzeczy, które już tysiąc razy słyszałyście i wiecie, a właściwie trzeba by zrobić to, co św. Paweł robił w swoich listach, kiedy tak prosił gorąco, po prostu prosił, w Imię Pana Jezusa zaklinał: Miłujcie się, bądźcie dobrzy, przyobleczcie się w cichość, pokorę, dobroć, jedni drugich znosząc. Człowiek jest zawsze tym samym człowiekiem, jedni drugich musimy więc znosić. „O ile to możliwe pokój miejcie ze wszystkimi”, gdzie indziej powiada św. Paweł (Kz 12, 18). „Jedni drugich znosząc i odpuszczając sobie, jeśli kto ma skargę przeciwko komu, jako i Pan odpuścił wam, tak i wy” (Kol 3, 13). To jest sprawa zupełnie przejrzysta, to nie jest nic innego, tylko Ewangelia, ale Ewangelia, w jakimś drugim rzucie. Już nie w ustach Pana Jezusa, tylko w ustach św. Pawła Apostoła. I tak, jak kamień rzucony w wodę rozchodzi się coraz dalszym kręgiem w falach z tego miejsca, gdzie wpadł kamień, tak samo jest i z nauką Ewangelii. To był kamień, który został rzucony w wodę, jakąś stojącą, zatęchłą wodę życia ludzkiego. Ta fala głosu Bożego, fala Ewangelii, Prawdy ewangelicznej idzie, kręgami się rozchodzi coraz szerzej, coraz dalej i dochodzi także do was. To nie jest inny głos, inna prawda, to nie jest inna Ewangelia, to jest ta sama Ewangelia, którą Syn Boży przyniósł na ziemię.

„A nadto wszystko miejcie miłość, która jest więzią doskonałości” (Kol 3, 14).

Pan Jezus prosił, zaklinał tych, którzy Go słuchali. Pan Jezus po prostu prosi, żeby ludzie swoje serca, swoje dusze poddawali Jego nauce, Jego Ewangelii. Ja was też proszę, w Imieniu Pana Jezusa, żebyście słuchając, owoc w cierpliwości przynosiły. To jest wasze zadanie, wszystko jedno, jaką drogą idzie głos Chrystusa, głos Ewangelii. Ważne jest, żeby owoc się zrodził z tego, co Pan Jezus powiedział w Ewangelii.

To jest właśnie tajemnica Kościoła świętego, ta najbardziej wewnętrzna, działanie Ducha Świętego, który tworzy z wielu jedność. Za mało zdajemy sobie sprawę, jak bardzo jesteśmy jednością. Nieraz Pismo św. i teologia, Ojcowie Kościoła, traktują ludzkość jako jedno i w grzechu, i w łasce. Jeżeli jeden popełnił grzech, wszyscy jakoś zgrzeszyli, jeżeli Jeden został ukrzyżowany za nas, wszyscy zostaliśmy odkupieni. Musimy mieć poczucie związku z całą ludzkością, i z Chrystusem, który jest Głową Kościoła, Głową nas wszystkich.

Teraz już, kiedy te rzeczy powiedzieliśmy, trzeba nam stanąć przed Bogiem w prawdzie całkowitej. Jesteście i święte, i grzeszne. Jesteście święte przez to, że w was działa Duch Święty. Dużo działa i On Jeden tylko wie, ile działa. Siostry w ogóle nie zdają sobie sprawy z tego, jakie jest działanie Ducha Św. w poszczególnych duszach. Jesteście na pewno święte, jeśli chcecie Boga kochać, jeśli chcecie Bogu służyć, ale równocześnie jesteście grzeszne, jesteście słabe, ułomne i stoicie przed Bogiem tak jak celnik, który widział swoją winę i swoją grzeszność. Dopiero wtedy człowiek ma prawo podnieść oczy do Boga, gdy widzi, ile Bogu zawdzięcza, i równocześnie widzi, jak bardzo jest niegodny dobroci Ojca Niebieskiego. Matka Najświętsza umiała dziękować Bogu za wszystko, co Jej uczynił. Wtedy można spokojnie stanąć oko w oko z Bogiem i zapomnieć o sobie i oddać całe serce swoje Bogu. Bóg jest blisko. Jednym aktem woli, jednym aktem miłości Siostry od razu mogą nawiązać kontakt z Bogiem, najlepszym Ojcem.

„A pokój Chrystusowy, do którego wezwani jesteście w jednym, ciele, niech panuje w sercach waszych, a wdzięczni bądźcie” (Kol 3, 15). Więc znowu – jesteście wezwane do pokoju, a nie do niepokoju. Wezwane jesteście w jednym ciele przez Boga indywidualnie. To Zgromadzenie, to dzieło, ta parafia — to jest ciało, w którym wy wezwane jesteście do pokoju Chrystusowego.
Jeśli będziecie miały żywą wiarę i prawdziwą miłość, to będziecie miały pokój Chrystusowy. Człowiek, który mocno wierzy w Boga i w sens wszystkiego co go spotyka, co przeżywa, wierzy w Opatrzność Bożą i zgadza się z wolą Bożą, przyjmuje wolę Bożą jakakolwiek by ona była — taki człowiek znajduje pokój.
„A wdzięczne bądźcie”, nigdy dosyć dziękczynienia. Mnie się zdaje, że Siostry powinny mieć poczucie tego, że mają za co Bogu dziękować. Są tacy ludzie, którym się ciągle wydaje, że ich życie jest tak pełne zła, że oni są tak źli, tak ciągle mają poczucie krzywdy z każdej strony, że im dziękczynienie nie może przejść przez usta. To jest niechrześcijańska postawa. Trzeba pokochać rzeczywistość, pokochać siebie, pokochać życie, pokochać to wszystko, co nas spotyka, ten dzień dzisiejszy, to wszystko, co Siostry od rana przeżywają, wszystko to przyjąć i dziękować Bogu. Tak jak Maryja, która na pewno Bogu dziękowała w chwili zwiastowania i pod krzyżem, i jak dziękuje w chwale niebieskiej.

Dziękczynienie sprawia, że człowiek w stosunku do Boga zajmuje chyba najlepszą sytuację, bo równocześnie uznaje, że od Boga wszystko otrzymuje i równocześnie godzi się z wolą Bożą, przyjmuje z ręki Bożej to, co go spotyka. I wreszcie, ten jakiś świat wdzięczności. Nie wiem nawet, jak to powiedzieć, nie da się powiedzieć, na czym to polega. Człowiek wdzięczny to ten, który potrafi uznać dobro, które otrzymał, to człowiek pokorny, skoro dziękuje za łaski, i ufny Bogu. Dlatego trzeba dzięki czynić ciągle. Pismo św. o tym przypomina, że Pan Jezus dzięki czynił, Apostołowie dzięki czynili, Siostry muszą także być wdzięczne.

„Słowo Chrystusowe niech mieszka w was” (Kol 3, 16). Słowo Chrystusowe, to jest słowo Boże, I ono mieszka rzeczywiście w sercach tych, którzy . Mu wierzą, którzy Go kochają. „Obficie niech mieszka, z wszelką mądrością nauczajcie i sami siebie napominajcie w psalmach i hymnach, i w pieśniach duchowych, w łasce śpiewając w sercach waszych Bogu. I wszystko, cokolwiek czynicie w słowie albo uczynku, wszystko w imię Pana Jezusa Chrystusa czyńcie” (Kol 3, 16-17). Nie ma sensu tego powtarzać, to trzeba po prostu przeczytać i wczuć się w to, wżyć. „Wszystko, cokolwiek czynicie w słowie albo w uczynku, wszystko w imię Pana Jezusa Chrystusa czyńcie”. Jeśli są takie słowa, które nie mogą się pogodzić z imieniem Pana Jezusa, których nie można powiedzieć w imię Jezusa Chrystusa, to są złe słowa, niegodne chrześcijanina. Trzeba je prędko wyrzucić ze serca i z ust.

Tak samo, cokolwiek czynicie, czyńcie w imię Jezusa Chrystusa, dziękując przez Niego Bogu Ojcu. Jeszcze raz powtarzam, przez Niego dziękując Bogu Ojcu. Widać, jak św. Pawłowi na tym zależy, żeby urobić Kolosan na ludzi wdzięcznych, którzy cieszą się, że są przez Boga wybrani, że są umiłowani, że są święci. Oni uwierzyli w to, że zostali odkupieni, i teraz pozostaje im tylko wdzięczność. „Dziękując przez Niego Bogu Ojcu”, oczywiście, przez Niego. Wszystko co Boga dotyczy, musi być przez Niego, przez Słowo Boże. Wszystko Bogu Ojcu przez Jezusa Chrystusa. Lekcja dzisiejsza jest nam bardzo pożyteczna, warto byłoby się w nią wczuć, po prostu uznać, że to są słowa dla każdego z nas przeznaczone przez Ducha Świętego. Bo to jest bardzo ważne, żeby uwierzyć, a nie przeczytać albo usłyszeć i powiedzieć sobie: To jest piękne albo nie piękne, i to wszystko. Nie. Chrześcijanin nie tylko czyta Pismo św., ale wie, że Pismo św. jest do niego skierowane, że to są słowa, które trzeba potraktować jako słowa Boga do mnie. Bóg do mnie tymi słowami mówi. Jeśli ja wierzę w Boga rzeczywiście, jeśli ja się liczę z Panem Bogiem, to muszę się liczyć ze słowem Bożym, zwłaszcza, jeśli mi to słowo podaje Kościół w imieniu Boga. Więc w tym dniu to właśnie słowo jest nam przez Boga podane.

Jeśli ważna jest dla nas lekcja, to także pożyteczna będzie i Ewangelia dzisiejsza (Mt 13, 24-30), którą Siostry tak dobrze znają, o tym człowieku, który zasiał dobre ziarno na roli swojej. Tak uczynił Pan Jezus z sercem Siostry, kiedy powołał Siostrę do zakonu zasiał dobre ziarno, zasiał dobre myśli, dobre natchnienia, powołanie, miłość, to wszystko rzucił na tę czarną ziemię serca Siostry, żeby rosło i owocowało w życiu zakonnym. Ale niestety, jakże często się zdarza, że w nocy przychodzi nieprzyjaciel i ten nieprzyjaciel pomiędzy dobre ziarna rzuca kąkol. Bo skąd by się mogły wziąć w najlepszych nawet ośrodkach, w klasztorach, wśród księży, w Kościele zawiści, kłótnie, zazdrości, plotki, obmowy, gdyby nie to, że nieprzyjaciel, nieprzyjazny człowiek je zasiał. Nieprzyjaciel przychodzi i sieje w nocy, potajemnie, kiedy nikt nie widzi, w sercach naszych sieje złe ziarno i kąkol zaczyna rosnąć.
Kiedy tak rośnie pszenica i kąkol, to wtedy zjawiają się ludzie, którzy w gwałtowny, brutalny sposób chcą poprawiać, wyrywać, deptać dusze ludzkie, deptać serca i rwać ten kąkol w sposób bezwzględny, zapominając, że rwąc kąkol, mogą także wyrwać i pszenicę — i zmarnować wszystko. Dlatego Pan Jezus daje dziwną naukę, dziwną wskazówkę. Powiada: „Dozwólcie róść obojgu aż do żniwa, a czasu żniwa powiem żeńcom: Zbierzcie pszenicę do spichrza, a kąkol rzućcie w ogień nieugaszony” (Mt 13, 30).

I o ile każdy człowiek musi bezwzględnie walczyć ze złym ziarnem szatańskim w swojej duszy, bardzo stanowczo, mocno, zdecydowanie starać się o czystość duszy, intencji, o tyle tam, gdzie chodzi o poprawianie drugiego człowieka trzeba zachować wielką delikatność, ostrożność, żeby wyrywając kąkol, nie wyrywać równocześnie pszenicy. W ogóle stosunek do duszy drugiego człowieka musi być ogromnie delikatny, bo to jest instrument Boży. Bardzo łatwe jest coś przestawić, coś przekręcić w duszy drugiego człowieka i w ten sposób coś zepsuć, zamiast poprawić. Dlatego trzeba pamiętać o belce i drzazdze, o której mówi Pan Jezus , i nie spieszyć się zbytnio z wyciąganiem drzazgi z oka bliźniego. Najpierw trzeba dobrze zobaczyć, czy w naszym własnym oku nie ma jakiej belki. Dlatego Pan Jezus mówi o przecedzaniu komara, a połykaniu wielbłąda. Nieraz tak łatwo chcemy w życiu drugiego człowieka usuwać najmniejsze niedoskonałości, które nam się wydają szkodliwe, a tymczasem sprawa może wyglądać całkiem inaczej. Chodzi mi o to, żeby mieć szacunek dla duszy drugiego człowieka. Oczywiście to nie znaczy, że nie trzeba walczyć ze złem, że trzeba tolerować czy pochwalać zło, zło trzeba nienawidzić, ale trzeba bardzo ostrożnie wkraczać w krąg życia drugiego człowieka, bo to jest gospodarka samego Boga. W swojej gospodarce można być bardzo stanowczym i można karczować, można walczyć, można bardzo śmiało wszystko poprawiać, bo sam jestem gospodarzem na swoim terenie, ale tam gdzie chodzi o sprawy drugiego człowieka, ocenianie go, posądzanie, poprawianie — trzeba mieć ogromną delikatność, wielki szacunek dla drugiego człowieka. Nie jest ważny mój sposób mówienia, ważne jest to, żebyście żyły tak, jak św. Paweł nakazuje, żebyście się poczuły wybrane, święte, żebyście miały odwagę, bo przecież jesteście święte nie swoją świętością, tylko świętością Bożą. Dlaczego kryć przed sobą tę rzeczywistość, która jest naszym największym szczęściem?

Jesteście święte, jesteście umiłowane przez Boga. Gdybyście w to nie chciały wierzyć, to przypomnijcie sobie krzyż, przypomnijcie sobie dzisiejszą Komunię świętą. Jesteście umiłowane. Macie się przyoblec, przyodziać w cierpliwość, w miłosierdzie, cichość, pokorę, w dobrotliwość. Macie jedne drugie znosić i odpuszczać sobie, jeśli która z was ma skargę przeciw komuś, jak Pan odpuścił, tak i wy macie odpuszczać, a nade wszystko macie mieć miłość, która jest więzią doskonałości. Oto jest program życia chrześcijańskiego, a tym bardziej program życia zakonnego, które jest niczym innym, jak decyzją tia konsekwentne chrześcijaństwo. Życie zakonne to nie inny rodzaj życia, ale to jest życie chrześcijańskie, połączone z tym nastawieniem, ażeby być chrześcijanką w pełni.

Ten program starajcie się realizować powoli, zwyczajnie, dzisiaj, jutro. Wyrzucajcie z serca to wszystko, co jakoś się sprzeciwia Duchowi Świętemu w duszach waszych. Amen.

Zapis audio rekolekcji ks. Aleksandra: cz.1
cz.2

 

Jest ogromną potrzebą naszych czasów i naszych dusz, by zbliżyć się do Pana Jezusa, do tego, co było wtedy, kiedy On był z ludźmi na ziemi, zanurzenie się bowiem w atmosferze tych pierwszych lat chrześcijaństwa nas odświeża.

Dwa tysiące lat. Jakoś sam ten czas izoluje, oddziela od żywości, autentyczności tego, co się stało wtedy, gdy Pan Jezus przyszedł na ziemię. I dlatego dzisiaj przyniosłem Siostrom Drugi List świętego Piotra Apostoła, który całkiem wyraźnie jest skierowany także do Sióstr. O ile św. Paweł swoje Listy kieruje do jakiejś określonej społeczności chrześcijańskiej, gminy, to św. Piotr pisze do całego chrześcijaństwa, do wszystkich, którzy uwierzyli w Chrystusa, więc na pewno i do was także.

Tak zaczyna swój List: „Szymon Piotr… ” – uroczyście, od swojego imienia, żeby nie było wątpliwości, kto pisze. Szymon – imię, które nosił od czasu obrzezania, i to drugie imię, które otrzymał bezpośrednio od Pana Jezusa. I kiedy zaczynamy czytanie tego Listu, to widzimy, że jego sama już forma literacka podkreśla, że ważnymi są ten, kto pisze, i ten, do kogo się pisze, a nie tylko sama treść Listu.

I my w ten sposób jego słów powinniśmy słuchać. „Szymon Piotr, sługa i apostoł Jezusa Chrystusa” miał prawo w ten sposób pisać, bo przecież chodził z Panem Jezusem, dzień w dzień towarzyszył Panu Jezusowi. Kiedyś, gdy płukał sieci nad morzem, przechodził tamtędy Pan Jezus, zobaczył go przy pracy i powiedział: „Pójdź za Mną” (por. Mt 4, 19). Zostawił więc sieci i całe swoje ubogie rybackie gospodarstwo i poszedł za Panem Jezusem. I później już tak wytrwale chodził z Panem Jezusem, był świadkiem cudu w swoim domu, służył Panu Jezusowi w Kafarnaum. Był tak blisko z Panem Jezusem związany, że to, co pisze, widział, słyszał, sam bezpośrednio przeżywał w kontakcie z Chrystusem.

Niech Siostry sobie przypomną, że w chwili przemienienia Szymon Piotr był na górze Tabor. Ten sam, który do nas pisze, miał odwagę powiedzieć Panu Jezusowi: „Panie, dobrze nam tu być, jeżeli chcesz, postawimy tu trzy namioty: Tobie jeden, Mojżeszowi jeden, i Eliaszowi jeden” (Mt 17, 4). Ten sam Szymon Piotr później zaparł się Pana Jezusa. Kiedy Pan Jezus był tak strasznie udręczony, zaprowadzony na podwórze arcykapłana, to wtedy właśnie Szymon Piotr przysięga, że nie zna Pana Jezusa, wypiera się Pana Jezusa. Taki nam się staje bliski ten Szymon Piotr, przez to, że jest ułomny. Później Pan Jezus będzie się go pytał: „Szymonie, synu Jony, czy ty Mnie kochasz?” (por. J 21, 15). Taka prosta jest ta scena: dwóch ludzi – Pan Jezus i apostoł, który się Go zapierał, a teraz po zmartwychwstaniu cieszy się, że może z Nim rozmawiać. „Czy ty miłujesz Mnie? Panie, Ty wiesz, że Cię miłuję”. Przecież to są rzeczy tak dla nas bliskie, my to samo ciągłe mówimy. „Paś owce moje”. – „Szymonie, synu Jony, czy miłujesz Mnie?” – „Panie, Ty wszystko wiesz, Ty wiesz, że Cię miłuję”. – „Paś owce moje”. – „Szymonie, synu Jony, czy miłujesz Mnie?” – i zasmucił się Piotr, że trzy razy się go Pan Jezus pyta, widzi w tym brak zaufania Pana Jezusa do niego, dlatego że się Go zaparł, zaklinał się, że Go nie zna.

Cóż mógł Piotr w tej chwili zrobić, jak mógł naprawić swoje zaparcie? Zrobił jedyną rzecz, którą mógł zrobić, i którą my możemy zrobić: powiada – „Panie, Ty wszystko wiesz, Ty wiesz, że Cię miłuję”. Bo nawet jeżeli ja nie wiem tego, czy miłuję, bo nie czuję, nie potrafię, ale jeżeli chcę, to znaczy że Cię miłuję. Ważniejsze jest, żeby Pan Jezus wiedział, że Go kochamy, niż żebyśmy my sami to wiedzieli. Bo przecież nie chodzi o nas, ale o Niego. A On wie, że Go kochacie, nawet wtedy, gdy się wam wydaje, że jesteście złe, że nie macie odrobiny miłości, On wie, że pod tym wszystkim, pod tą brudną pianą naszej słabości, naszych grzechów jest prawdziwa miłość. Tak jak wola Piotra cała była skierowana ku Panu Jezusowi, chociaż grzeszył, chociaż był tak ułomny, może razem z innymi spierał się o to pierwsze miejsce w Kościele, zapierał się Pana Jezusa, a mimo to Pan Jezus nie wątpił, że Go miłuje. A jeśli pytał to dlatego, że Pan Jezus lubi – jak św. Teresa powiedziała – żeby Mu mówić, że się Go kocha.

Św. Piotr kieruje żywe słowo do nas. Jemu przecież nie chodzi o tego czy tamtego chrześcijanina, ale o Kościół. Każdy z nas jest w Kościół wrośnięty, jest cząstką Kościoła. Te słowa św. Piotr kieruje do każdej z was, tak jak i do tych, którzy pierwsi otworzyli ten List gdzieś na zebraniu w gminie chrześcijańskiej. Zupełnie tak samo my dziś otwieramy ten List i czytamy go, to pismo namiestnika Chrystusowego. Nikt nie ma tak wielkiego prawa pisać W imieniu Pana Jezusa, jak on.

„Szymon Piotr, sługa i apostoł Jezusa Chrystusa” pisze do tych, którzy przez łaskę usprawiedliwienia, wysłużoną przez naszego Boga i Zbawiciela Jezusa Chrystusa, otrzymali tę samą co my, pewną wiarę. Otrzymali, wyraźnie nam to pokazuje św. Piotr. Nie nasza to zasługa, nie możemy się chlubić przed mahometanami czy kimś innym, że my ją mamy, a oni nie mają. Otrzymaliśmy ją przez łaskę usprawiedliwienia wysłużoną przez naszego Boga i Zbawiciela. Jest zdumiewające, jak św. Piotr śmiało mówi o bóstwie Pana Jezusa, przecież on tak dobrze znał człowieczeństwo Pana Jezusa, tak ciągle się stykał z Chrystusem Człowiekiem, z Nim jadł, pił, widział, jak był zmęczony, kiedy siedział w jego łodzi, patrzał na krzyż, bo na pewno musiał widzieć krzyż i ciało Pana Jezusa wiszące na krzyżu. Tak blisko był człowieczeństwa Pana Jezusa — a bez żadnego wahania mówi, że ta łaska jest nam wysłużona od Boga i Zbawiciela, Jezusa Chrystusa. Bo równocześnie widział chwałę przemienienia, był porażony straszliwym, radosnym, wielkim majestatem Pana Jezusa. Straszliwy musiał być ten majestat, kiedy Apostołowie padli w popłoch i bali się bardzo, ale musiał być i radosny, kiedy św. Piotr mówi: „Dobrze nam tu być” (Mt 17, 4). Chce pozostać, nie chce schodzić na dół, między ludzi, bo kiedy zobaczył majestat Boży, chce trwać w tej szczęśliwej obecności, w której jest równocześnie i wielkość, i jakaś radość ogromna.

My tak często zapominamy albo o jednym, albo o drugim. Albo Bóg przedstawia się nam tak wielki, tak wspaniały i tak straszny, że się Go boimy, albo tak podchodzimy do Niego, że zapominamy Kim On jest, zapominamy o Jego świętości, wielkości. I wtedy tracimy Boga, staje się On nam mały, jakiś słodki, niegodny wielkości swego majestatu. Św. Piotr przeżył w jednym momencie i jedno, i drugie. On miał prawo mówić, że Chrystus jest Bogiem. Może w czasie sądu Pana Jezusa słyszał, jak arcykapłan pytał: Powiedz nam, czy Ty jesteś Chrystus, Syn Boga Żywego? I Pan Jezus odpowiedział, że tak, jest Synem Bożym, i może widział arcykapłana, który rozdarł szaty i powiedział: zbluźnił, na cóż jeszcze potrzeba nam świadków, winien jest śmierci (por. Mk 14, 80-63).

Kiedy szalała straszna burza, św. Piotr może był właśnie tym najodważniejszym, który zbudził Pana Jezusa, wołając: Panie, ratuj, giniemy! Czy Cię to nic nie obchodzi? I zobaczył, jak Pan Jezus powstał i powiedział morzu: Milcz, zamilknij i od razu zrobiła się całkowita cisza. I może właśnie św. Piotr to mówił: Któż jest Ten, że i morze i wiatry są Mu posłuszne? (por. Mt 8, 23-27).

I dlatego, kiedy św. Piotr kieruje do nas swoje słowa, to one mają wagę czegoś naprawdę autentycznego, czegoś wielkiego, bo on był świadkiem Człowieczeństwa Chrystusowego i świadkiem Jego Majestatu, trzeba więc po prostu w to uwierzyć. Św. Piotr dalej pisze do nas. Przypominam, trzeba tak się nauczyć czytać Listy Apostolskie św. Pawła, św. Piotra i inne, aby brać je za słowa wprost do nas skierowane, nam potrzebne, nam konieczne. – „Niechaj obfita łaska i pokój staną się waszym udziałem.” Tak, jakby Apostoł widział to, że ciągle nam nie dostaje tej łaski, że ciągle chcielibyśmy więcej, że niespokojne bywają nasze dusze.

Dlatego więc tak pisze: „Niech łaska obfita i pokój staną się waszym udziałem, przez poznanie Boga i Jezusa Pana naszego.” Więc ta łaska i ten pokój staną się waszym udziałem, w miarę jak będziecie poznawały Boga, bo i św. Piotr znalazł łaskę i pokój, w miarę jak poznawał Boga i Jezusa Chrystusa Pana naszego. Oczywiście, to nie jest pokój, który świat daje, nie takiego pokoju św. Piotr spodziewał się i nie taki pokój otrzymał. To jest pokój głębi, jak Zawieyski napisał, a nie pokój powierzchowny — spokojne, łatwe, wygodne życie, za jakim ludzie dziś tak tęsknią i o jakie się dobijają.. Sam św. Piotr nie nazwałby tego pokojem, kiedy chodził z Panem Jezusem, kiedy ocierał się o Judasza, kiedy przeżywał wszystkie dramaty Pana Jezusa, a wiemy, jakie to były straszne, ciężkie chwile, kiedy wrzała dokoła Pana Jezusa i nienawiść, i zawiść, i miłość, i walka straszliwa, kiedy się czyta Ewangelię św. Jana, to się widzi, że to nie był pokój zewnętrzny. Jeśli Pan Jezus mówi: „Pokój zostawiam wam, pokój mój daję wam” (J 14, 27), to nie mówi o pokoju martwym, wygodnym, ale o pokoju, który płynie z głębokiej wiary, który leży na dnie duszy, nawet wtedy kiedy się wydaje, że wszystko się wali, ginie. Chyba taki pokój miał św. Piotr, kiedy zgrzeszył. I chyba ten pokój pozwolił św. Piotrowi tak spokojnie odpowiedzieć Panu Jezusowi, kiedy pytał, czy Go miłuje.

I potem, po odejściu Pana Jezusa św. Piotr nie miał łatwego życia. Wiecie, czym musiało być dla ubogiego rybaka z Galilei z narodu żydowskiego, który był tak lekceważony i pogardzany przez Rzymian, znaleźć się w Rzymie, w tym olbrzymim mieście jako głowa, kierownik rozrastającego się w szybkim tempie Kościoła. Jak ciężkie musiało być poczucie odpowiedzialności za tych ludzi, którym mówił o Panu Jezusie, którzy przyjmowali wiarę, a w najbliższej konsekwencji czekała ich bardzo często męka. O ile łatwiej mnie jest mówić o Panu Jezusie! Gdyby mi Bóg dał łaskę kogoś nawrócić, to ja wiem, że gdy uwierzy to będzie szczęśliwy, to mu da szczęście. A o ile trudniej musiało być św. Piotrowi mówić o Panu Jezusie, jeżeli wiedział, że przyjęcie jego słów może się często równać wyrokowi śmierci na tego człowieka. W takich warunkach szerzyła się Ewangelia w Rzymie za czasów Nerona. Mówi tradycja, że św. Piotr był już tak obolały wskutek rozpamiętywania swoich grzechów, że miał na twarzy bruzdy wyryte przez łzy. I ten właśnie człowiek pisze do Sióstr: „Niechaj łaska obfita i pokój staną się waszym udziałem”. Siostry już rozumieją, o jakim pokoju św. Piotr może mówić. Na pewno nie o to mu chodzi, żeby się Siostry nie męczyły, nie były udręczone, nie cierpiały, nie — mówi o pokoju, który płynie z wiary w moc Bożą, w to, że Bóg wszystkim kieruje, i że to wszystko, co nas spotyka, jest potrzebne, jest drogą do Boga. Wiecie, jak skończyło się życie świętego Piotra — został ukrzyżowany tak, jak Pan Jezus, został sponiewierany do końca swojej ludzkiej godności, do krzyża przybity, konał w hańbie na krzyżu. Do końca szedł tą samą drogą, co Pan Jezus. Ten człowiek kieruje dzisiaj do nas słowa: „Jego moc Boża obdarzyła nas tym wszystkim, co do życia i pobożności należy”. Zważcie, zwróćcie na to uwagę, że Boska moc Pana Jezusa udzieliła tego wszystkiego, co wiedzie do życia i do pobożności. Czego wam jeszcze brakuje? Macie chrzest, jesteście odkupione przez Krew Pana Jezusa, która polała się na was w czasie chrztu. Macie sakrament bierzmowania, który wam daje moc i siłę Ducha Świętego. Macie sakrament pokuty, w którym możecie się ciągle na nowo obmywać z waszych win i grzechów. Macie Komunię świętą Mszę świętą, w której możecie ciągle na nowo spotykać się z Panem Jezusem i nawiązywać najbardziej osobisty, wewnętrzny kontakt. Macie Kościół św., macie kapłanów, macie zakon, macie wszystko. Bóg daje wam wszystko w nadmiarze, wszystko, co jest potrzebne do życia i pobożności, jak mówi św. Piotr, tego, żebyście żyły życiem nadprzyrodzonym, życiem łaski, tak jak żył św. Piotr, jak żyli pierwsi chrześcijanie. Żebyście były pobożne w sensie istotnym, to znaczy oddane Bogu we wszystkim, co robicie. Jeżeli tak nie jest o żałujcie i nawróćcie się. Sprawa jest ogromnie prosta w świetle tych słów św. Piotra: „Jego moc Boża obdarzyła nas tym wszystkim, co do życia i pobożności należy”. Jego Boska moc sprawiła to, dając nam poznać Tego, który nas powołał w majestacie swojej mocy. Czy Siostry nie mogą poznać majestatu i mocy Pana Jezusa? Przecież Pismo św. przerzuca pomost przez te dwa tysiące lat. Przecież ten List tak samo, jak miał w katakumbach Rzymianin, przy lampce oliwnej wypatrując litery, może krzywo napisane, tak samo my dziś mamy w ręku, List tego samego człowieka, ucznia Pana Jezusa. Majestat zaś Jego i moc dały nam nieocenione i wielkie dobra przyrzeczone. Św. Piotr jasno sobie zdaje z tego sprawę, bo miał poczucie mocy i majestatu Bożego. A my tak często popadamy w zniechęcenie, w ociężałość w życiu wewnętrznym, tak jakbyśmy zapomnieli, cośmy otrzymali będąc chrześcijanami, coście wy otrzymały, otrzymując powołanie zakonne. Jak człowiek się do czegoś przyzwyczaił, to przestaje te rzeczy zauważać, a to jest błąd. Trzeba pamiętać, że majestat i moc Boga obdarowały was ponad wszelką miarę.

Naprzód was Bóg stworzył, dał istnienie, potem was uświęcił, tak że jesteście żywymi, prawdziwymi świątyniami Ducha Świętego. Czemu nie chcecie w to wierzyć, kiedy to jest rzeczywistość? Dlaczego tak jesteście zapatrzone w swoje grzechy, że Boga w sobie widzieć nie chcecie? Cóż mógł uczynić więcej Bóg ze swoim stworzeniem, jak uczynić je swoją świątynią, zamieszkać w jego duszy, w jego sercu, być życiem jego życia, światłem jego światłości. „Albowiem uczynił mi wielkie rzeczy” (Łk 1, 49) i ciągle czyni, tylko trzeba uwierzyć, wyjść z tego naturalizmu, z ciągłego nurzania się w sobie i patrzenia świeckim okiem na życie. Albo jesteśmy chrześcijanami albo zostawmy wszystko i pójdźmy sobie gdzie indziej. Ale jeżeli jesteśmy chrześcijanami, to przestańmy patrzeć na każdą rzecz w życiu tak, jak nieraz patrzy człowiek świecki, który widzi tylko materialną stronę życia, wygodę lub niewygodę, pretensje do tego lub tamtego, wszystko mu się układa w kształt rzeczy czysto przyrodzonych, naturalnych, jak gdyby nie miał Boga w sercu, jak gdyby Bogiem nie żył.

Trzeba czytać i wczytywać się, i pamiętać, że rzeczywistość, którą nam niosą Apostołowie, jest dla nas sprawą najważniejszą. Będąc zakonnicami, nie żyjcie tak, jak poganie, bo jest straszną szkodą, jeżeli zakonnica zapomina o tym wszystkim, co się dzieje w jej duszy. Gdy się czyta Listy Apostołów, to człowiek podziwia ich swobodę i śmiałość mówienia o tym, jakie to cuda Bóg czyni w ich duszach. Przecież św. Paweł, św. Piotr byli grzeszni. Wiemy, że nawet ci wielcy Apostołowie mieli ze sobą spory, tak jak i wy nieraz ze sobą się spieracie, tak i oni się spierali, a równocześnie mieli świadomość, że Bóg w nich działa, że te wielkie rzeczy Boże są rzeczywiście w ich duszach. „Moc Boża obdarzyła nas, otrzymaliśmy największe i najcenniejsze obietnice”. I dalej pisze Piotr zdanie wstrząsające w swojej treści, a on je wypowiada z największą swobodą i prostotą. „Abyście stali się uczestnikami Bożej natury”. Tak, celem tych łask, tego wszystkiego, co wam Bóg dał, w takiej ogromnej obfitości (byłoby straszliwą krzywdą, gdybyście za nie nie dziękowały) jest wasze uczestnictwo, udział w naturze Bożej. Siostry wiedzą, co to jest natura. Natura to jest to, czym ktoś jest. Uczestnictwo w naturze Bożej, to jest uczestnictwo w życiu Bożym, to jest jakieś przedziwne zjednoczenie. Na to Bóg stał się Człowiekiem, żeby Siostra mogła stać się uczestnikiem Jego życia. Oczywiście, tej największej rzeczywistości my w tej chwili nie widzimy ani okiem, ani wyobraźnią, to jest tajemnica zasłonięta wiarą, ale to jest Rzeczywistość nie mniej prawdziwa, albo jeszcze bardziej prawdziwa niż ta, którą oczami oglądać możemy.

Siostry są uczestnikami natury Bożej, tego wielkiego, niepojętego Boga, tej Światłości, która jest niewypowiedziana, tej Mocy, która z nicości świat wyprowadza. Przez miłość, przez łaskę jesteście w Nim tak pogrążone, jak skowronek, który tak wysoko poleci, aż się zgubi w błękicie. Jesteście z Nim tak zjednoczone i tak w Nim pogrążone jak kropla wody, która się rozpłynie w winie. Bo miłość w miłości się roztapia. Jeśli macie miłość i chcecie kochać, I oddajecie tę waszą ludzką miłość Miłości Nieskończonej, to już nie ma dwóch miłości, jest jedna miłość, a Bóg jest miłością, dlatego dokonuje się zjednoczenie, które będzie naszym największym szczęściem. To wszystko są słowa wzięte z tej ziemi, zupełnie nieadekwatne, nieodpowiednie do tego, żeby mówić o tych rzeczach, ale ta cała treść nieskończona mieści się w tym prostym zdaniu świętego Piotra Apostoła. Jakie objawienie, jakie łaski Ducha Świętego. musiał mieć ten rybak z Galilei, ten prosty człowiek, żeby takie zdanie powiedzieć: „Abyście stali się uczestnikami Bożej natury”.

Siostry wiedzą, że w Bogu jest tylko jedna natura, jeden jest Bóg, całkowicie i absolutnie jeden.

Co to jest natura? A co to jest osoba? Osoba, to ten, kto jest. Natura to, czym kto jest. Chodzi o rozróżnienie pomiędzy tym, czym coś jest, a tym, kto tym czymś jest. Kiedy uczestniczycie w naturze Boga, to uczestniczycie w jednej, jedynej, wiecznej, nieskończonej naturze Ojca, w tej samej naturze Syna i tej samej naturze Bucha Świętego. W tej naturze o której mówi św. Jan, że jest miłością jedną, jedyną miłością i Ojca, i Syna, i Ducha Świętego, i mądrością, i wszechmocą. Widzicie jaki jest sens chrześcijaństwa. Św. Piotr, który tak blisko był Pana Jezusa, mówi o tym w sposób prosty, bo on tym żyje, to była sprawa najważniejsza dla pierwszych chrześcijan, a musi się stać najważniejsza i dla nas. Ważniejsza niż wszystkie codzienne troski, zmartwienia, spory, nieporozumienia, wygody, habity, i inne sprawy. Wszystkie te sprawy stają się nieważne, gdy człowiek okiem wiary spojrzy na swoje życie nadprzyrodzone.

Ale św. Piotr tak kończy jeszcze swoje zdanie: „Abyście stali się uczestnikami Bożej natury wystrzegając się nawet skazy pożądliwości, która jest na świecie”. To zjednoczenie z naturą Boską, uczestnictwo w naturze Boskiej osiągniecie w miarę, jak będziecie się odrywały od zepsucia, od pożądliwości tego świata. Bo dwa są kierunki miłości, do stworzenia — w sposób nieuporządkowany, i do Boga, albo może inaczej: miłość siebie ponad Boga i miłość Boga ponad siebie. To są dwa bieguny, między którymi człowiek ciągle się szarpie. Za każdym razem, kiedy grzeszycie, kochacie więcej siebie niż Boga; dzieje się rzecz straszna, bo zrywacie w jakiś sposób, a przynajmniej oddalacie się od zjednoczenia z Bogiem. Za każdym razem, kiedy zwracacie się do Boga pokornie, kiedy chcecie Boga kochać więcej niż siebie — wyzwalacie się tak, jak ptak który wyrywa się z sideł. Człowiek, który odchodzi od pożądliwości, od zepsucia, szukania swoich przyjemności, dbania o swoją wygodę a szuka Boga, podobny jest do człowieka, który wychodzi z więzienia, do skazańca, który zrywa kajdany.

Musi się coś w waszym życiu dokonać, tak jak dokonało się w życiu świętego Piotra. On miał prawo tak pisać, bo jego to drogo kosztowało, i Siostry musi to drogo kosztować, na to nie ma żadnej rady, bo wielka jest cena uczestniczenia w naturze Bożej. Nie można się łudzić, że tanim kosztem można być chrześcijaninem, zakonnikiem, uczestnikiem życia Bożego. Trzeba dać wszystko. Jeśliby kto miał jakie wątpliwości, niech się dobrze wpatrzy w krzyż, tam jest to wypisane biczami, ranami na ciele Zbawiciela. Ale Chrystus nie żałował krwi, nie żałował męki, bo rozumiał, że najstraszliwsza męka tutaj na ziemi jest niczym, w porównaniu z tym, czym jest uczestnictwo w życiu Bożym, w naturze Boga samego. I po to przyszedł, aby nam to pokazać, żebyśmy zrozumieli, że to jest sprawa najważniejsza. Jeśli może wam trudno w to uwierzyć, co mówimy, to bierzcie Listy Apostolskie i czytajcie je, zwyczajnie, jako coś, co jest wprost do was skierowane. Zobaczycie, jaka tam jest głęboka prawda, ile tam jest światła i blasku. Nauczycie się wtedy dziękować Bogu. Musicie więcej się cieszyć tym, czym jesteście, do czego was Bóg powołał, niż martwić się swoimi grzechami popełnianymi z ułomności. Byłybyście złośliwe, zuchwałe w stosunku do Boga, bezczelne, jeśli tak można powiedzieć gdybyście sobie lekceważyły i nie dbały o to, czego Bóg naucza, nie dbały o miłość bliźniego, a uważały, że posiadacie miłość do Boga. Byłoby wtenczas coś strasznego w Kościele. Bo powierzchownie może być nawet wszystko ładnie i gładko, można być uprzejmym, może się człowiek kryć pod jakieś pozory, ale jeżeli serce do końca nie zostanie przetrawione przez łaskę, przez miłość, przez żal, przez skruchę, przez głębokie upokorzenie się przed Bogiem, to kontakt z drugim człowiekiem zawsze będzie sztuczny, powierzchowny, nigdy nie będzie jedności, do której musi doprowadzić prawdziwa miłość, zjednoczenie w naturze Bożej. Przecież w ten sposób my się stajemy jednością, jak Ojciec, Syn i Duch Św. są jednością w jednej naturze, tak i my przez uczestnictwo w jednej naturze Bożej stajemy się jednością. Nie może to być jedność tego rodzaju, jaka się zdarza wśród ludzi na świecie, którzy umieją zachować pozory uprzejmości, a w głębi serca są podzieleni jak tylko mogą najgłębiej. Nie taka ma być jedność chrześcijańska. Trzeba zrzucić wszystko, co pozorne, powierzchowne, aby uleczyć samo dno duszy. Trzeba by dusza była całkowicie zwrócona do Boga, by mogło się dokonać spotkanie w doskonałej jedności.

Jest ogromna suma dobra w Zgromadzeniu, w Laskach, w tym wkładzie codziennym, który wnosicie wszyscy, i Przełożona, i podwładne Siostry, pracujące w polu, w pralni, w ogrodzie, w internatach i uczące dzieci, i ci świeccy, którzy pracują w biurach, i niewidomi, którzy się uczą. Jest jakaś olbrzymia suma dobrej woli pełnienia Woli Bożej, pełnienia tego, co jest dobre — i to posiada ogromną wartość, którą codziennie niesie całe Zgromadzenie. Cała ta jedność, to Ciało Chrystusowe, którym jest ta część Kościoła, a raczej Kościół, bo Kościół Chrystusowy nie dzieli się na kawałki, składa codziennie Bogu ofiarę we Mszy świętej. Kiedy kapłan podnosi patenę i ofiarowuje Bogu, nie tylko kapłan, ale Kościół, ta społeczność obecna na Mszy świętej , tę olbrzymią sumę dobra, to w ten sposób uczestniczy w Dobru Bożym, jednoczy się z Bogiem przez miłość, jak mówiliśmy, uczestniczymy w naturze Bożej.

Na tym tle okazuje się, jak bardzo zły jest grzech. Jeśli Siostra wadzi się z drugą Siostrą i wina jest po stronie Siostry, choć czasem może tak być, że ktoś ma do Siostry żal nieuzasadniony, no to wtedy trzeba to znosić, nie przejmować się i prosić Boga, aby ułatwił tamtej duszy zobaczenie prawdy, ale jeśli jest taka sytuacja, że nie kto inny jest winny, tylko Siostra, to znaczy, że zrobiła coś złego, powiedziała złe słowo, przykre, złośliwe, obojętne słowo, bo obojętne słowo razi nieraz głębiej niż słowo wprost niechętne, okazała brak miłości — to wtedy psuje się to olbrzymie dobro, jakim jest życie Boże. Więc nie w chmurach trzeba szukać Boga i zjednoczenia z naturą Bożą, ale w konkrecie codziennego dnia: w kuchni, w refektarzu, w pralni, w szkole, na ulicy, w autobusie, w rozmowie z przełożoną, w rozmowie z podwładną, wszędzie trzeba szukać jedności, uczestniczenia w naturze Bożej przez miłość. Nie możemy uczestniczyć inaczej w miłości, jak przez miłość. I dlatego nie w chmurach, ale w bardzo praktycznym konkrecie codziennego dnia realizuje się to, co św. Piotr nam mówi.

W następnym zdaniu św. Piotr tak powiada: „Dokładajcie wszelkich starań, abyście wiarę waszą ugruntowali na cnocie, a cnotę na umiejętności”. Napomina ten, który mówi w imieniu Pana Jezusa, św. Piotr Apostoł. Dołóżcie więc starań, nie żałujcie wysiłku, nie oszczędzajcie się i sprawcie, aby wasza wiara okazywała się w cnocie, żeby to nie była wiara zawieszona w abstrakcji, w chmurach, bo taka wiara będzie nieskuteczna, martwa. „Wiara bez uczynków martwa jest” (Jk 2, 17). Ale żeby w wierze okazywała się dzielność moralna, cnota, chęć walki o dobro, o poprawę, przemianę, w cnocie zaś umiejętność, żeby dzielność nie była bezmyślną. Bo można mieć cnotę bezmyślną, np. męstwo czy odwagę można mieć nieuporządkowane, niepokierowane; cnotę opierajcie na umiejętności, mądrości, gdyż tak trzeba życiem kierować, żeby Boga osiągnąć.

W umiejętności niech będzie opanowanie. Św. Piotr jakby znał nasze życie, znał je zresztą, był między ludźmi, którzy byli tacy jacy i my jesteśmy. Tak nam brakuje opanowania, zwyczajnego panowania nad nerwami, nad językiem. W opanowaniu cierpliwość. Tacy jesteśmy często niecierpliwi, tak nam trudno znosić jakąś sytuację zawikłaną, trudną, czyjąś niechęć, swoje cierpienia. A św. Piotr mówi: niech się przejawia wasza cierpliwość, a w cierpliwości — pobożność. Tak pomału św. Piotr idzie, zanim dojdzie do spraw najważniejszych. W cierpliwości pobożność, w pobożności braterska miłość, tych rzeczy nie można rozdzielać, bo powstaje kłamstwo, faryzeizm, nieprawda, jeśli ktoś jest pobożny, uważa siebie za pobożnego, a nie ma serca dla drugiego człowieka. Wszystko to musi być złączone w jedną całość wewnętrzną. W miłości braterskiej miłość Boga. I tak św. Piotr doprowadza do celu ostatecznego, którym jest miłość Boga, ale rozpoczyna od wiary, od początku, kiedyśmy uwierzyli, kiedyśmy weszli na drogę Chrystusową, zostali uświęceni i wprowadzeni w życie chrześcijańskie, do Boga trzeba iść przez to wszystko. Poprzez wysiłki, poprzez cierpliwość, pobożność, miłość braterską dopiero wtedy, jako rezultat, przychodzi osiągnięcie przez miłość braterską miłości Boga. A miłość Boga to nie jest nic innego, jak uczestnictwo w naturze Bożej, zjednoczenie z Bogiem.

Trzeba sobie dobrze uprzytomnić, że nie ma innego zjednoczenia z Bogiem, jak tylko przez miłość. „Jeśliby kto mówił, że kocha Boga, a brata miałby w nienawiści, ten jest kłamcą” (1 J 4, 20). Ale jeżeli kocha brata swojego naprawdę, szczerze, to musi kochać Boga, bo to jest ze sobą ściśle związane. Jeśli posiądziecie te cnoty, jeśli one będą w was wzrastać, to sprawią, że zapał wasz się spotęguje, a dobre uczynki się pomnożą i przywiodą was do głębszego poznania Pana naszego Jezusa Chrystusa. Jeśli wejdziecie na tę drogę z dzielnością moralną, nieoszczędzaniem siebie, to wtedy zapał wasz się spotęguje (nie osłabnie, nie trzeba się lękać), a dobre uczynki się pomnożą, bo one mają to do siebie, że są jak ziarna. Jak się sieje dobro, to rośnie jeszcze więcej dobra i to dobro się potęguje, a jak się unika dobra, to wszystko ginie. Tak jak z jednego ziarna, gdy się je rzuca do ziemi, wyrasta cały kłos, tak każdy dobry uczynek jakoś się procentuje w duszy człowieka, jakoś się mnoży. Dobro się rozrasta, rozlewa się, rozchodzi, obejmuje coraz szersze kręgi i w ten sposób dusza ludzka coraz bardziej łączy się z Bogiem, i to prowadzi do głębszego poznania Pana naszego Jezusa Chrystusa. Kto chce poznać Pana Jezusa, musi iść tą drogą. Nam się wydaje, że wystarczy przeczytać Ricciottiego, Ewangelie, żeby poznać Pana Jezusa, a ze słów św. Piotra wynika, że drogą do poznania Pana Jezusa, jest droga dobrych uczynków, dobrego życia. Im będziecie lepsze, im będziecie świętsze, tym będziecie lepiej znały Pana Jezusa, będziecie bardziej z Nim związane, złączone. Kto nie ma dobrych uczynków, ten jest ślepy duchowo, kto się nie stara, żeby być dobrym, pracować nad szerzeniem miłości, ten jest zgoła niewidomy w sprawach duchowych, on w ogóle nie rozumie sensu życia chrześcijańskiego. „Starajcie się, żeby zapewnić sobie przez dobre uczynki wezwanie i wybranie wasze”. Trzeba utrwalać ten dar, któryśmy od Boga otrzymali, jeśli tak postępować będziecie, nie potkniecie się nigdy, w ten sposób dostąpicie bogatej zapłaty przez wejście do wiecznego Królestwa Pana naszego i Zbawiciela Jezusa Chrystusa. To nie chodzi o uprawianie rzeczy interesownych. My chcemy dostać się do nieba i dlatego mamy być dobrzy. My chcemy Boga. Dla nas niebo – to Bóg. My nie możemy żyć bez Boga. Nam Bóg jest potrzebny i dlatego musimy czynić dobro, że kochamy Boga więcej niż siebie. Kochać Boga – to znaczy ciążyć ku Bogu – to nie problem interesowności. Inna rzecz, że w miłości jest największe szczęście, bo człowiek jest dla miłości stworzony, a jeżeli ktoś działa zgodnie ze swoją naturą – to działa doskonale. Jeżeli jesteśmy stworzeni po to, żeby kochać, i kochamy Największe Dobro, co nam daje największe szczęście, to jednak celem naszym nie jest szczęście, ale Bóg, i cel ten trzeba osiągnąć w jak największej pełni. W ten sposób dostąpicie bogatej zapłaty wejścia do wiecznego Królestwa Pana naszego i Zbawiciela Jezusa Chrystusa. Za mało myślimy o tym, że istnieje wieczne Królestwo Pana Jezusa. Często jesteśmy tak zapędzeni, zagłębieni w ziemskie sprawy, zaorani, że zapominamy o tym, że tu na ziemi jest królestwo czasowe, przejściowe, tu jest tylko droga, a Tam jest niekończące się, pełne chwały, pełne radości Królestwo naszego Pana. Św. Piotr postępuje podobnie jak i każdy z nas, gdy nieraz powtarza to samo. Piotr powiada: „Winienem wam często przypominać te rzeczy, choć znacie już je i utwierdzeni jesteście w prawdzie”. Nie wystarczy znać i być umocnionym w prawdzie, trzeba sobie na nowo ciągle przypominać. „Uważam, że jest moim obowiązkiem, dopóki przebywam w tym przybytku, przypominaniem utrzymywać was w czujności”. Widać, że św. Piotr wie, że jest już u schyłku swego ziemskiego życia: „Wkrótce opuszczę mój przybytek, jak Pan nasz Jezus Chrystus mi oznajmił”.

Patrzcie, jaka wiara, jakie życie nadprzyrodzone. Jak blisko ten człowiek obcuje z Bogiem, z Chrystusem Panem, i z tego miejsca do nas mówi, już się spodziewa śmierci, już wie, bo mu Chrystus objawił i w takiej chwili jeszcze napomina, przypomina i prosi, żeby żyć w ten sposób, bo to jest życie chrześcijańskie. „Lecz starać się będę, żebyście po odejściu moim mogli często przypominać sobie te rzeczy”. Najlepszy dowód jego starania, to ten, że dzisiaj, po dwóch tysiącach lat, w każdej chwili możemy sobie te rzeczy przypominać, uprzytomniać, nie po to, aby tylko o nich pomyśleć, ale żeby je realizować. I tu dochodzę do tego punktu, który się boleśnie odczuwa, tj. do jakiejś przepaści między słowem a czynem.

I co z tego, że św. Piotr napisał, co z tego, że ja przeczytałem, jeśliby to nie miało znaleźć oddźwięku w konkretnych sytuacjach w życiu poszczególnych Sióstr, jeśliby to nie wpłynęło na to, że Siostra w momencie zniecierpliwienia zapanuje nad sobą i powie: Deo gratias – Niech będzie tak. Jeżeli to nie wpłynie na to, by Siostra, która z powodu przeciążenia pracą nie mogła odprawić ćwiczeń duchownych, może wcale Mszy św. nie miała, powiedziała po prostu: Dzięki Ci, Boże, i za to, jeśli taka jest wola Twoja.

Co będzie z tych wszystkich słów, jeśli Siostra w chwili niechęci, zazdrości w stosunku do drugiej Siostry nie opanuje tego, ale przeciwnie, zacznie coś tam mówić nieprzychylnie, obmawiać, opowiadać, donosić. To będzie znaczyć, że słowo zawisło w powietrzu i nie wydało owocu. To jest ból słowa, które było siane.

A niestety, w każdym środowisku może ono upaść i na ziemię dobrą, i na rolę, i między ciernie, i na drogę, i na skały, bo, przecież Siostry nie są inaczej skonstruowane, zbudowane wewnętrznie niż każdy inny człowiek. Przypowieść o siewcy i o ziarnie, które jest siane, odnosi się do wszystkich, i do księży, i do zakonnic też. Nieraz trudno temu słowu przeniknąć przez warstwy przyzwyczajenia, skamienienia, które nagromadzają się nieraz w naszych duszach. Cóż wtedy zrobić? Potrzebna jest skrucha, nawrócenie wewnętrzne. Ale jak to zrobić? Zwrócić się do Boga i błagać na kolanach, ze łzami: „Panie, daj, żeby to słowo, któreś Ty mówił, a Apostołowie powtarzali, dotarło nie tylko do mojej świadomości, ale i do mego czynu, do praktyki mojego życia, żeby przestało być teorią, którą uznaję, a stało się programem mojego życia”. Bo to i od nas zależy. My tak łatwo mówimy: Nie mogę się zdobyć. – Właśnie, że mogę. To jest największy ból, że mogę, a nie chcę. I dlatego tak autentyczne, ‚tak żywe słowo, jak to, które otrzymujemy od Apostołów: świętego Piotra, świętego Pawła, może być zmarnowane.

Radzę wam, Siostry, módlcie się do Boga gorąco o przemianę serc. Módlcie się, aby to co mówimy o miłości, o tym, że miłość buduje Kościół, a złość rujnuje, stało się dla was sprawą najważniejszą. Niech będzie między wami miłość, nie dokuczajcie sobie wzajemnie. Niech będzie w waszej pracy zgoda, ustępliwość. Nie bądźcie uparte przy swoim zdaniu, to nie znaczy, że mam się zgodzić, iż dwa razy dwa to pięć, nie o to chodzi, czasem trzeba powiedzieć sobie, że chociaż mam słuszność, mam rację, to lepiej będzie, gdy ustąpię. Pozwólmy łasce Chrystusowej wniknąć aż do głębi naszego serca. Jeżeli ktoś błądzi, to oczywiście, jak mówi Ewangelia, trzeba starać się go upomnieć, trzeba starać się mu pomóc do dobrego, ale, jak mówiłem i trzeba to robić bardzo ostrożnie, delikatnie. Jeśli nie pomaga żadne upomnienie, żadna prośba, a sprawa jest poważna, naprawdę szkodliwa, to wtedy trzeba powiedzieć: „Moja Droga, chcę ci pomóc, a nie mogę, dlatego chcę donieść Kościołowi — tzn. powiedzieć przełożonym”, ale to jest ostateczność, to jest szukanie interwencji z zewnątrz, przede wszystkim trzeba działać przez miłość. Jak będziecie kochać, to nie będzie potrzeba żadnych nadzwyczajnych środków, żeby to dzieło wasze kwitło, rozwijało się i dawało co raz więcej dobra. I tak szerzy bardzo dużo dobra, właśnie dlatego, że tak dużo jest miłości, pracy i cierpienia w życiu Sióstr i Niewidomych.

Chciałbym, aby słowa św. Piotra, o których mówiliśmy, pomogły wam zrozumieć, że pomiędzy rzeczywistym zjednoczeniem z Bogiem, tym pełnym zjednoczeniem, które polega na uczestnictwie w naturze Boga samego, a konkretnym życiem dzisiaj, jutro, pojutrze jest ścisły związek. Właśnie w tych sprawach codziennych: mojej pracy, mojej modlitwy, mojego cierpienia dokonuje się zjednoczenie z Bogiem. I dlatego wszystko trzeba sobie cenić.

Każda rzecz, w której się niesie promień miłości, jest przez Boga samego uświęcona i dlatego bądźcie odważne, Siostry, nie lękajcie się ani ofiary, ani cierpienia, ani miłości, bo to jest właśnie droga do naszego celu ostatecznego, do Boga i Pana naszego, Jezusa Chrystusa.

Zapis audio rekolekcji ks. Aleksandra

 

Św. Piotr napisał dwa Listy, które się zachowały i weszły do Ksiąg Pisma świętego. Pierwszy List zaczyna w ten sposób:
„Piotr, apostoł Jezusa Chrystusa, do przychodniów rozproszenia Pontu, Galacji, Kapadocji, Azji i Bitynii” do tych, którzy mieszkają rozsiani po świecie. – Tak jak zboże rozsiewa się po polu, tak samo zostali rozsiani chrześcijanie – ale są oni jednym chlebem. Jak mówi pismo starochrześcijańskie „Nauką Dwunastu Apostołów”, ten jeden chleb rozsiany jest na różnych wzgórzach, po różnych miastach. Mógłby jeszcze św. Piotr dodać: Do tych, którzy zostali rozsiani przez Pana Boga po całym świecie, lecz nie mają trwałego mieszkania, dlatego że wybrani zostali według przeznaczenia Boga Ojca. „Wybranym według przejrzenia Boga Ojca ku uświęceniu Ducha, ku posłuszeństwu i pokropieniu krwią Jezusa Chrystusa.” Jak się to świetnie do nas odnosi, musi się do nas odnosić, bo to jest do nas pisane. Komu mamy być posłuszni? Jesteśmy wybrani przez Boga Ojca, zostaliśmy ochrzczeni, zostaliśmy pokropieni krwią Pana Jezusa i ciągle się w tej krwi zanurzamy na nowo i chcemy Mu być posłuszni.

Św. Piotr zna dusze ludzkie i wie, że istnieje różnica między tym, czym człowiek chce być, a tym, czym jest. I tutaj mamy podobieństwo do słów św. Pawła: „Nie czynię bowiem dobra, którego chcę, ale czynię to zło, którego nie chcę” (Hz 7, 19). Jesteśmy rzeczywiście przez Boga przeznaczeni, przez Ducha Świętego uświęceni, krwią Jezusa pokropieni – chcemy Mu być posłuszni.

W to wybranie Boże trzeba uwierzyć w sensie pozytywnym, nie negatywnym. Nie chodzi o to, że są inni, którzy nie są wybrani, to jest tajemnica. Nie chodzi o problem tych, którzy mogliby być wybrani. Nas obchodzi to, że my jesteśmy wybrani. I z całkowitą śmiałością i pewnością mamy prawo i obowiązek wierzyć w to, że Ojciec Niebieski każdą z Sióstr osobno wybrał, ukochał, krwią Pana Jezusa uświęcił i Ducha Świętego posyła do Siostry tak, jakby Siostra była sama na świecie, bo Siostra jest wybrana, i w to trzeba uwierzyć.

Jeżeli nie będziemy wierzyć w podstawowe chrześcijańskie prawdy, to jakże będziemy mogli żyć po chrześcijańsku? Więc uwierzyć trzeba, że między Bogiem Wszechmocnym, Stworzycielem, a Siostrą zachodzi relacja, stosunek tego właśnie rodzaju. Jeśli chcemy żyć tak, jak żyli pierwsi chrześcijanie w klimacie żywej wiary, to trzeba koniecznie w to uwierzyć. Jesteście wybrane, uświęcone, Duch Święty, Bóg mieszka w sercach waszych, jesteście zanurzone w krwi Pana Jezusa, dlatego że chcecie Mu być posłuszne, chcecie spełniać Jego wolę.

„Łaska i pokój niech się w was pomnaża”. Słowa Kościoła świętego, słowa świętego Piotra, to nie prywatne słowa Apostoła, ale to są słowa Ducha Świętego, który przemawia przez Kościół św.

„Błogosławiony Bóg i Ojciec Pana naszego Jezusa Chrystusa”. Rzeczywiście, po takim wstępie trzeba powiedzieć: Niech będzie błogosławiony Bóg, Ten Nieskończony, Dobry Ojciec, który tak się z nami blisko jednoczy, że czyni nas swoim domem, swoim mieszkaniem i że możemy być przed Nim I trwać, i mieć w swojej duszy miejsce najświętsze, tak jak kiedyś w Świątyni Jerozolimskiej było miejsce przeznaczone dla Boga. Było to miejsce, gdzie stała Arka, a gdy Arki zabrakło, to miejsce najświętsze stało się całkowicie puste. Miejsce dla Boga, i chyba dusza Siostry jest takim miejscem dla Boga. Dusza Siostry musi się stać pusta, musi się jakoś ogołocić, żeby móc stać się godnym miejscem Boga, przez cierpienie, przez pokutę, przez wyrzeczenie, przez pracę, przez pokorę. Wszystkie cnoty mają to jedno zadanie, żeby przygotować w duszy miejsce na Boga, bo nie może się Bóg pomieścić obok przekleństwa, obok złości, obok nienawiści, obok nieuporządkowanej zmysłowości.

Im bardziej Siostra potrafi oczyścić swoje miejsce święte, im bardziej Siostra potrafi uczynić je pustym, tym bardziej będzie mogła oddać je Bogu. Ale nie jest łatwo żyć w pustce, trzeba sobie z góry powiedzieć, że nie będzie to nieustanne opływanie w pociechy, radość, w świadomość obecności Bożej. Kiedy się weszło do miejsca Świętego Świętych w Jerozolimie, to na pewno miało się wrażenie jakiejś pustki, obcości, martwoty nieraz, bo Boga nie widać, bo Boga nie można przeżyć, bo Boga nie można doznać, a jeśli coś doznajemy, to jest to tylko jakiś ślad Nieskończonego, Wielkiego, który jest dla nas Niepojęty. Więc niech będzie błogosławiony Bóg, który uczynił sobie świątynię w duszy Siostry, i to konkretnie, nie w abstrakcji.

Dawnym ludziom łatwiej było związać słowo z rzeczą, bo myśmy się nauczyli myśleć abstrakcyjnie i tak łatwo odchodzimy od rzeczy, od konkretu. A tymczasem dusza Siostry jest pogrążona w Bogu, Bóg mieszka w duszy Siostry, trzeba w to uwierzyć i dlatego niech będzie błogosławiony Bóg, Ojciec Pana naszego Jezusa Chrystusa, który darował nam nowe życie. Raz bowiem dał nam przez rodziców życie naszej natury, kiedy uczynił nas ludźmi zdolnymi myśleć, zdolnymi kochać, zdolnymi żyć życiem człowieczym, ludzkim życiem, a drugi raz darował nam nowe życie, a to nowe życie płynie z Niego samego.

Jest ono uczestnictwem w Jego życiu, bo jeżeli Bóg wypełnia świątynię duchową człowieka, to staje się uczestnikiem życia człowieka, a człowiek staje się uczestnikiem życia Boga.

Poprzez miłość, poprzez jedność woli, człowiek łączy się z Bogiem, wiąże, jakoś się zatraca w Tym, kogo miłuje, a Bóg, On, który jest pełen miłosierdzia, swoją miłością bierze go w posiadanie. Znowu muszą Siostry w to uwierzyć. My, zadufani w sobie, zapatrzeni w siebie, tak łatwo tracimy odwagę na widok swoich grzechów i zapominamy, że On jest pełen miłosierdzia — a skutek jest ten, że się zniechęcamy i pomału zaczynamy nic sobie z niczego nie robić i jeszcze więcej grzeszyć. A jeżeli zobaczymy, że Bóg jest pełen miłosierdzia, że wszystkie grzechy niedbalstwa, opuszczenia w służbie Bożej, może przez długie lata życia zakonnego, że to wszystko może się roztopić w Jego nieskończonym miłosierdziu, to wtenczas nie będziemy sobie lekceważyć dobroci Boga, ale będziemy chcieć jeszcze bardziej Mu służyć.

Nie trzeba tkwić w przeszłości. Są takie dusze, które lubią się martwić tym, co było. Tyle przeminęło czasu, a ja tyle zmarnowałem łask. To nie o to chodzi. Jeśli ktoś gra w szachy, to stara się o to, żeby zwyciężyć, żeby dać mata przeciwnikowi. To, co przedtem źle robił, zostało już uporządkowane, w tej chwili ma tak ustawione swoje figury, że może zwyciężyć i wie o tym. Dlaczego ma się martwić, że przedtem przegrywał, przecież teraz może zwyciężyć. Chodzi o ostateczne zwycięstwo, o ten „wieniec chwały” — jak mówi św. Piotr (por. 1 P 5, 4). Zamiast patrzeć wstecz, trzeba patrzeć przed siebie i cieszyć się tym, że teraz mogę być dobry. Nie martwić się, że kiedyś byłem zły, oczywiście żałować tego, bo żal potęguje naszą siłę do walki o dobro, i w tym jest między innymi sens żalu i skruchy. Nie w tym, żeby tkwić w przeszłości i roztkliwiać się nad tym, że byłem zły, ale w tym, żeby zmobilizować swoje siły, żebym i teraz mógł dać wszystko, co mogę, i kochać. Jeśli żal jest tylko smuceniem się tym, co kiedyś było, to taki żal jest marnowaniem sił i życia. Jeśli mamy mieć skruchę, to twórczą, jeśli mamy mieć żal, to taki, który wychodzi naprzeciw temu, co będzie, tak jak Maria Magdalena żałowała po to, aby kochać, a nie żeby rozpamiętywać, ile lat zmarnowała i tkwiła w złości i ciężkich grzechach. W ten sposób trzeba swoją duszę ustawić.

Wszystko zależy od końcowego posunięcia. Jeśli ktoś zwycięży, wygra partię, osiągnie zwycięstwo, a zwycięstwem jest miłość Boga na zawsze, to już nie jest ważne, ile razy popełniał błędy, ważne jest, że Bóg, ten jego szlachetny Przeciwnik pozwolił mu wszystko naprawić. Bóg chce z nami przegrać, i ciągle nam pozwala poprawiać. Mniejsza o to, że ja tyle razy zbłądziłem, jeśli teraz zwyciężyłem. Gdyby ktoś przegrał całą grę swojego życia, no wtedy rzeczywiście będzie potępienie, najstraszniejsze cierpienie, rozpamiętywanie tych błędów, które mnie do przegrania doprowadziły. To musi być straszne cierpienie, ale ono ma miejsce wtedy, gdy ktoś całe życie przegrał. Nie wolno nam być pesymistami, którzy ciągłe się martwią o to, co będzie.

I musimy się cieszyć, tak jak św. Piotr się cieszył, jak pierwsi chrześcijanie się cieszyli, Maria Magdalena i inni, bo Bóg jest pełen miłosierdzia. „Odrodził nas przez zmartwychwstanie Jezusa Chrystusa ku nadziei żywej”. Nie mielibyśmy nadziei, bo jakaż mogła być nadzieja, gdyby się nie stało to, co się stało na Kalwarii i w Noc Zmartwychwstania. A tymczasem „odrodził nas ku nadziei żywej”, bo Chrystus zmartwychwstał i nas prowadzi do zmartwychwstania. Tak więc oczekiwać możemy dziedzictwa, które nie przeminie, ani nie zwiędnie. To jest dziedzictwo, o którym mówi św. Paweł stwierdzając, że jesteśmy „dziedzicami Boga, a współdziedzicami Chrystusa” (Kz 8, 17), i to znowu trzeba traktować bardzo realnie, praktycznie. Oczekuje nas jakieś wielkie dziedzictwo, jakie ono będzie, co to będzie, jakiego rodzaju będzie to nasze życie w przyszłości, zostawmy to Bogu. Nie martwmy się, niech nam to wystarczy, że Bóg chce, żebyśmy byli dziedzicami Jego majętności, Jego bogactwa, Jego miłości, Jego potęgi, Jego świetności. O resztę nie martwmy się, nie targujmy się z Bogiem tak, jak ten spadkobierca, który już targuje się ze swoim testatorem, z tym, który mu będzie zapisywał majątek, co też ma od niego otrzymać. Zaufajmy, cieszmy się tym, nie tylko dlatego, że to jest szczęście wielkie, ale dlatego, że przez dziedzictwo jesteśmy jeszcze bardziej związani z Tym, który nas czyni swymi dziedzicami.

A jest ono zachowane „w niebiesiech dla was, których przez wiarę strzeże potęga Boża, aby zbawienie zgotowane okazało się w ostatecznym czasie” (1 P 1, 4-5). I znowu — nie chodzi o to, żebyście myślały, że wy jesteście zbawione, a inni nie. Może i inni też. Trzeba to brać pozytywnie, nie negatywnie. Cieszyć się z tego, że jesteście wybrane, a ufać miłosierdziu Bożemu, jeśli chodzi o innych, starać się o postawę wielkiej radości i wdzięczności za to, co Bóg dla was przygotował. Choćby wam teraz przez krótki czas przyszło żyć w smutku i doznawać rozmaitych doświadczeń, inaczej znosiłybyście to doświadczenie, gdybyście naprawdę wierzyły tak, jak wierzyli Apostołowie. Oni dotykali, było im łatwiej, ale my przecież wierzymy. Żyjąc na ziemi trzeba pamiętać, że jesteśmy przechodniami, że nasze mieszkanie jest w niebie. Niebo, to jest przede wszystkim stan, tak dzisiaj to teologowie rozumieją. Nie chodzi o miejsce, chodzi o to, że będziemy w pełnej świadomości, całkowicie zjednoczeni z Bogiem.

„Z tego radować się będziecie, choć teraz potrzeba i smucić się nieco rozmaitymi pokusami, aby próba wiary waszej, daleko cenniejsza niż złoto okazała się.” (1 P 1, 6-7). Gdybyście nie cierpiały, gdybyście nie znały szarpaniny wewnętrznej, to jaka byłaby próba, czy wy naprawdę wierzycie, czy wy naprawdę kochacie? Ona jest daleko cenniejsza od złota, wiara nasza, i dlatego trzeba ją próbować, bo i złoto w ogniu próbowane bywa. Jeśli złoto trzeba próbować w ogniu, czy nie ma tam jakiegoś ołowiu, czy to jest autentyczne złoto, to i wiara musi być próbowana w ogniu, w ogniu ofiary i cierpienia. A gdy Jezus Chrystus się objawi, wyjdzie to wam na chwałę, uwielbienie i cześć. Miłujecie Go. Pamiętajcie, że to mówi św. Piotr, który tak dobrze zna Pana Jezusa, a mówi do ludzi, którzy Gd dobrze nie znali, więc i do nas mówi. Miłujecie Go, chociaż nie widziałyście Go nigdy, a wierząc weń teraz, choć Go oglądać nie możecie, w przyszłości będziecie się radować radością niewysłowioną i wspaniałą.

Jeśli teraz będziecie w Tego wierzyć, którego św. Piotr widział na własne oczy, kiedy się przemienił na Górze Tabor, kiedy uspokajał burzę morską, kiedy leczył chorych, wskrzesił Łazarza z grobu, kiedy rozmnażał chleb, to w przyszłości radować się będziecie radością niewysłowioną. To mówi św. Piotr, który był tak blisko z Panem Jezusem, to on mówi, nie ja: Miłujecie Go, chociaż nie widziałyście Go nigdy. Nie widziałyście nigdy Pana Jezusa, i w Hostii jest taki ukryty. Cóż my widzimy w Hostii? Chleb. Pan Jezus jest w duszach naszych, powiedział, że jest z nami po wszystkie dni aż do skończenia świata, ale obecnością niedostępną dla nas, a wierząc weń teraz, choć Go oglądać nie możecie, w przyszłości będziecie się radować radością niewysłowioną, wspaniałą, kiedy się z Nim spotkacie i zobaczycie Go. Dojdziecie bowiem kiedyś do celu swojej wiary, którym jest zbawienie duszy.

Ku temu zbawieniu skierowane były poszukiwania i dociekania Proroków. Św. Piotr sięga w okres Starego Testamentu, z którego przecież i sam wyrósł, i opowiada o tym, czym Prorocy żyli, czego szukali, czego czekali, czego doczekali — to było właśnie zbawienie. W swoich przepowiedniach Prorocy mówili o łasce, której dopiero wy miałyście dostąpić, badali, kiedy nastąpi i jaki będzie ów czas, na który wskazywał już wówczas działający w nich Duch Chrystusowy.

I tu znowu trzeba patrzeć szeroko. Kościół to my, Duch wieje, kędy chce. Nie narzucajmy Panu Bogu jakichś ograniczeń, jakichś ram, jakichś formułek, cieszmy się tym, co Bóg dla nas uczynił, co nam daje. Św. Piotr pokazuje, że Duch Chrystusowy działał już w Starym Testamencie, przygotowywał na przyjście Chrystusa, przepowiadając cierpienia przeznaczone dla Mesjasza, jak również i uwielbienie, które po nich miało nastąpić. Św. Piotr był świadkiem. Widział cierpienia Mesjasza, bo przecież widział, co się działo z Panem Jezusem w czasie biczowania, krzyżowania, ale był także świadkiem chwały Chrystusowej.

Prorocy otrzymali objawienie nie dla siebie samych, ale dla was wykonywali posługę, przynosząc poselstwo zbawienia, to poselstwo, które teraz pełnią wobec was słudzy Ewangelii, głosząc wam radosną nowinę mocą Ducha Świętego zesłanego z nieba. A to są rzeczy, w które sami Aniołowie pragną się wgłębiać, to są tajemnice Boże, które są radością Aniołów.

Trzeba uwierzyć, trzeba brać tę rzeczywistość chrześcijańską taką, jaką ona płynie z najczystszych źródeł, z Ewangelii i z ust Apostołów, których natchnął Duch Święty, i te prawdy stosować do siebie, przyjmować jako rzeczy, które są dla nas wszystkich praktycznie ważne. To nie jest chodzenie w obłokach, ale najbardziej realna sprawa w codziennym życiu.

Cokolwiek Siostra robi, nie przestaje Siostra być świątynią Ducha Świętego. Siostra Go kocha, a miłością człowiek zniewala Pana Boga, miłością człowiek czyni Boga Kimś, z Kim jest najściślej złączony. Bóg jest Miłością i na miłość nie może być obojętny. Jeśli Siostry mają miłość, to znaczy, jeśli — jak mówi św. Piotr — chcą być posłuszne Bogu, i chcą spełnić wolę Boga, dusze Sióstr są mieszkaniem Ducha Św. I chyba to jest już dostatecznie wielkie szczęście i wielka radość, która może już być nagrodą za wszystkie wysiłki, prace, cierpienia, upokorzenia życia chrześcijańskiego, a dla was także życia zakonnego.

Zapis audio rekolekcji ks. Aleksandra

 

Trzeba dwojako spojrzeć na nasze wysiłki, na pracę nad tym, żeby unikać zła, a czynić dobro, na tę naszą walkę wewnętrzną. Można na to patrzeć albo jako na drogę do świętości, do osiągnięcia celu, ale można spojrzeć i od drugiej strony. Chyba Listy Apostołów tak samo podchodzą do sprawy. To właśnie, że jesteśmy święci, że jesteśmy wybrani, że jesteśmy chrześcijanami, że jesteśmy świątyniami Ducha Świętego, powinno rzutować na nasze postępowanie, na nasze działanie.

Mogę bowiem myśleć tylko w ten sposób: Ja chcę dojść do świętości i dlatego muszę teraz się wstrzymać od różnych rzeczy i muszę się starać pracować, wysilać, modlić, ja bowiem chcę kiedyś do czegoś dojść. Ale jest także i inne podejście do sprawy: My jesteśmy ludem wybranym, ludem Bożym, my jesteśmy święci. Siostry są naprawdę przez łaskę uświęcającą świątynią Boga, Ducha Św. I to zobowiązuje Siostry do tego, żeby już nie żyć tak, jak żyją poganie, żeby już inaczej patrzeć na sens swojego życia. I mnie się.zdaje, że to jest najważniejsze. Rzeczywiście, trzeba najpierw uwierzyć w to, co się stało, chociażby w dzisiejszym dniu. Siostry, przypuszczalnie w ogromnej większości były na Mszy św., przyjęły Komunię św. To znaczy, że Siostry są świątynią Ducha Świętego, że Bóg mieszka w Siostrach, że Siostry są zjednoczone z Bogiem, bo przecież to jest komunia. Gdyby komunia była tylko zewnętrzna, nie w woli, nie w miłości, a tylko byłoby zewnętrzne przyjmowanie Chrystusa, to byłoby to świętokradztwo.

Siostry wiedzą, że może być komunia duchowa i komunia zewnętrzna, sakramentalna. Jeżeli jest jedna i druga, to wtedy jest najlepsze, najpełniejsze zjednoczenie, jeżeli jest duchowa bez sakramentalnej, to mamy również zjednoczenie, ale gdyby była tylko sakramentalna, tylko zewnętrzna, bez miłości Boga, nie mówię o doznaniu, przeżyciu, bo przecież to jest bardzo potrzebne, ważne, ale nie od nas zależne, bez dobrej woli, bez tego chcenia być posłusznym, jak mówi św. Piotr, to wtedy byłoby świętokradztwo. Siostry przez tę komunię św. wewnętrzną, a jeszcze bardziej przez tę sakramentalną, są uświęcone, są święte.

A teraz z tego wynika wniosek, że Siostry nie mogą postępować – jak mówi Apostoł tak jak poganie. Jużeśmy umarli tamtemu życiu. Wychodzi Siostra po Mszy św. z kaplicy zanurzona w krwi Pana Jezusa, obdarzona łaską Pana Jezusa. To woła o potrzebę lepszego życia. Dobrze jest o tym pamiętać. Wtedy więcej optymizmu, więcej radości. Jeżeli komuś się wydaje, że ma przed sobą jakąś górę, że gdzieś tam na górze świeci się blask tej świętości, a on teraz musi iść, strasznie zmęczony, znużony, to wtedy człowiek może opaść z siły, energii, i może mu się wydawać, że wszystko jest nic nie warte, bo gdzież on tam na tamten szczyt.

My już idziemy jako dzieci Boże, jako wybrani, święci. Tak samo jak pierwsi chrześcijanie, do których pisze św. Piotr swój List, tak samo jak ci pierwsi chrześcijanie z Koryntu, do których pisze św. Paweł, wśród których działy się rozmaite złe rzeczy, tak samo jak ci z Krety, o których pisze do Tytusa, którzy się całkiem nie najlepiej zachowywali. Wśród nędzy naszej przejawiły się słońce Boże i łaska Boża, i miłość Boża. I dlatego św. Piotr, kiedy mówi najpierw o tej wspaniałej chwale, o tym nowym życiu, to później powiada: „Przeto przepasawszy biodra waszego umysłu…” (1 P 1, 13).

„Przeto” – to jest wniosek – właśnie dlatego, że jesteście wybrane, że jesteście uświęcone, że jesteście oblubienicami Chrystusa, złączone z Panem Jezusem na śmierć i na życie – że jesteście świątynią Boga, właśnie dlatego wy musicie okiełzać ducha waszego i panować nad całym swoim światem wewnętrznym.

„Przepasawszy biodra” – używa tych słów prostych, zwyczajnych, z życia wziętych. Człowiek opasany, mocno ściśnięty, lepiej się trzyma w dyscyplinie, bardziej sam sobą rządzi.

„W trzeźwości trzymajcie się.” Bądźcie trzeźwi dlatego, że wiara w świat nadprzyrodzony nie ma człowiekowi zabrać z duszy jakiegoś prostego, trzeźwego patrzenia na świat. Trzeźwymi bądźcie w każdej zwykłej rzeczy codziennej, w praktyce, nie żyjcie gdzieś w chmurach. Niech wasza pobożność, wasze życie nadprzyrodzone nie będą na płaszczyźnie oderwanej. Tu, w tej konkretnej sytuacji, bądźcie trzeźwe. Kiedy macie o czymś decydować, kiedy macie wykonać jakąś pracę, kiedy macie komuś coś dać czy czegoś odmówić, kiedy macie pokierować czyjąś pracą, decydować o czyimś działaniu — wtedy bądźcie trzeźwe.

Przykładem takiej trzeźwości, przykładem bliskim Siostrom, powinno być życie matki Czackiej . To był człowiek bardzo zjednoczony z Bogiem, a równocześnie ogromnie rzeczowy, trzeźwy, powiązany z ziemią, żyjący konkretną rzeczywistością, która tutaj jest. Gdyby nie miała tej nadzwyczajnej trzeźwości, to by nie mogła stworzyć tego Dzieła, które stworzyła. Więc i u Sióstr także niech to życie nadprzyrodzone będzie związane z życiem natury. Ojciec Korniłowicz w rekolekcjach przy końcu swojego życia o tym mówił, zresztą zawsze nam przypominał, że życie łaski szczepi się na życiu natury. Starał się wpoić w swoich słuchaczy świadomość, że życie łaski nie jest czymś tylko doczepionym, że nie jest jakimś dodatkiem, tylko że jest życiem natury uświęconej.

Uświęcone życie naszego ciała, naszej duszy, naszych myśli, naszych wyobrażeń, naszych codziennych przeżyć — życie człowiecze. Gdyby Bóg chciał, żebym był aniołem, toby mnie aniołem stworzył. Ale chciał, żebym był człowiekiem, dlatego chodzę na nogach, dlatego rękami muszę wziąć chleb, dlatego muszę się przespać w nocy. To jest życie człowiecze, nie zwierzęce i nie anielskie, tylko właśnie człowiecze. I to życie człowiecze, nasze ludzkie życie Bóg przez łaskę uświęca. Ale to nie znaczy, że ono przestaje być człowiecze, zwykłe, kiedy piję szklankę zimnej wody czy kiedy zmęczony kładę się na spoczynek, ono nie przestaje być zwyczajnym, ludzkim, człowieczym życiem. Tylko to życie człowiecze nabiera wartości, jakiegoś blasku, sensu, który przekracza daleko, daleko wszystkie granice natury ludzkiej.

Życie łaski jest życiem, które się szczepi na naturze ludzkiej, które nie jest od niej oderwane. I dlatego w całym życiu nadprzyrodzonym, w życiu religijnym Sióstr zawsze powinno być powiązanie życia modlitwy, życia łaski z życiem natury. I chyba coś takiego ma św. Piotr na uwadze, kiedy mówiąc przedtem o tych wielkich rzeczach, potem powiada: „A przeto przepasawszy biodra umysłu waszego, w trzeźwości trzymajcie się” , bądźcie trzeźwi – jako ludzie, po ludzku.

„Miejcie doskonałą nadzieję na łaskę”. Tak, nadzieja nasza opiera się nie na tym, co my sami jesteśmy zdolni uczynić, tylko na tym, co Bóg dla nas chce uczynić. I my ją pokładamy w łasce, ale bardzo często boimy się położyć ją całkowicie w łasce. Często nam się wydaje tak, że Bóg nam pomaga, a my działamy. A to jest jakoś inaczej. Nadzieję trzeba położyć całkowicie w łasce. Bóg działa, a my Bogu przeszkód nie chcemy stawiać. Chcemy odrzucać wszystko to, co przeszkadzać będzie działaniu Boga w duszy naszej. To jest nasze zadanie: umożliwić, ułatwić, uprosić, ubłagać u Boga, żeby przez łaskę swoją nami kierował.

Więc „miejcie doskonałą nadzieję na łaskę, która nam przypadnie przy objawieniu Jezusa Chrystusa” (1 P 1, 13). Tu już oczywiście jest mowa o tym, że ta łaska w pełni dopiero nam zajaśnieje wtedy, kiedy zobaczymy ostateczny sens istnienia życia naszego i całego świata.

„Bądźcie posłuszne dzieci. Nie stosujcie się do waszych dawniejszych żądz” (1 P 1, 14). Macie być jak dzieci, Pan Jezus już to powiedział i św. Piotr przypomina: „Bądźcie jak dzieci” – i to dzieci posłuszne, gdyż różne są dzieci, są dzieci dobre i są dzieci złe, są dzieci posłuszne i są dzieci nieposłuszne. Więc wy macie być właśnie jako dzieci posłuszne, Bogu posłuszne.

„Nie stosujcie się do waszych dawniejszych żądz”, do namiętności. Nie kierujcie się odruchami waszej niecierpliwości, zazdrości, złości, gniewu, którym ulegaliście dawniej, w czasach swojej nieświadomości. Lecz bądźcie w całym swoim życiu świętymi. Tak św. Piotr pisze: „w całym postępowaniu stańcie się wy również świętymi”.

Później następuje zdanie, a właściwie słowa w tym zdaniu, które nami trochę wstrząsają, przerażają nas: „Na wzór Świętego, który was powołał”’ (1 P 1, 15). Św. Piotr jest odważny w słowach. My byśmy nie odważyli się może tak powiedzieć: „Niech Siostra będzie święta, jak święty jest Ten, który Siostrę powołał”.

Oczywiście, nie chodzi o miarę, tylko o wzór. Nikt z nas nie będzie święty, jak świętym jest Bóg. Chodzi tylko o tę odwagę zestawienia naszej świętości ze świętością Boga. I to chyba jest słuszne zestawienie. Przecież my nie mamy innej świętości niż świętość Boga.

Jeśli w nas jest jakaś świętość, to ona jest odblaskiem, odbiciem świętości Boga. Jeżeli w człowieku jest jakieś dobro, to ono jest odbiciem dobra nieskończonego, Bożego. I dlatego tak śmiało św. Piotr może mówić: „Bądźcie świętymi w całym postępowaniu”, w życiu, bo są tacy ludzie, którzy chcą być święci poza życiem. Chcą sobie żyć wygodnie, przyjemnie, ot tak, jak im natura nakazuje, i chcą być święci, jakoś tak poza życiem. A jest to niemożliwe. Jeżeli ktoś chce być święty, to musi być święty w życiu. Codziennie, wtedy kiedy wstaje, kiedy się ubiera, je posiłek, wtedy kiedy idzie do kościoła, kiedy załatwia liczne sprawy w ciągu dnia, kiedy pracuje, gotuje, doi krowy, uczy dzieci, załatwia ważne sprawy w Warszawie , wszystko jedno co robi, to w tym życiu właśnie trzeba być świętym, bo i Pan Bóg jest święty w swoim życiu, w swoim działaniu, we wszystkim, co czyni. „Jest napisane: Świętymi bądźcie, bo jestem świętym” – powołuje się św. Piotr na Pismo św. Zupełnie jasno trzeba powiedzieć, że wzorem świętości dla poszczególnych Sióstr jest świętość Boga. Wzorem, przykładem, źródłem działania, bo tu, jak przedtem mówiłem, zatraca się gdzieś granica między słońcem a jego odbiciem, gdzieś, chociażby w kałuży na drodze. To jest to samo słońce, te same promienie, ten sam blask, a że w kałuży się odbiło? Tym piękniej, tym lepiej, że właśnie nawet tam chwała słońca mogła zajaśnieć. Trzeba się tym cieszyć i z prostotą tę rzeczywistość Bożą przyjmować. „Jeżeli bowiem Ojcem nazywacie Tego, który sądzi nie mając względów na osoby, ale według uczynków każdego człowieka, to w bojaźni spędzajcie czas swojego pobytu na obczyźnie” (1 P 1, 17). Jeśli Go jako Ojca wzywacie, a wzywacie codziennie, mówicie: Ojcze do Boga, który bez względu na osobę sądzi każdego. Jak to dobrze, że jest przecież taki sąd, który nie będzie miał względu na żadną osobę, taki sąd, przed którym wszyscy będą całkowicie równi, przed którym nie będzie żadnej wielkości: czy to będzie papież, czy biskup, czy ksiądz, czy przełożony, czy podwładny, czy żebrak, to już zupełnie nie będzie grało roli, gdy Pan Bóg będzie nas sądził bez względu na osobę. Jak trzeba Boga prosić, żeby miał wzgląd na miłosierdzie swoje wtedy, kiedy będzie nas sądził bez względu na osobę. Wtedy właśnie może się okazać to, co mówił Pan Jezus, że ostatni będą pierwszymi, a pierwsi będą ostatnimi. Tak łatwo na pierwszym miejscu stawiamy rozmaite wielkości – wielkości intelektu, władzy, znaczenia, sławy, godności w Kościele, przecież jest tyle rozmaitych wielkości. W dzień sądu wszystkie te wielkości znikną jak mgła, bo co za wielkość może być przed Bogiem? Dlatego też sąd będzie rzeczywiście tylko według miłości. Nie według wielkości, ale według tego, na ile kto Boga pokochał, Bogu zrobił miejsce w swojej duszy.

Jeśli więc Go wzywacie jako Ojca Tego, który będzie sądził bez względu na osobę, Tego, który będzie sądził według uczynków, nie według westchnień, to wiedźcie też życie w bojaźni Bożej. Czy Siostry uczynki płyną naprawdę z miłości, czy Siostra ma duszę naprawdę do głębi przetrawioną przez łaskę? Czy gdy Siostra mówi z drugą Siostrą, to ma dla niej życzliwość? Czy Siostra jest tylko jak uprzejmy widz, który swoje wnętrze ma zamknięte, a tylko na zewnątrz się uśmiecha i jest grzeczny. Nie mamy być jakimiś kamieniami, tylko ludźmi, którzy mają miłujące serca, przetrawione przez miłość, przez łaskę, zwrócone do drugiego człowieka. Z uczynków będziemy sądzeni.

Jeśli Boga wzywacie to wiedźcie też żywot w bojaźni Bożej. Skoro mamy Go wzywać, to musimy mieć równocześnie bojaźń Bożą, bo Bóg będzie nas sądził. Musimy się lękać, żeby Go nie utracić – to jest bojaźń kochającego serca. Nie tyle lękajmy się kary, choć I ona może być straszliwa, ale lękajmy się utraty Boga, miłości Bożej. Lękajmy się, póki jesteśmy tu na wygnaniu, bo kiedy wrócimy już do Ojczyzny, nic nam grozić nie będzie na pewno. Kiedy już Siostry wejdą do domu Ojca, to wtedy na pewno Siostry Ojca nie odstąpią, nie odejdą od Boga. Wtedy tak z Nim będą Siostry zjednoczone całą istotą swojego ludzkiego życia, że będą z Nim już na zawsze złączone. Dopóki jesteśmy na obczyźnie, możemy zrezygnować z obywatelstwa niebieskiego. Możemy, tak jak to się dzieje gdzieś na emigracji, przyjąć obywatelstwo obce, i już na stałe się tak zakorzenić, zadomowić; obczyzna przestanie być obczyzną, a stanie się ojczyzną – ta ziemia, to życie ziemskie.

A my, nie tak – my obywatelstwo nasze mamy w niebie. My z niego za nic na świecie nie zrezygnujemy. Ale póki jesteśmy na obczyźnie, zawsze nam grozi niebezpieczeństwo, że możemy zrezygnować z powrotu do Ojczyzny. „Wiecie bowiem, że zostaliście wykupieni nie czymś przemijającym, srebrem lub złotem” (1 P 1, 18) – przecież nikt nam nie kupił łaski uświęcającej za pieniądze. „Z waszego odziedziczonego po przodkach złego postępowania zostaliście wykupieni” , z tego życia splamionego przez grzech pierworodny — wyrwani jesteśmy nie srebrem i złotem, lecz krwią najdroższą Chrystusa. Znowu przypomnijmy sobie, kto mówi św. Piotr. Jakoś inaczej w jego ustach to brzmi, niż gdybym ja mówił na przykład: „Krwią najdroższą Jezusa Chrystusa.” Św. Piotr dobrze wiedział, co to jest krew Jezusa Chrystusa. Może widział krew na Kalwarii, na krzyżu, w ranach Pana Jezusa. Tą właśnie najdroższą krwią jesteśmy odkupieni, krwią Baranka bez zmazy i skazy.

Już przed stworzeniem świata był Chrystus przeznaczony na tę ofiarę. I dalej dowiadujemy się od św. Piotra, że kiedy Pan Bóg zakładał fundamenty wszelkiego istnienia, już wtedy wiedział, jaki będzie los człowieka. Wiedział, że człowiek utraci Boga, że odejdzie od Boga, że popełni grzech. I wiedział, że to wszystko zostanie naprawione, przemienione przez Jezusa Chrystusa. Ale objawił się dopiero przy końcu wieków. „Wyście przez Niego uwierzyli w Boga, który wskrzesił Go z martwych i obdarzył chwałą”. Przez Jezusa uwierzyliśmy w Boga, w nowy, pełniejszy sposób. „Który wskrzesił Go z martwych” – znowu św. Piotr mówi o tym, czego sam był świadkiem. „Który wskrzesił Go z martwych i obdarzył chwałą” – widział chwałę wniebowstąpienia. W ten sposób wiara wasza stała się równocześnie nadzieją w Bogu. Dzięki Chrystusowi nie tylko wierzymy w Boga, wiemy, że Bóg jest – wiara stała się nam nadzieją na osiągnięcie Boga, na posiadanie Boga w wieczności. Więc – tak jak powiedziałem – trzeba trzeźwo spojrzeć na swoje życie.

Niech Siostry zastanowią się, jak wyglądają uczynki Sióstr, czy nie trzeba czegoś w duszy radykalnie zreformować, czy po prostu nie trzeba się otrząsnąć z jakiegoś lenistwa, z którym się Siostry może same męczą i nie czynią tego, co potrzeba. Może trzeba się otrząsnąć i spojrzeć po chrześcijańsku na swoje życie i na sens tego życia. Siostry wiedzą najważniejsze: Jesteście świątynią Ducha Św., to właśnie zobowiązuje was do świętości życia; Bóg mieszka w was, całe życie wasze Pan Bóg widzi jako życie swoich dzieci, swoich wybranych, nie jako życie kogoś, kto dopiero kiedyś ma dojść do Boga. Gdy Bóg ocenia wasze życie, to widzi, że to jest życie tych, których sam sobie wybrał, których chce uświęcić, których chce kochać, i przez których chce być kochany.

Ludzkie słowo, jest niestety, zawsze tylko słowem. A czyn musi się narodzić w sercu każdej z was, w woli i praktyce codziennego życia. Dopiero wtedy sens ma nauczanie w Kościele, rekolekcje, nauki, jeżeli się potrafi je przetłumaczyć na język uczynków, dobrych uczynków, z pełnego serca.

Zapis audio rekolekcji ks. Aleksandra

 

W dalszym ciągu swojego Listu św. Piotr wypowiada zdanie, które ma olbrzymie znaczenie: „Skoro już dusze swoje uświęciliście, będąc posłuszni prawdzie.” Od razu stajemy wobec prawdy, tzn. wobec Boga. Jeśli Siostry mają uświęcić swoje dusze, przeniknąć Bogiem, bo to właśnie jest uświęcenie, stać się uczestnikami natury Boskiej, przebóstwić się, to musi się to dokonać w posłuszeństwie dla prawdy. Bo Bóg jest prawdą, i jeśli stajemy wobec Boga, stajemy wobec jakiejś absolutnej Prawdy i źródła wszelkiej prawdy. Bo istnienie, i dobro, I prawda, i piękno – to wszystko jest jedno, bo to wszystko jest z Boga i wszystko jest w Bogu. Dlatego trzeba stać przed tą nieskończoną Prawdą, w której macie się zanurzyć. Tam nie ma żadnego kłamstwa, żadnego fałszu, żadnego cienia. Idąc do Prawdy musicie się starać same stawać bardziej prawdziwe. Wyrzucać z serca wszystko, co jest jakimś kłamstwem wewnętrznym i zewnętrznym.

I jeśli Pan Jezus tak ostro walczył z faryzeuszami, a raczej z faryzeizmem, to chyba właśnie dlatego, że w nim jest coś, co się sprzeciwia wprost prawdzie. Bo gdy jest w człowieku jakaś nieprawda, to jak może się on zbliżyć do Boga? W tej mierze zbliżamy się do Boga, w jakiej stajemy w prawdzie, tzn. z pokorą w prawdzie całkowitej wewnętrznej i w prawdzie zewnętrznej. I to nas powinno zachwycać. To jest chyba droga do kontemplacji, bo kontemplacja to proste wejrzenie w prawdę Bożą – już bez rozmyślań, bez szukania, bez naszych wysiłków — tylko jakieś ustawienie się w prostym, jasnym czy ciemnym wejrzeniu, na tego Który Jest – i dlatego jest Prawdą, i dlatego jest Dobrem, i dlatego jest Pięknem. A przecież to nie jest łatwo. Bóg jest prawdą i źródłem wszelkiej prawdy i kto chce do Boga dojść, musi kochać prawdę i wciąż zrzucać z siebie kłamstwo, w które nieustannie obrastamy wewnętrznie, czy jakieś inne objawy miłości własnej, próżności itd. Ciągle musimy to wszystko zostawiać i oczyszczać się, i dopiero, wtedy będziemy mogli wejść do Boga, w jedność z Bogiem -kiedy będziemy w prawdzie.

Dlatego to zdanie św. Piotra jest tak strasznie ważne: „Skoro już dusze swoje uświęciliście, będąc posłuszni prawdzie”. Trzeba prawdę pokochać i trzeba być prawdzie posłusznym. Słowo niesie prawdę – Boże Słowo. Ludzkie słowo może nieść kłamstwo — Boże Słowo może nieść tylko prawdę, Słowo, które Ciałem się stało, niesie prawdę do nas na ludzki świat, w nasze ludzkie życie. I w tej prawdzie trzeba dojrzeć do nieobłudnej miłości braterskiej. Św. Piotr mówi, że do miłości braterskiej, takiej prawdziwej, trzeba dojrzeć. Ta miłość jest czymś, co stopniowo dojrzewa w człowieku, właśnie w prawdzie. Ta miłość ma być nieobłudna, tzn. ma obejmować całego człowieka, w niej ma być naprawdę pełna dobra wola w stosunku do drugiego człowieka. To nie ma być wymuszony uśmiech, tylko to ma być pełna dobra wola, pragnienie dobra dla tego drugiego człowieka. Do nieobłudnej miłości bratniej trzeba dojrzeć. Wreszcie św. Piotr kończy to zdanie takimi słowami: „Miłujcie się wzajemnie gorąco i czystym sercem”. Więc, gdy tak staniecie wobec prawdy i zechcecie zrzucić z serca wszystko, co w nim narosło, to wtedy dopiero będziecie i zdolne miłować się gorąco i z głębi serca, żeby to była miłość płynąca naprawdę z samej istoty człowieka. To jest właśnie nawrócenie człowieka. To jest co najważniejsze. Bo przecież z miłości rodzi się zgodność woli, zgoda między ludźmi i Bogiem, między ludźmi względem siebie. To znaczy, że wolą kierują w tym samym kierunku — ku dobru. Dobro najwyższe to jest i Pan Bóg, nieskończone Dobro, Dobro Boże. I drugie — to jest dobro człowieka. Gdy już człowiek ma miłość Boga i miłość człowieka, to wtedy rodzi i się zgodność woli, niekoniecznie zgodność przekonań. Może się zdarzyć, że ktoś pragnie dobra drugiego człowieka, naprawdę i z całego serca chce jego dobra, ale inaczej to dobro widzi. Mogą się nieraz ludzie spierać między sobą, pozostając zgodni w intencjach, w swoich zasadniczych pragnieniach. Św. Augustyn spierał się ze św. Hieronimem, św. Piotr miał spory ze św. Pawłem, bo mieli inne przekonania. Jeden widział inaczej dobro i drugi inaczej. W tym nie było grzechu. To nie było coś, co rozbijało zgodność, jedność, bo obydwaj pragnęli tego samego: pragnęli Dobra, pragnęli Boga. Nie pragnęli siebie, tylko pragnęli dobra w Bogu. I dlatego można pogodzić prawdziwą miłość, o której św. Piotr tutaj mówi — miłość gorącą i z głębi serca płynącą — z różnością przekonań w jakiejś sprawie, z różnością opinii. Natomiast zgoda wymaga koniecznie jedności woli, żeby wola była kierowana do tego, co jest dobrem. Jeżeli dobrem najwyższym jest Bóg i obowiązkiem jest miłość Boga, to wy wszystkie tego jednego musicie pragnąć. I gdyby któraś z sióstr nie chciała pragnąć nieskończonego Dobra, którym jest Bóg, to wtedy stałaby w jakiejś niezgodzie, w rozdarciu w stosunku do innych.

A jeśli zachodzą różnice drugorzędne, gdy jedna siostra widzi, że to tak trzeba zrobić, a druga siostra widzi, że trzeba inaczej, gdy jedna patrzy z tej strony, a druga patrzy się z innej strony, i dlatego inaczej sprawę oświetlają, stąd powstają niezgodności w pojęciach, nie znaczy to już jednak, że jest niezgoda między siostrami, ale jest to po prostu skutek ułomności ludzkiej czy skutek tego, że oglądanie każdej rzeczy z innego punktu sprawia, iż przekonania dwóch ludzi są inne.

Człowiek musi być posłuszny prawdzie, uczciwie prawdy szukać. Dla rozumu człowieka, dla przekonania człowieka najwyższym prawem jest prawda. Nie można sobie powiedzieć w ten sposób: „Muszę zmienić zdanie dlatego, że przełożona jest innego zdania. Muszę twierdzić np., że lepiej jest sadzić kapustę w takim czasie — chociaż wiem, że jest inaczej, dlatego że przełożona mi tak powiedziała”. To źle, nie wolno tak. Dla rozumu najwyższym prawem jest prawda, szukana obiektywnie, spokojnie, uczciwie, rzetelnie, nie przez upór, nie przez uporczywe trzymanie się swojego zdania, bo wtedy, oczywiście, już wkrada się jakiś błąd, ale szukana w ten sposób, że ja naprawdę chcę poznać prawdę, szukam Boga w każdej sprawie, a Bóg jest prawdą.

Nie można być zarozumiałym. Byłoby źle, gdyby Siostry były zbyt pewne swojej słuszności, przecież każdy z nas wiele razy przekonał się, że mu się wydawało coś pewne, a potem okazało się, że było inaczej. Więc to musi być pokorna postawa. Człowiek nie może być zbyt pewny, że on ma słuszność, a inni się mylą, źle mówią. Muszę umieć zawiesić w pewnym znaczeniu swój sąd, kiedy go nie jestem pewny, ale nie muszę, a nawet mi nie wolno, tam gdzie wiem całkiem jasno, że taka jest prawda, zmieniać jej dlatego, że ktoś ma inny sąd. Tego się nawet nie da zrobić, nie da się zmienić np. prawdy, że dwa plus dwa jest cztery. Trzeba być prawdzie posłusznym, trzeba prawdę kochać ponad wszystko.

Czym innym jest wola. Nieraz trzeba zrezygnować z postępowania według swojego widzenia. Siostra np. widzi, że daną sprawę lepiej byłoby inaczej załatwić, a Przełożona powiedziała: „Proszę załatwić to tak”, to wtedy Siostra musi się zdobyć na akt woli i powiedzieć sobie: „Ja tę sprawę będę się starała załatwić z całą dobrą wolą według rozumienia mojej Przełożonej”. Z całą dobrą wolą. Nie tak zrobić, żeby jej pokazać, że ona nie miała racji, a Siostra miała rację, nie! Trzeba tak robić, jakby ona sama robiła na swoim miejscu, chociaż wydaje się Siostrze, że byłoby lepiej zrobić inaczej.

Posłuszeństwo polega na podporządkowaniu woli. Bogu, a później woli innego człowieka. I to jest najtrudniejsza rzecz w zakonie, i w ogóle najtrudniejsza dla człowieka, żeby swoją wolę podporządkować woli drugiego człowieka, nie osądzając jego intencji. Ja wiem, że inaczej byłoby lepiej, tak rozumiem, ale on decyduje, muszę zrobić tak, jak on sobie życzy. I to jest największa ofiara życia zakonnego, rezygnacja ze swojej własnej woli. Lecz to płynie z miłości. Między posłuszeństwem a miłością nie ma odległości, bo miłość to nic innego, jak chęć ustąpienia ze swojej woli na rzecz woli Bożej. Jeżeli podporządkowywuję swoją wolę woli Bożej – to kocham. Miłość – to jedność. Jest słowo łacińskie – concordia – zjednoczenie serc, na tym polega właśnie zgoda, która jest bezpośrednim skutkiem miłości.

Św. Tomasz mówi, że zgodność – zgoda, concordia, jest powodowana przez miłość; miłość jednoczy serca w jedności. Przypuśćmy, że w Zgromadzeniu czy w parafii wszyscy miłują to samo dobro, to wtedy serca wszystkich, całego tego zespołu, tej całej społeczności zjednoczone są w jedno. To jest właśnie ta jedność, która jest istotą chrześcijaństwa. Nie ma chrześcijaństwa rozproszonego, nie ma chrześcijaństwa indywidualistycznego, jest tylko chrześcijaństwo w jedności, i o tę jedność modlił się Pan Jezus przed swoją męką w Wieczerniku. Cała Ewangelia ku temu zdąża, żeby serca ludzkie tak pociągnąć, tak złączyć jednym celem, jedną miłością, jednym pragnieniem, żeby były ze sobą ściśle zjednoczone. Zgodność serc właśnie sprawia, że jesteśmy złączeni z Bogiem i między sobą. A więc przede wszystkim dobro Boże. A w drugim rzędzie dobro bliźniego. I dlatego św. Tomasz powiada, że niezgoda jest grzechem w tej mierze, w jakiej się sprzeciwia tej właśnie zgodności woli, zjednoczeniu serc dążących do Boga i do wzajemnego dobra. Ale – powiada dalej św. Tomasz, ta zgodność może być dwojaka. Niezgoda będzie się sprzeciwiała jedności, która jest miłością Boga i bliźniego, wtedy gdy człowiek będzie chciał być w niezgodzie z innymi. Jeżeli świadomie, dobrowolnie, odchodzi od jedności, to zgrzeszy, chociaż pierwsze poruszenia w tym kierunku nie są grzechem ciężkim. Mogą się w nas budzić uczucia, może być jakaś rzecz, która zaboli, oburzy, poruszy wszystkie namiętności i wydaje się nam, że nienawidzimy, że nie chcemy jedności. To poruszenie jeszcze grzechem ciężkim nie jest, ale gdybyśmy zupełnie świadomie, z wolnej woli mówili, że chcemy się wyłączyć z jedności, że nie chcemy szukać zgody w pragnieniu dobra najwyższego, w pragnieniu Boga, w pragnieniu wzajemnej miłości – to wtedy jest już grzech duży, grzech ciężki.

Jeżeli jeden człowiek uważa, że na linii tego dobra Bożego leży co innego, a drugi uważa, że co innego, to wtedy mamy różnicę przekonań, nie różnicę i woli, tylko różnicę przekonań. Jednemu się wydaje, że trzeba tak, a drugiemu i wydaje się, że trzeba inaczej. Św. Tomasz mówi, że w takich rodzajach niezgodności nie ma grzechu, my możemy się różnić od siebie przekonaniami, możemy się spierać, możemy wymieniać zdania, bo w ten sposób szukamy prawdy. I powinniśmy się nieraz spierać, nie mówię kłócić, żeby dojść do tego, gdzie jest racja, słuszność i nie będzie w tym grzechu. Nie musimy myśleć wszyscy tak samo, na jedno kopyto.

Gdybyśmy byli aniołami, to byśmy się nie spierali, bo prawda byłaby dla nas tak oczywista, tak jednoznaczna, że nie byłoby możliwe, żeby mieć jakieś inne spojrzenie na tę samą rzecz. Ale jesteśmy ludźmi. Nasza rzeczywistość jest tak bardzo złożona, że ta sama rzecz oglądana z innej strony inaczej wygląda, i dlatego trzeba cierpliwie znosić, że ktoś może mieć inne przekonania niż ja. Nieraz dziwni są ludzie, którzy chcą koniecznie, żeby wszyscy byli przekonani tak, jak oni, żeby wszyscy myśleli, tak jak oni. Mówi się nieraz, że są ludzie, którzy nie znoszą sprzeciwu. Tacy gdy powiedzą, że jest tak, a ktoś inny im powie, że jest inaczej – to się zacietrzewiają – po prostu nie znoszą tego, żeby ktoś był innego zdania niż oni. A dlaczego? Może przecież być inaczej, niż oni myślą. Trzeba umieć zrozumieć, że ktoś inny też może mieć swoje zdanie.

Concordia, zgodność, jest czymś, co bezpośrednio wynika z miłości. Niezgoda rujnuje miłość, rujnuje Kościół Boży, rujnuje dzieło Boże, dzieło Jezusa Chrystusa w naszych sercach. Trzeba jasno powiedzieć: Nam nie wolno pozwolić na niezgodę, musi być w nas miłość płynąca z głębi. Mogę być zupełnie zgodny w woli z moim bratem, z moim bliskim, z drugą siostrą, ale to nie znaczy, że muszę tak samo wszystko widzieć, jak ona widzi. I to rozumienie jest ważne, gdy ono się zaciera, wydaje nam się, że nie możemy się porozumieć, nie możemy się zgodzić. Zawsze możemy się zgodzić, jeżeli będziemy mieli prawdziwą miłość. Jeżeli nie będzie wchodziła w grę nasza miłość własna, to postawa nasza będzie naznaczona miłością Boga i bliźniego, i wtedy na pewno będzie zgoda. Jeżeli zaś postawa nasza będzie nastawiona na dogodzenie miłości własnej, no to sprawa przegrana, bo tam, gdzie każdy lubi i kocha tylko siebie, nie ma mowy o żadnej zgodzie woli, o zjednoczeniu woli. Największe niebezpieczeństwo dla człowieka, to miłość siebie, miłość swego zdania.

Już na początku mówiliśmy, że miłość i zgodność tworzy Kościół, nieuporządkowana miłość siebie, za którą chodzi niezgoda, rozbija Kościół, rozbija parafię, rozbija zgromadzenie. Jeżeli nie ma zgodności woli, najpiękniejsze dzieła się rozbijają. W tej dziedzinie można łatwo przynieść wielką szkodę Chrystusowi i Kościołowi. Trzeba umieć podporządkować swoją wolę Chrystusowi, zrezygnować z niej, a to kosztuje.

Walką jest miłość Boga aż do całkowitego podporządkowania siebie Bogu i miłość siebie aż do pogardzania Bogiem. Jeżeli w jakiejś społeczności zaczyna się rodzić niezgoda, nie przekonań, ale niezgoda woli w intencji zasadniczej, zła wola, to na pewno dzieje się to na punkcie miłości własnej zasianej przez szatana. I tak musimy na to patrzeć. Pan Jezus prowadzi nas do jedności, do miłości, drogą krzyża, drogą męki, drogą ofiary. Ziarno upadłszy na rolę musi zamrzeć i dopiero później owoc wyda. W ten sposób buduje się Kościół, Zakon i Parafia. A szatan działa przeciwnie, wysuwa naszą własną pozycję, naszą pychę, każe kochać więcej siebie niż Boga. Szatan chce żebyśmy nienawidzili Boga, a kochali siebie.

Dlatego o tę zgodność, o miłość i jedność – tak jak św. Piotr mówi, mamy gorąco Boga prosić, aby dokonywała się w prawdzie, nie w zamazywaniu, nie w rozcieńczaniu tej prawdy. Nie o to bowiem chodzi, żebyśmy wszyscy mówili i myśleli na jedno kopyto, żebyśmy mieli narzucone myślenie z góry, nie, trzeba wychować swoją własną indywidualność, osobowość. Ale z drugiej strony trzeba umieć całkowicie podporządkować się w woli. Jedno drugiemu zupełnie nie przeszkadza.

Jeszcze raz przypomnę to zdanie św. Piotra: „W posłuszeństwie dla prawdy” nie jakiejś innej, tylko tej, która idzie od samego Boga. Znowu Piotr przypomina o tym, bo tak łatwo jest zboczyć z drogi prawdy, na pewność siebie, na zuchwalstwo sądów, na jakąś drogę niedobrą. W posłuszeństwie prawdzie uświęcajcie dusze swoje, a nie w zakłamaniu i w zamazywaniu tej prawdy.

Do nieobłudnej miłości bratniej dojrzewa się przez cierpienie. Kto dużo cierpi, szamoce się, męczy się różnymi konfliktami, trudnościami, jeśli to wszystko przetrwa, to w końcu dojdzie do tego,by w sposób nieobłudny, prawdziwy kochać drugiego człowieka. „Miłujcie się wzajemnie”, gorąco, nie bójcie się uczucia. Wola pokazuje kierunek, ale niechże ta miłość wasza będzie także i gorąca. Nie lękajcie się gorąco kochać bliźniego, tak z głębi serca. Niech będzie potrzebą waszego serca współczucie dla drugiego człowieka, które sprawia, że czujesz tak, jak on, i to nie tylko ten, który jest ci miły, ale żebyś umiał odczuć, co czuje nieprzyjaciel, i co czuje każdy człowiek. Tak dużo mówi się słów, gubi się w nich i szuka się wątku, a wszystko jest powiedziane tak bardzo prosto, tak bardzo istotnie i zasadniczo już w głównym prawie chrześcijaństwa: „Będziesz miłował Pana Boga swego, ze wszystkiego serca swego, ze wszystkiej duszy swojej, ze wszystkich myśli swoich, ze wszystkich sił swoich, a bliźniego swego, jak siebie samego. To czyń, a będziesz żył” (Łk 10, 27-28).

Zapis audio rekolekcji ks. Aleksandra

 

Trzeba umieć przetłumaczyć na zwykły, codzienny, praktyczny język to o czym mówiliśmy. To są rzeczy ogromnie ważne, bo dotykają samego sensu życia zakonnego. Najstraszniejszą rzeczą dla zakonnicy byłoby stracić sens tego życia, którym jest zjednoczenie człowieka z Bogiem.

Jeżeli patrząc na was ktoś by powiedział: „Patrzcie, jak one się wzajemnie miłują” i mówiłby to z całkowitym przekonaniem, a Siostry przyjęłyby to jako rzecz oczywistą, prawdziwą, tak jak to było mówione o pierwszych chrześcijanach, to wtenczas wszystko jest w porządku, wszystko jest dobrze. Ale jeżeli te słowa zastosowane do zakonnic czy księży, czy w ogóle katolików, chrześcijan, brzmią jakimś zgrzytem czy fałszem, to wtenczas jest źle i trzeba się ratować. To nie znaczy, że sprawa jest już zmarnowana ostatecznie, tylko jest to po prostu jakiś dzwonek alarmowy, przeraźliwy dzwonek alarmowy, sygnał, że już nie można powiedzieć o zakonnicach czy księżach, czy biskupach, czy wszystko jedno o kim w Kościele, gdziekolwiek jest Kościół – że „oni się miłują”.

Gdziekolwiek jest Kościół, tam musi być miłość. Dlatego czuwajmy. Najprędzej usłyszymy ten głos w swojej własnej duszy. Kiedy się nad tym zastanowię w stosunku do siebie i w stosunku do innych, z którymi jestem powiązany tyloma rozmaitymi więzami, jak ja ich kocham, czy ja naprawdę ich miłuję i powiem: „Tak”, mogę wtedy Bogu podziękować. Trzeba wtedy Bogu dziękować w największej pokorze, bo to nie jest nasza zasługa.

Trzeba dziękować, jeżeli można o sobie tak powiedzieć: „Wszystkim dobrze życzę, wszystkich kocham, z wszystkimi chcę być w zgodzie, szukam zawsze tej drogi, żeby jakoś tę swoją wolę, moje życie dostosować, dopasować, zjednoczyć z tym drugim człowiekiem, żeby nie stawać w opozycji, w sprzeciwie”. Na zjednoczeniu woli polega zgoda, która wynika wprost z. miłości, a nie koniecznie na jedności przekonań, opinii. Więc badajmy swoje serce. Jeżeli się tak zapytam, czy naprawdę można o was powiedzieć: „Jak wy się wzajemnie miłujecie” i wtedy usłyszę straszliwy krzyk, że to jest nieprawda. „Nieprawda, ja nie chcę tak jak oni, ja chcę całkiem inaczej, właśnie dlatego, że oni tak chcą – to ja chcę przeciwnie” – to wtedy rzecz może dwojako się przedstawiać.

Może to będzie sprawa uczucia, namiętności, może jakiegoś doznanego cierpienia, krzywdy. W człowieku czasem narastają poza naszą wolą takie rzeczy, które po prostu zagłuszają naszą wolę. To rzecz jeszcze stosunkowo mało niebezpieczna, bo to jest po prostu ból, w którym jest więcej cierpienia niż złości. A choć się tam i trochę złości znajdzie, to przede wszystkim będzie jakaś męka wewnętrzna, cierpienie, które w końcu oczyści człowieka, jeżeli człowiek będzie szukał cierpliwie wśród ciemności, dążył do jakiegoś zrozumienia, odnalezienia wspólnej drogi dla woli swojej i woli swoich braci czy sióstr.

Może też w grę wchodzić zła wola: „Ja nie chcę, jestem zdecydowany nie chcieć, wolę się zbuntować. Ja nie chcę mieć z nimi nic wspólnego, nie chcę znać, nie chcę wiedzieć, bo ja chcę iść całkiem inną drogą”. Mamy tu zupełnie dobrowolną niezgodność woli. Zachodzi tutaj to, czego dopuścił się człowiek w raju, to czym jest pycha – grzech ciężki – grzech wprost przeciw miłości. Tu nie ma innej rady, jak tylko się nawrócić, podobnie jak na każdy grzech nie ma innej rady, jak ‚tylko zerwanie z nim i powiedzenie sobie: „Muszę w tej chwili z tej drogi zawrócić. Muszę zawrócić z drogi wyłączenia i ekskomuniki, z niezgody w stosunku do mojego Zgromadzenia, do moich przełożonych, do moich podwładnych – wszystko jedno do kogo – do tej społeczności, w której się znajduję i z której wyłączam się”.

Przez grzech pychy wyłączam się z jedności z Bogiem. To się dzieje automatycznie, bo nie dadzą się pogodzić miłość Boga i nienawiść bliźniego. I co wtedy? Sytuacja smutna, i u księży może ona zaistnieć, i w zakonie. Co wtedy trzeba robić? Trzeba to samo zrobić, co z każdym grzechem. Po prostu trzeba sobie powiedzieć: „Ja jednak muszę zrezygnować z samolubnej postawy, egoistycznego zacięcia się w sobie dlatego, że mnie coś nie odpowiada, i włączyć się znowu w jedność z Bogiem”.

Dobrze jest więc przeczytać sobie to zdanie i zobaczyć, jakie ono znajduje echo w moim życiu: „Patrzcie, jak oni się wzajemnie miłują”. A jeżeli usłyszymy w tym jakiś fałsz, jakiś zgrzyt, coś, co nas będzie strasznie raziło, to znaczy, że trzeba będzie dokonać przeglądu całej swojej postawy w stosunku do innych, czy czasem nie trzeba tam czegoś zreformować.

Jeżeli zobaczymy, że jest tam tylko ból, cierpienie, wzburzone uczucie, namiętność, ale że w gruncie rzeczy chcemy dobra, tylko nie umiemy, nie potrafimy go czynić, ale się borykamy, walczymy, męczymy się z tego powodu, to jest dobrze. Ale jeśli zobaczymy w sobie zaciętość, spokojną, świadomą zupełnie wolę, zwróconą do zła, to wtedy trzeba się zabrać do pokuty. Pokuta to jest przemienienie naszej wewnętrznej postawy. Bez tego nic się zrobić nie da. O jedność swojej woli, swojej postawy z tymi, wśród których pracujemy i żyjemy trzeba się bardzo cierpliwie starać. To jest rzecz niełatwa. Wymaga ćwiczenia się. Wstaję rano, idę do pracy. Ale już w kaplicy, w czasie pacierzy, coś mnie może razić, bo ktoś tam chodzi, szwenda się niepotrzebnie, świeci światło, czy przesuwa stołki. Mnie to drażni. Dlatego też mam w sobie wzbudzić przekonanie, że przesuwanie stołków jest jego obowiązkiem. Mam starać się uzgodnić swoją rozdrażnioną wolę z tą drugą osobą.

Mogę zająć dwie pozycje: albo się oburzyć i drżeć, kipieć z oburzenia: kiedy ona wreszcie przestanie się kręcić po kaplicy i przestanie przestawiać te stołki, albo przeciwnie – pomyślę sobie: ona pewnie myśli, że musi teraz to zrobić i pewnie chce jak najlepiej. Dlatego choć jest mi to bardzo niemiłe, bo przerywa modlitwę i nie mogę się skupić, nie będę się z tego powodu gniewać, gdyż chcę, żeby moja wola szła tym samym torem – bo i jej, i mnie zależy na tym, żeby Pana Boga chwalić. Wykluczam w stosunku do tej osoby jakieś sprzeciwy.

To samo będzie przy posiłkach. To samo, kiedy ktoś mówi na rekreacji coś, co mi się nie podoba. Wtedy mam starać się zrozumieć, dlaczego jemu się to właśnie podoba. Mam się starać wejść w jego sytuację, starać się zrozumieć, dlaczego on to tak rozumie. Zrozumieć drugiego człowieka to tak, jak gdyby już mu przebaczyć. Wszystko zrozumieć — to wszystko przebaczyć, tak mówi przysłowie.

I coś w tym jest. Dopiero wtedy, kiedy ja stanę w takiej sytuacji wewnętrznej, w jakiej znajduje się tamten człowiek, wczuję się w to, co mówi, potrafię z nim współczuć – wtedy dopiero będę miał prawo cokolwiek powiedzieć na temat jego zdania, jego decyzji. Dopóki jestem w swoim świecie samolubnie zamknięty, ze swojego podwórka niechętnym okiem patrzę na to, co ten sąsiad tam robi, to naturalnie nigdy nie będzie mowy o jakimś zjednoczeniu woli, zgody, miłości. Tylko ciągle będzie rozdarcie, rozdźwięk, ból. Ból Mistycznego Ciała Pana Jezusa zranionego głęboko przez brak miłości.

Zjednoczenie woli wymaga ofiary, bo nasza natura bardzo nie lubi, gdy ktoś nam powie coś przykrego. Na przykład, jeśli przełożona zrobi jakąś rzecz, która nam się wydaje niedobra, nie niedobra w sensie moralnym, ale którą trzeba by było zrobić inaczej. Wtedy trzeba starać się dopasować swoją wolę do woli przełożonej, zrozumieć, czego ona chciała, dlaczego to zrobiła, trzeba wejść w sytuację tej przełożonej.

Łatwo jest krytykować i sądzić przełożonych i podwładnych, i w ogóle sądzić. I tak łatwo nakleić etykietkę: „Ten jest taki, a ten jest taki”. Poustawiać ludzi, jak w aptece słoiki, i powiedzieć: „Ten jest pyszałek, zarozumiały, z nim nie można mówić; ten jest łakomczuch; ten jest debilem” – każdemu taką etykietkę przykleić. „A ja jestem na to, żeby tu gospodarzyć. Wszystko jest źle…”.

My wszyscy ciągle się stajemy. Jesteśmy jak wosk, który ciągle się przelewa, ciągle inny kształt przybiera. Siostry przecież doskonale wiedzą, jak to wygląda od wewnętrznej strony duszy ludzkiej: i pyszałkowatość, kiedy to człowiek męczy się tą swoją pychą i jest udręczony swoją miłością własną, i zmysłowość, i lenistwo, których człowiek tak nienawidzi.

Człowiek się staje, człowiek się przemienia, robi się inny. Nie można ustawiać się w stosunku do drugiego człowieka jak sędzia. Nikt nas nie ustanowił sędziami dla innych ludzi. Mamy się kochać wzajemnie – to jest nasz obowiązek. Czy to znaczy, że nie może być nieporozumień między chrześcijanami? Mogą być, były i są. Wiemy doskonale z Dziejów Apostolskich, że już właśnie ci chrześcijanie, o których mówiono: „Patrzcie, jak oni się miłują wzajemnie” – spierali się między sobą. Spierali się ci, którzy byli z Żydów nawróceni, z tymi, którzy byli nawróceni z pogan, o to, którzy więcej pomocy dostaną. Spierali się o takie bardzo materialne rzeczy w posługiwaniu przy stołach. Wtedy Apostołowie wybrali siedmiu diakonów, bo sami sobie z nimi nie mogli poradzić. Więc to nie znaczy, że jeżeli jest miłość w Kościele, to już jesteśmy aniołami. Jesteśmy ułomnymi ludźmi i spory mogą się zdarzyć. Ale chodzi o zasadniczy kierunek – o ustawienie swojej woli, żebyśmy naprawdę uczciwie szukali Dobra, to znaczy szukali Boga. Jeszcze raz przeczytam to zdanie z Listu św. Piotra, które przeczytałem na poprzedniej nauce, w którym św. Piotr tak mówi do kogoś: „Dusze swoje uświęciliście, będąc posłuszni prawdzie”. Prawda jest jednak dla umysłu jakimś prawem najwyższym. „Uświęciliście dusze swoje celem zdobycia nieobłudnej miłości bratniej” – macie do tej miłości dojrzeć właśnie wśród tych wszystkich konfliktów, trudności, męki, cierpienia – tak jak ziarno dojrzewa na słocie, na wietrze, na słońcu, w spiekocie. Tak samo w końcu i dusza dojrzeje do tego, żeby w sposób nieobłudny kochać bliźnich. „Jedni drugich gorąco czystym sercem umiłujcie” – czystym sercem – to nie może być jakieś kłamstwo. Miłość musi być prawdziwa, musi być naprawdę przychylna drugiemu człowiekowi. „Jesteście przecież odrodzeni nie z tego nasienia, które niszczeje” – tu św. Piotr pokazuje życie nadprzyrodzone – „jesteście odrodzeni nie z tego nasienia, które niszczeje, lecz z tego, które nie niszczeje, przez słowo Boże, które żyje i trwa”.

Patrzcie: To wszystko ma być w waszej duszy dziełem słowa Bożego – słowa Jezusa Chrystusa. O nim powiedziano: „Wszelkie ciało jest jak trawa, wszelka świetność jego jak kwiat polny. Trawa usycha i kwiat opada, lecz słowo Pańskie trwa na wieki” (1 P 1, 24-25). A to jest słowo, które jako Ewangelię wam głoszę. Po prostu trzeba Ewangelię przyjąć, bo to jest to właśnie słowo Boże, które dusze uświęca.

A tak rozpoczyna św. Piotr ten rozdział drugi Listu: „A więc precz z wszelką złością i zdradą wszelką, obłudą, zazdrością i wszelkim rodzajem obmowy”. Tak, jakby znał nasze życie – zresztą znał nasze życie, znał przecież życie ludzi. Takie same mieli widocznie trudności pierwsi chrześcijanie, a św. Piotr był mocny, zdecydowany, i do tych pierwszych chrześcijan w Rzymie i na całym zresztą świecie pisze: „Precz”, nie może być miejsca na zdradę w Kościele Bożym, w Ciele Mistycznym Pana Jezusa, wśród chrześcijan, którzy są uświęceni przez słowo Boże. „Precz z wszelką złością i zdradą wszelką” – jakieś knowania, jątrzenia, jakieś szepnięcie słowa na pozór nic nie znaczącego, a które gdzieś, kiedyś, kogoś uderzy, precz z tym wszystkim, z tą perfidią, która potrafi zawsze pod pozorami nieraz nawet świętości, dobrej woli, dobroci i miłości zranić drugiego człowieka, bo i takie rzeczy się zdarzyć mogą.

„Precz z wszelką złością i zdradą wszelką”, precz z obłudą, z tym co było u faryzeuszów – którzy piękni byli na zewnątrz, a wewnątrz pełni kłamstwa, precz z zazdrością i wszelkim rodzajem obmowy. Nie obmawiać, nie mówić o drugich źle, mieć miłość. To jest rzecz konieczna w chrześcijaństwie. To jest program, który wynika z faktu, że jesteśmy rzeczywiście dziećmi Bożymi.

Mówiliśmy wczoraj o tym, że można spojrzeć dwojako na życie chrześcijanina – albo tak, jak na życie tego, który idzie i kiedyś tam ma dojść; albo też spojrzeć w ten sposób, że my już jesteśmy święci, już jesteśmy przez Ducha Świętego napełnieni, już jesteśmy świątynią Ducha Świętego – i dlatego tak nas strasznie bolą te wszystkie rzeczy, które nie zgadzają się z tym nowym życiem i których nie można pogodzić z naszym życiem.

I cóż mamy zrobić? Czy zrezygnujemy z Boga – i życia łaski, z Komunii św., ze świętości, z chrześcijaństwa – czy też zrezygnujemy z grzechu, przebiegłości, obłudy, zazdrości, obmowy? Chyba jest dla nas oczywiste, że musimy z tego wszystkiego zrezygnować, a zostać przy Bogu.

Jest coś pięknego w tym, jeżeli w jakiejś społeczności jednoczą się serca ludzkie, jeżeli widać dobrą wolę. Bo nie wystarczy tylko mieć mocną wolę, trzeba mieć dobrą wolę, chęć szukania wspólnego języka, wspólnego dobra, szukania jedności. Bo przecież to jest budowanie Królestwa Bożego. Królestwa Bożego nie buduje się w obłokach, gdzieś na szczytach. Królestwo Boże, to, o którym Pan Jezus mówi, jest ukryte jak skarb w roli, tak ukrył jak to wasze życie jest ukryte, i w tych waszych codziennych sprawach, uczynkach Królestwo Boże tam jest. Tam się trzeba go dokopać — tam, a nie gdzie indziej. I dlatego nad tym wy pracujecie.

Wy jesteście pracownikami, którzy budują Kościół św., bo Kościół buduje się w miłości. To nie chodzi o to, żeby misjonarze iluś tam jeszcze Murzynów nawrócili, to także, ale głównie chodzi o to, żeby ten Kościół św, tutaj w tej społeczności, do której ja należę, w tej parafii, w tym zgromadzeniu, w tym Dziele, żeby tutaj Kościół Boży krzepł, stawał się coraz mocniejszy, coraz większy, coraz świętszy, coraz czystszy przez pełną dobrą wolę wszystkich. Pamiętajcie, przecież Msza św. nie ma innego celu. Komunia to jest budowanie Królestwa Bożego. Jakby ze źródła, z tego boku Pana Jezusa rodzi się życie nadprzyrodzone, to znaczy życie miłości i jedności z Bogiem. Rodzi się życie chrześcijańskie, tak jak się rodziło w czasach pierwszych chrześcijan. Musi się rodzić. Rodzi się, gdy siostry razem idą na Mszę św. rano, i wszystkie uczestniczą w ofierze Pana Jezusa, rodzi się, gdy dla wszystkich potem kapłan przełamuje tę Hostię z jednego chleba wszyscy będą jeść; rodzi się, kiedy mówimy potem „Ojcze nasz”; rodzi się, gdy prosimy Ojca Niebieskiego, który nas wszystkich będzie za chwilę karmił Chlebem swoim „Odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy naszym winowajcom”- i kiedy prosimy o pokój, kiedy życzy nam pokoju: „Pokój Pański niech będzie zawsze z wami”.

„Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, udziel nam pokoju” to znaczy? Przecież pokój też się w zgodzie wyraża, w jedności, w miłości. Owocem miłości jest pokój. Msza św. i całe dzieło Pana Jezusa do niczego innego nie dążą, jak tylko do tego, żeby z Sióstr zrobić jedność doskonałą, świętą jedność. Nie tylko z Sióstr, ale ze wszystkich ludzi, z którymi Siostry się stykają, z księży, z biskupów i z papieża.

Jeśli więc cały wysiłek i krew Pana Jezusa i ta straszliwa męka, i to wszystko, co się działo – ten jeden ma cel – żeby nas złączyć w jedności i miłości, uczynić jednym Ciałem, to jakby było strasznie, gdybyśmy dobrowolnie rozdzierali Ciało Pana Jezusa, niszczyli to, czego On dokonał na krzyżu, umierał, krew płynęła, a my może będziemy tę krew deptać, lekceważyć to, co Pan Jezus dla nas zrobił? On nas woła do jedności i prosi Ojca Niebieskiego: „Aby wszyscy stanowili jedno, jak Ty, Ojcze, we mnie, a ja w Tobie i oni stanowili jedno w nas” (J 17, 21). Bo przecież będąc uczestnikami natury Boskiej musimy być jedno.

Nie możemy być uczestnikami jednej natury Boskiej, a równocześnie rozbici, rozdzieleni, skłóceni, przeciwko sobie występujący itd. Musi być jedność. Bez tej jedności przestajemy być zjednoczeni z Kościołem i odchodzimy od Pana Boga, od Pana Jezusa. Ale to jest niełatwe! Naturalnie, że jest niełatwe. Na krzyżu też nie było łatwo wisieć, umierać. Pan Jezus nie inną drogą nas prowadzi niż tą, jaką sam szedł. Mówi: „Jeśli kto chce pójść za mną” (Mt 18, 24; Mk 8, 34) przymusza, żebyś była w Kościele, włączyła się w tę jedność, przezwyciężając te swoje opory, te wszystkie żale, te krzywdy itd. Nie przymusza… Zaprasza, prosi pokornie, nieomal błaga: Kto może, kto chce.
Ale jeśli chcesz, to już później musisz konsekwentnie brać krzyż na każdy dzień i iść. Chociaż ci się nieraz wydaje, że wszystko jest inaczej, niż być powinno, gubisz się i buntujesz – jednak musisz znowu szukać wszystkich możliwych sposobów, żeby tej jedności służyć, Chrystusowi służyć. To jest bujanie Królestwa Bożego. Tak się buduje Królestwo Boże, które jest w duszach ludzkich.

Na końcu zwróćmy nasze myśli ku Niemu, ku temu Bogu, który jest zawsze spokojny, zawsze nieporuszony, zawsze wieczny, z którego jak ze źródła wypływa wszelkie dobro i wszelka miłość. W Nim dopiero i człowiek może się uspokoić, jego namiętności, rozdrażnienia, zazdrości i niechęci. Wszystko to może się uspokoić w kontakcie z Bogiem. Tylko trzeba Mu się podporządkować. Faryzeusze nigdy nie mogli znaleźć spokoju w Bogu, bo nie chcieli Mu się poddać do końca. Zawsze chcieli przede wszystkim być sobą. Czasem trzeba zrobić tak jak celnik: bić się w piersi, podporządkować, poddać się wielkości, świętości i dobroci Boga, uznawać swoją słabość, swoją grzeszność, w pokorze prosić o miłosierdzie, a wtedy na pewno znajdzie pokój i z Bogiem, i z ludźmi. Amen.

 

Przypominam Siostrom, że św. Piotr jest tylko jak gdyby tłumaczem Pana Jezusa. Kiedy czytamy List św. Piotra, to on jest tylko tym, który przekazuje myśli, intencje, pragnienia Chrystusa Pana. I w ten sposób trzeba czytać i słuchać słów św. Piotra. Ciągle sobie przypominać, jaka to jest bliskość – jak blisko jesteśmy Chrystusa, kiedy słuchamy słów św. Piotra. Przepaść wieków znika i stajemy przed Apostołem, który nam mówi to, co zaczerpnął i co zrozumiał, co przeżył. Przecież św. Piotr nie stworzył tego wszystkiego, co mówi o życiu nadprzyrodzonym, o miłości, nie wziął tego z powietrza i z siebie nie wysnuł, tylko to przejął wprost ze źródła od Pana Jezusa, od Słowa, które Ciałem się stało i mieszkało między nami i objawiło się światu. Piotr teraz robi to, co Pan Jezus kazał mu robić: Idzie do ludzi i powtarza, głosi Ewangelię, opowiada, że przybliżyło się do was Królestwo Niebieskie, Królestwo Miłości, Prawdy, Sprawiedliwości, że już wśród was stanął Chrystus, że jest, że już się objawiło nowe życie, życie Boże. W to trzeba uwierzyć, żeby móc ze zrozumieniem i pożytkiem czytać Listy Apostołów. I tak św. Piotr mocno, stanowczo mówił, taka ładna była to wypowiedź, że jeszcze raz ją przypomnę: „Skoro już dusze swoje uświęciliście, będąc posłuszni prawdzie”. Nie może być uświęcenia poza prawdą, poza posłuszeństwem prawdzie. Faktycznie każdy z nas może błądzić, może być w jakimś obiektywnym błędzie, ale chodzi o posłuszeństwo, o wolę, o nastawienie woli.
Posłuszeństwo istnieje w woli. Chodzi o to, żebyśmy byli posłuszni, podporządkowali nasze intencje, chcieli prawdy, przede wszystkim prawdy, bo tylko przy takim nastawieniu może dokonywać się uświęcenie dusz naszych – dojrzewanie do nieobłudnej miłości bratniej.

Po długich latach zakonnych już człowiek zaczyna rozumieć, dlaczego św. Piotr mówi, że trzeba dojrzeć w posłuszeństwie dla prawdy – dojrzeć, nieraz przez długie lata dojrzewać, do nieobłudnej miłości bratniej, takiej, która już jest bezinteresowna, która pragnie dobra tego drugiego człowieka bez jakiegoś zwrotu do siebie, bez uraz, bez miłości własnej, bez wstydu.

„Miłujcie się wzajemnie gorąco i z głębi serca” – to jest echo słów Pana Jezusa: „Po tym poznają, żeście uczniami moimi, jeżeli miłość mieć będziecie jeden ku drugiemu” (J 13, 35). I nie tylko miłość «na wynos», tzn. będziemy dobrzy dla tych, którzy z zewnątrz przychodzą, będziemy apostołować. Gdy to nie będzie promieniowaniem wewnętrznej miłości, zacznie się wszystko załamywać, będzie jakimś kłamstwem.

Pan Jezus podkreśla tę miłość wewnętrzną przede wszystkim: „Jeśli miłość mieć będziecie jeden ku drugiemu”. – My, tutaj wszczepieni przez Kościół w to Dzieło Matki i Ojca, musimy się kochać wzajemnie. Możemy się kłócić. Możemy się spierać – jak wczoraj mówiłem – możemy mieć inne zdania, możemy mieć inne przekonania, ale musimy się kochać. Jeżeli nie będzie wśród nas jedności woli, wtedy wszystko się wewnątrz rozsypie i rozbije, bo tam, gdzie nie ma jedności woli, tam nie ma też jedności działania, tam nie ma jedności wewnętrznej, nadprzyrodzonej.

Miłujcie się więc wzajemnie gorąco, z głębi serca, bez obłudy, bez zdrady, bez zastrzeżeń. To nie znaczy, że musimy mieć oczy zamknięte na wszystkie błędy i braki drugiego człowieka. Bądźcie trzeźwi, oceniajcie sprawy tak, jak one są, w prawdzie, ale równocześnie miłujcie. Jesteście przecież odrodzeni „nie z tego nasienia, które niszczeje”, nie z tego ziemskiego nasienia, którym żyje cały świat, „lecz z tego, które nie niszczeje – przez słowo Boże, które żyje i trwa”.

Słowo Boże. Cóż to jest słowo Boże? Słowo Boże przetłumaczone na słowa ludzkie, przyniesione nam przez Jezusa Chrystusa, przez Apostołów. Ono żyje i trwa. Trzeba je przyjąć i tym żyć. O nim to powiedziano, o tym słowie nasieniu: „Wszelkie ciało jest jak trawa, wszelka świetność jego jak kwiat polny. Trawa usycha i kwiat opada, lecz słowo Pańskie trwa na wieki” (1 P 1, 24-25).

Wszystko, co jest zbudowane na ludzkim tylko słowie, jest przemijające i nie zostanie z tego nic, a słowo Pańskie trwa na wieki. Dlatego wszystko ustaje, wszystko niszczeje – mówi św. Paweł (por. 1 Kor 13, 10) i wiara ustanie i nadzieja ustaje, a miłość przetrwa wszystko, bo ona się rodzi wprost z samego Boga. ,„I to jest to słowo, które jako Ewangelię wam głoszę” (1P1, 25). Widać, że św. Piotr jest świadom, iż on to słowo głosi jako Ewangelię, jako Dobrą Nowinę, otrzymaną realnie. To jest to słowo, z którym Apostoł przychodzi do was, do mnie, do każdego z nas. Tak, jak wtedy, tak i dzisiaj nam to słowo głosi jako Ewangelię, jako coś, co wziął, by przekazać dalej.

I wreszcie sam, jak gdyby podniesiony na duchu słowami, które wypowiedział, powiada: „A więc precz z gniewem, precz z wszelką złością i zdradą wszelką, obłudą, zazdrością i wszelkim rodzajem obmowy”. Widać, że musiało to w codziennym życiu pierwszych chrześcijan fermentować. Wszędzie, gdzie są ludzie, tam są rozmaite fermenty. Ale Apostoł jest stanowczy, jest surowy. Powiada, że jeżeli mamy żyć miłością, to precz z tym wszystkim, co się miłości sprzeciwia. Trzeba przede wszystkim te słowa stosować do siebie. Póki będziemy tego rodzaju słowa stosować do drugich, to wszystko pójdzie na marne. Bo wtedy każdy powie, że to ten drugi jest zły. A drugi powie, że ten pierwszy jest zły. I tak będą sobie wytykać zło, a skutek będzie akurat przeciwny. Ale jeśli każdy popatrzy się w swoje serce, w swoją duszę i zapyta się: „Czy ja tak żyję?” – to wtedy może być prawdziwa jedność.

Św. Piotr dalej pisze: „Staliście się podobni do nowo narodzonych dzieci”.
I później przypomina, że przez nawrócenie z grzechu chrześcijanie zaczęli żyć na nowo. To że żyli jak poganie, już zginęło, przepadło. I teraz mają nowe życie. „Staliście się podobni do nowo narodzonych dzieci…” (1 P2,1). I my mamy stać się podobni do nowo narodzonych dzieci. Taką postawę mają zwykle ci, którzy zaczynają drogę Bożą. Jak ktoś wstępuje do klasztoru, to jest jak nowo narodzone dziecko. Zostawia za sobą wszystko, co było zniszczalne, niedoskonałe, i teraz wchodzi z taką świeżą, jasną duszą, skruszoną, zwróconą do Boga, gotowy na wszystko — jak nowo narodzone dziecko.

Mamy doświadczenie, że po latach człowiek zatraca świeżość swojej postawy chrześcijanina, ale trzeba właśnie do niej powracać już z większym doświadczeniem, już ostrożniej, już z mniejszą pewnością siebie, już z większą pokorą. – „Trzeba stać się jak dziecko”. To jest warunek: „Jeśli nie staniecie się jako dzieci, nie wejdziecie do Królestwa Niebieskiego” (Mt 18, 3).

Trzeba się stać jako nowo narodzone dziecko, z jego świeżym spojrzeniem. Bo co z tego, że miałem tyle przykrości, co z tego, że mnie ktoś skrzywdził, co z tego, że nie mogłem tego czy tamtego zrobić, co z tego, że się przyzwyczaiłem do tego czy owego, że widzę wszystko tak jakoś krytycznie? Mogę nowym okiem spojrzeć i powiedzieć tak: Ważna jest tylko miłość, ważne jest, żebym robił co dobre i żebym chciał dokoła siebie szerzyć dobro, i nie będę zdawał rachunku przed Panem Bogiem za cały świat, za innych, za dobre siostry, za przełożonych, za te czy inne rzeczy. Ja mam być jak dziecko: proste, naiwne, spokojne, idące prosto do Boga. Naiwne, w znaczeniu – oczywiście dobrym – nie głupoty.

Trzeba mieć pokorę, żeby móc się odrodzić. Nikodem pytał Pana Jezusa, co ma uczynić, a Pan Jezus mu odpowiedział: Jeśli się nie odrodzisz, nie wejdziesz do Królestwa Niebieskiego” (por. J 3, 3 nn). A jak mogę się urodzić, kiedy już jestem stary? Czy mogę wejść z powrotem w łono matki mojej i urodzić się? – A Pan Jezus powtarza: „Jeśli się nie odrodzisz z wody i z Ducha Św. ” I my też musimy ciągle na nowo zanurzać się w Duchu Św. i w wodzie chrztu św., która przecież ciągle jakoś płynie poprzez naszą duszę w sakramencie pokuty, w Eucharystii i rodzić się znowu, by żyć nowym życiem.

„Pożądajcie zatem mleka duchowego.” Człowiek zdrowy musi odczuwać głód. Człowiek żyjący zdrowym życiem duchowym potrzebuje mleka duchowego, nie fałszowanego. Św. Piotr wiedział, że może być mleko sfałszowane, z domieszką wody. „Wy pożądajcie tego mleka duchowego, nie sfałszowanego”, bez obłudy, bez pychy, abyście dzięki niemu rośli i zbawili się.

„Przecież doświadczyliście już, jak dobry jest Pan”. Jaki wzruszający jest ten argument św. Piotra, który tak długo mówi, zachęca, i wreszcie chce już tak naprawdę przekonać swoich słuchaczy, że trzeba zacząć życie w prostocie serca. Św. Piotr, już jak gdyby nie wiedząc, jakiego użyć argumentu, powiada: „Bo przecież jużeście doświadczyli, jak dobry jest Pan”. – „Szukajcie przystępu do Niego, On jest owym żywym kamieniem, przez ludzi co prawda odrzuconym, lecz wybranym i uczczonym od Boga” (por. 1 P 2, 3-5).

Tutaj myśl św. Piotra cofa się o kilkanaście, czy ileś tam lat wstecz, znajduje Pana Jezusa i powiada, że On jest tym żywym kamieniem, który ludzie odrzucili. Inne znaczenie, inne skojarzenie musiało mieć to słowo u św. Piotra niż u nas. On był świadkiem tego odrzucenia. On widział jak Pan Jezus szedł i wzywał ludzi do dobrego, głosił Ewangelię, zachęcał do miłości, uzdrawiał chorych, szerzył dobro. A później widział, jak Pan Jezus został strasznie odrzucony, pokrwawiony, ukrzyżowany, podeptany za to wszystko, co dobrego ludziom zrobił.

I tak się stało że Miłość przyszła na świat, przyszła do swoich, a swoi jej nie przyjęli (por. J 1, 10-11). Św. Piotr jest tego świadkiem, i on ma prawo napisać, że Chrystus jest tym kamieniem, odrzuconym co prawda przez ludzi, lecz wybranym i uczczonym od Boga. Ludzie odrzucili, ludzie poranili, obnażonego sponiewierali w najstraszniejszy sposób. To ludzie Pana Jezusa opluli, dosłownie opluli, obili, ale chociaż ludzie Go w ten sposób potraktowali i odrzucili, to jednak On jest wybrany, uczczony u Boga. Św. Piotr widział na górze Tabor, jak bardzo Pan Jezus jest uczczony u Boga. Pan Bóg oddaje Panu Jezusowi w Jego ludzkiej naturze wielką chwałę. Widział w czasie chrztu Pana Jezusa Ducha Św. w postaci gołębicy, a może nie widział na własne oczy, może tylko słyszał głos, który dał znak grzmotem i widział chwałę jako Zmartwychwstałego. Widział, jak bardzo Pan Jezus był uczczony od Boga, kiedy wstępował do nieba.

Św. Piotr miał pełne prawo tak napisać. U niego to jest konkret, a nie abstrakcja, jak u nas, jakieś oderwane pojęcie. To był ten żywy kamień, bo przecież Piotr znał dobrze Pana Jezusa i Jego życie ludzkie. „Przez ludzi wprawdzie odrzucony, ale od Boga wybrany i uczczony”. Więc szukajcie przystępu do Niego, a wówczas staniecie się także takimi żywymi kamieniami. Będziecie przystępować do Pana Jezusa właśnie tak, jak te dzieci nowo narodzone, bez zdrady, bez obłudy.

Nawróćcie się w pokucie bo Pan Jezus mówił: „Pokutę czyńcie, bo przybliżyło się do was Królestwo Niebieskie” (Mt 4, 17). W pokucie, w przemianie wewnętrznej, gdy zdecydujecie się zrzucić ze siebie starego człowieka, podszytego pychą, urazami, miłością własną, poczuciem krzywdy, gdy to wszystko zrzucicie z siebie i staniecie się tak, jak to dzieciątko świeżo narodzone, to wtedy i wy staniecie się żywymi kamieniami, które będą się budować na tamtym pierwszym żywym kamieniu.

„Takimi samymi” – mówi św. Piotr. Św. Piotr jest odważny w słowach – „także takimi żywymi kamieniami”. Porównanie – Jezus i ja – a jednak tak: człowiek i Człowiek. Prawda, On jest święty, najświętszy – ja jestem grzeszny. Ale jeśli będę się nawracał i będę Go kochać, będę się starał żyć tak, jak On chce, to wtedy będę święty Jego świętością.

Tak się jednoczyć, budować w ten sposób, kamień na kamieniu, żywy Kościół Chrystusowy. W ten sposób buduje się Kościół, nie inaczej, aż uwierzymy, przyjmiemy i zaczniemy tak żyć, jakby to Chrystus żył. „Żyję ja, już nie ja, żyje we mnie Chrystus” – mówi św. Paweł (Gal 2, 20). Coś takiego ma się stać w duszy chrześcijanina. I wtedy buduje się dom duchowy, którego spoidłem jest nie co innego, a właśnie jedność woli; concordia, zgodność woli z Nim przede wszystkim, z Chrystusem Bogiem i z Chrystusem Człowiekiem i z każdym człowiekiem, w miłości, w dobrej woli. Wtedy buduje się dom duchowy.

Będziecie się budować w „święte kapłaństwo, aby składać duchowe ofiary przyjemne Bogu – przez Jezusa Chrystusa” (1 P 2, 5). – „Będziecie się budować, by stanowić święte kapłaństwo.” – nie trzeba rozumieć kapłaństwa wiernych w ten sposób, że i ten jest kapłanem, i ten jest, i tamten jest kapłanem. To jest święte kapłaństwo ludu. Lud jako całość, każdy w nim uczestniczy. To jest kapłaństwo ludzkości, człowieka w sensie zbiorowym.

Chrystus i my. Święte kapłaństwo- jesteśmy w jakiś sposób kapłanami całego stworzenia, konsekrujemy świat, ten wielki świat jeżeli mamy miłość i jeżeli jesteśmy zjednoczeni w miłości Chrystusa. W ten sposób jednoczymy się w Kościół. To jest budowa Chrystusowa, przedziwna budowa. Taka potężna, taka mocna, mocna, oczywiście Bogiem, mocna Duchem Świętym, a równocześnie budowana z tak strasznie lichego materiału jak nasze skażone przez grzech pierworodny dusze. A jednak tak. Jednak właśnie święty Kościół Boży z nas się buduje.

Św. Piotr cytuje teraz Proroka Izajasza: „Powiedziane jest w Piśmie: Oto zakładam na Syjonie kamień węgielny, wybrany i kosztowny. Kto na nim oprze swoją wiarę, nie będzie zawstydzony” (1 P 2, 8). Myśmy na Nim właśnie swoją wiarę oparli. Jemuśmy zaufali, na Nim budujemy nasze życie nadprzyrodzone. Gdy jesteśmy z Nim złączeni, wtedy uczestniczymy w kapłaństwie Chrystusa, by składać przyjemne Bogu ofiary duchowe.

Cóż wy innego robicie? Całe życie zakonnicy to nic innego niż składanie ofiar duchowych, przyjemnych Bogu, bo całe wasze życie, to ciągłe życie w miłości. Możecie czuć jakiś niesmak, gdy o tym mówię, bo wiecie, jak bardzo te ofiary są niedoskonałe, jak bardzo skażone; życie zakonne jest jednak życiem płynącym z miłości Boga. W żaden inny sposób nie można zrozumieć, dlaczego młoda dziewczyna, która mogła sobie w świecie żyć wygodnie, znalazła się w Laskach. Śpi może na niewygodnym łóżku, je w sposób, który jej może nie odpowiada; pracuje od rana do nocy —\- zajmuje się niewidomymi lub pracuje w pralni czy w piekarni, czy w szwalni, czy gdzie indziej. Właściwie dlaczego? Właśnie dlatego, że oddała życie swoje Bogu. To jest składanie ofiar duchowych: czy się modli, czy pracuje, czy cokolwiek robi.

To jest prawdą, że uczestniczycie w kapłaństwie Chrystusowym, że składacie Bogu nieustanne ofiary waszego życia, waszej duszy, ofiary, które są przyjemne Bogu – jak mówi św. Piotr. Przez Jezusa Chrystusa je składacie. Tylko dzięki temu one mają wielką wartość. Gdybyście składały te ofiary tak, jak one wychodzą z waszych rąk, to trzeba powiedzieć, że byłyby one bardzo niedoskonałe, ale gdy je składacie przez Jezusa Chrystusa, gdy je łączycie z ofiarą Pana Jezusa, to i Jego ofiara staje się waszą ofiarą. Tu trzeba podkreślić właśnie znaczenie Mszy św. Jeśli pracujecie cały dzień, a na drugi dzień jesteście na Mszy św., to już wszystko się razem łączy. Wiele razy słyszałyście, że Msza św. się nie kończy. Msza św. ma swój dalszy ciąg w tych właśnie ofiarach, które wy składacie. I następna Msza św. Jakoś to się wszystko razem wiąże i łączy.

„Wam, którzyście przyjęli wiarę, przypada ten zaszczyt w udziale. Dla tych z was, którzy wiary nie mają, jest to kamień, który odrzucili budujący”’.

Tu wyraźnie św. Piotr nie ma na myśli tych, którzy nie mają wiary dlatego, że nie poznali albo nie zrozumieli, ale tylko tych, którzy odrzucili. Nie mają wiary, bo odrzucili, bo mogli przyjąć, a nie chcieli. To jest najgorsze, każdy z nas może w pewnym momencie odrzucić, bo to sprawa wolnej woli. Ja mogę, niestety. Tę jedną straszliwą siłę mamy, że możemy odrzucić. A właśnie On stał się kamieniem węgielnym, kamieniem obrazy i opoką, o którą się rozbijają wszyscy ci, którzy Go nie przyjmują. Ponieważ Bogu odmawiają posłuszeństwa, nie spotykają się z Nim.

„Wy zaś jesteście rodzajem wybranym, kapłaństwem królewskim” – On przecież to wyraźnie mówi do nas. Trzeba te słowa znowu przyjąć z ust św. Piotra, który, jak mówi, czerpie je z Serca Pana Jezusa. Jeżeli są tam jakieś nowe myśli, to po prostu dlatego, że nie wszystko zostało w Ewangelii zapisane. Św. Piotr tę treść jakąś, którą przejął od Pana Jezusa, przekazuje teraz swoim bliźnim. Więc jesteśmy „rodzajem wybranym, kapłaństwem królewskim, ludem świętym, narodem do Boga przynależnym” – abyśmy głosili potęgę Tego, „który powołał was do świętości ze swojej cudnej światłości. Kiedyś powiedziano o was: bez łaski, a teraz jesteście łaską obdarzeni” (por. 1 P 2, 9-10).

To jest najważniejsze, żeby zrozumieć, że chrześcijaństwo jest nowym życiem i że t? tej mierze, w jakiej ktoś ma dobrą wolę, może przejść w to nowe życie. Żeby był, nie wiem jak stary, może się odrodzić, bo ta możność odradzania zawsze w chrześcijaństwie istniała. Tylko trzeba szukać, trzeba chcieć, trzeba pożądać tego mleka duchowego, trzeba stać się takim, jak św. Franciszek, takim jak Święci. Na nich widzimy najlepiej, jak można być chrześcijaninem. Czy to będzie św. Teresa od Dzieciątka Jezus, czy św. Franciszek, czy św. Agnieszka – ktokolwiek – to widzimy na tych przykładach, jak można jednak słowo Pana Jezusa wziąć, przyjąć, i jak to słowo Pana Jezusa w duszach owocować potrafi.

 

Może się wydawać, że to jest uciążliwe, że ciągle powtarzam to samo o dobroci, o miłości, ale cóż ja na to poradzę. Przecież to, co czytamy, to jest pierwsza Encyklika papieska, pierwszy List. I widocznie ta sprawa była najważniejsza, jeżeli cały List koło tego się obraca, by uwierzyć, że jesteśmy dziećmi Bożymi, że jesteśmy chrześcijanami i dlatego mamy prowadzić życie dobre. To jest sprawa podstawowa, kiedy się czyta Ewangelię, to ciągłe te same myśli się powtarzają, tylko inaczej sformułowane, raz w przypowieściach, raz w bezpośredniej nauce Pana Jezusa.

I właściwie, my strasznie nudzimy w Kościele, jeżeli chodzi o treść naszej nauki, bo ciągle powtarzamy to samo.

Zarówno bowiem Listy św. Pawła, jak i inne Księgi, zwłaszcza Nowego Testamentu, ciągle powtarzają to samo – napominanie, prośbę, zaklinanie w imię Boże, żebyśmy się wzajemnie miłowali, żebyśmy byli dobrzy. Dlatego trzeba cierpliwie znosić i cierpliwie słuchać, a przede wszystkim cierpliwie spełniać w swoim życiu to, czego nas uczy Pan Jezus i Apostołowie. Dobro jest piękne i bogate w czynie, w realizacji. Mówienie o dobru, dużo się o nim mówi, staje się uciążliwe. Więc dlatego, nie chodzi o to, żeby dużo mówić, tylko żeby spełniać to, co jest nam polecone przez Pana Jezusa.

„Najmilsi, napominam was, powstrzymajcie się od cielesnych pożądliwości, które walczą przeciwko duszy” (1 P 2, 11). Koniecznie trzeba ciało swoje trzymać w dyscyplinie. Czy to chodzi o jedzenie, czy o jakieś inne wygody, żeby nie stało się ono ciężarem, bo sprawy ciała walczą przeciwko duszy.

„Bo jesteście tutaj pielgrzymami bez ojczyzny”. Ktoś, kto dba o swoje ciało nadmiernie, troszczy się ciągle o swoje zdrowie, o swoje jedzenie, spanie, o swoje ubranie, ciągle o te sprawy zabiega, czyni tak, jak człowiek, który przykłada największą wagę do spraw ciała. A św. Piotr powiada: ,,Wy jesteście tutaj pielgrzymami bez ojczyzny”. Nie mamy tutaj ojczyzny. A jak człowiek przechodzi drogę, to nie dba o to, w jakich warunkach przechodzi. Bo co z tego, czy droga jest wygodna, czy droga jest przykra, jeżeli ją trzeba przejść, to się przez nią przechodzi. To nie jest ważne, jaka jest droga, ważny jest cel do którego ona prowadzi. I dopiero przy dojściu do celu to się świetnie rozumie. Powiedzmy, że Siostra musi przejść piechotą do Warszawy (bo coś się stało z komunikacją, autobusy nie chodzą) i czy Siostra przejdzie wśród słońca, przy wiosennej pogodzie, czy przy słocie, deszczu, zmoczona i zmęczona, to przecież jest zupełnie nieistotne. Wręcz przeciwnie — większą się ma satysfakcję, radość, gdy człowiek dojdzie do celu właśnie ciężką drogą, trudną drogą. I dlatego jesteśmy tylko pielgrzymami bez ojczyzny. Nie trzeba się przywiązywać do spraw doczesnych, do ułatwień.

„Wiedźcie przykładny żywot wśród pogan”. Żyjemy w kraju chrześcijańskim, ale czy my nie żyjemy jakoś wśród pogan także. W Warszawie, na ulicy, jaki procent tych ludzi świadomie żyje chrześcijaństwem? Zdaje sobie sprawę z tego, co to jest chrześcijaństwo? Więc kiedy jesteście wśród ludzi, to „wiedźcie żywot przykładny”, nie dawajcie złego przykładu w autobusie, w tramwaju, nie pchajcie się koniecznie na wygodniejsze miejsce, nie wchodźcie koniecznie od przodu, jeśli wszyscy muszą wsiadać od tyłu, nie idźcie pierwsze, chociaż kolejka czeka długa, chyba, że macie jakieś słuszne racje, jesteście z dzieckiem niewidomym, koniecznie musicie na oznaczoną godzinę przyjechać, wtedy trzeba ludzi przeprosić i wytłumaczyć. Ogromnie jest przykro, kiedy się czasem widzi, jak ksiądz albo zakonnica korzysta z jakichś swoich przywilejów i chce wszystkich wyminąć, bo ona jest najważniejsza. Ludzie, którzy jadą nieraz po nocnej pracy, znużeni, zmęczeni, ustępują nam miejsca w autobusie. Możemy z tego skorzystać, skorzystać z ich dobroci, ale zawsze czuć to, co czuje drugi człowiek, zawsze zrozumieć jego sytuację.

„Więc wiedźcie przykładny żywot wśród pogan, wówczas ci, którzy was lżą jako złoczyńców, zwrócą swoje oczy na wasze dobre uczynki i z powodu nich wielbić będą Boga w dniu nawiedzenia” (1 P 2, 12). I nawet to się da nas stosuje, choć zdawałoby się, że tak całkiem inne są teraz czasy, inny kraj, chrześcijański świat. Bo przecież i was ludzie lżą nieraz jak złoczyńców. O zakonnicach wyrażają się nieraz źle, mają straszliwe uprzedzenia. Większość ma ogromny szacunek i życzliwość, to prawda, ale też potrafią mówić o zakonach i zakonnicach, zresztą nieraz w sposób uzasadniony, po smutnym doświadczeniu, że nie ma nic gorszego jak zakonnica, że to obłuda, faryzejstwo. Więc lżą was ludzie, niemal jak złoczyńców.

„A jeżeli zwrócą oczy na wasze dobre uczynki, to i oni z powodu nich wielbić będą Boga w dniu nawiedzenia”. Przecież Siostry nieraz mają przykłady z życia. Ludzie się do nas z jakimś napięciem odnoszą, z jakimś lękiem, a jak okażemy trochę serca, to widzimy, że ten człowiek wcale się nie spodziewał, że zakonnica może być taka, że może być dobra, życzliwa, że może współczuć itd. Jeżeli wy będziecie dobre, to i oni będą wielbić Boga za te wasze uczynki!

„Poddajcie się ze względu na Pana wszelkiemu porządkowi, przez ludzi ustanowionemu” (1 P 2, 13). Sw. Piotr pisze w czasach prześladowania, w czasach, kiedy władza rzymska, cesarska, patrzyła złym okiem na chrześcijaństwo, a mimo to św. Piotr idąc za Panem Jezusem, który powiedział: „Oddajcie cesarzowi, co jest cesarskiego’’ (Mt 22, 21), powiada: „Poddajcie się ze względu na Pana wszelkiemu porządkowi przez ludzi ustanowionemu”, bo porządek jest potrzebny. Jeżeli jest obowiązek iść prawą stroną, to trzeba iść prawą, jeżeli jest obowiązek, tak czy inaczej się zachować, to trzeba się tak zachować. Porządek jest potrzebny. Ludzie mają prawo porządek ustanawiać i my mamy obowiązek do tego porządku w sposób roztropny się stosować. Oczywiście, nie trzeba przesadzać, trzeba umieć rozróżniać sprawy ważne od mniej ważnych.

„Bądź królowi, jako zwierzchniemu panu, bądź namiestnikom, którzy z jego polecenia karzą złoczyńców, a dobrych pochwalają, bo taka jest wola Boża” (1 P 2, 13-15). Więc nawet w stosunku do tych władz czysto ziemskich, które utrzymują porządek, ład, choć nieraz są niesprawiedliwe, były bardzo niesprawiedliwe, krzywdzące postanowienia w stosunku do chrześcijan, to jednak w tych rzeczach, które są dobre, św. Piotr każe się podporządkować, „bo taka jest wola Boża”. Samego Boga bierze tutaj za podstawę tych swoich słów.

„Macie przez dobre uczynki zamknąć usta głupocie i nieuctwu ludzkiemu, jako ludzie wolni i słudzy Boży, którzy nie nadużywają swojej wolności, by pod jej pozorem dopuścić się złego” (1 P 2, 15-16). Jako wolni ludzie i słudzy Boży, którzy nie nadużywają swojej wolności. Jeżeli tak się ma rzecz z władzami ziemskimi, tymi porządkowymi, państwowymi, to jaki powinien być stosunek do władz kościelnych, do rozporządzeń Kościoła, do władz Zgromadzenia, do przełożonych.

„Okazujcie wszystkim szacunek, braci miłujcie, Boga się bójcie”. Pamiętają Siostry, że jest dwojaka bojaźń Boża, bojaźń strachu, bojaźń przed tym, żeby nas Bóg nie ukarał, i druga bojaźń, żeby Boga nie utracić. Bojaźń płynąca z miłości, „Boga się bójcie, królowi cześć oddajcie” (1 P 2, 17). Więc zachęca św. Piotr do dobroci i do miłości w każdych warunkach i w każdej okoliczności. Zwyciężać zło dobrem. Ciągle i ciągle to samo, w stosunku do sprawiedliwych i w stosunku do niesprawiedliwych. My nie mamy innego oręża, innej broni niż właśnie dobroć i miłość, I nawet wtedy, kiedy musimy postępować surowo, kiedy musimy karać, musimy zganić, musimy przykrość komuś wyrządzić, to też zawsze, to nie będzie walka ze złem, po to żeby walczyć, tylko po to, żeby szerzyć dobro. Z tych źródeł musi płynąć cała nasza siła.

Nawet o niewolnikach św. Piotr mówi w ten sposób (1 P 2, 18) – „Niewolnicy, bądźcie z wszelką bojaźnią poddani panom waszym, a to nie tylko dobrym i łaskawym, lecz również opryskliwym”.

W tych czasach, gdy św. Piotr pisze ten List, niewolnictwo jest powszechne, a jednak powiada do niewolników: I wy także, w tych warunkach, w jakich żyjecie, musicie także starać się dobrocią zwyciężać. Bo to właśnie jest oznaką łaski, jeżeli ktoś pomny na wolę Bożą potrafi znieść krzywdy i cierpieć niesłusznie. Nawet tam, gdzie jest przecież wyraźna krzywda, bo jakaż większa może być krzywda niż krzywda niewolnika, który jest w sposób niesprawiedliwie karany przez swojego pana.

Z tym się nie da porównać żadna z tych przykrości, których Siostry mogą doznać w życiu, czy w zakonie. A św. Piotr powiada, że nawet to należy złożyć jako ofiarę Bogu. Bo to jest oznaką łaski, jeżeli ktoś może znieść krzywdy i cierpieć niesłusznie. Czy my znamy naukę chrześcijańską naprawdę tak do końca, w praktyce naszego życia, czy my umiemy znosić krzywdy i cierpieć niesłusznie, czy my nie mamy takiego straszliwego uwrażliwienia miłości własnej, które sprawia, że gdy tylko ktoś wkroczy w dziedzinę naszych praw, naszej wolności, naszych spraw, czujemy się pokrzywdzeni. Jak to porównać z chrześcijańskim niewolnikiem, który doznaje takiej wielkiej krzywdy od swojego pana?

„Jakaż bowiem w tym chwała, jeśli za przewinienia chłostę znosić musicie?” Jeśliś coś zrobił, za co ci się należy chłosta, no to chwalić się nie ma czym.

„Lecz jest znakiem łaski Bożej, jeżeli postępujecie dobrze, a mimo to cierpliwie znosicie krzywdę” (1 P 2, 20). Wszystko jedno, czy to będzie krzywda wyrządzona w autobusie przez kogoś, czy krzywda wyrządzona przez współsiostry, czy przez współpracownika, czy przez przełożonego, wszystko jedno. Ale jeżeli ktoś cierpliwie znosi krzywdę, chociaż w swoim przekonaniu postępuje dobrze, no to wtedy ma postawę prawdziwie chrześcijańską. Do tego przecież jesteśmy powołani, na to Chrystus przyszedł na świat, zniósł najstraszliwsze krzywdy, stał się niewolnikiem, został związany, ubiczowany, ukrzyżowany i znosił to wszystko cierpliwie, bo miłość taką drogą zwycięża. Gdy umierał na krzyżu, modlił się za swoich prześladowców. To nie jest łatwa droga, droga chrześcijańska, ale to jest droga, która zmienia świat. Jeśli są jakieś zmiany bardzo zasadnicze, bardzo wielkie w świecie ludzkich myśli, w świecie społecznych przekonań, to one się zrodziły z postawy chrześcijańskiej, a nie z kultury chińskiej, indyjskiej czy jakiejś innej. To kultura chrześcijańska doprowadziła do poczucia obowiązku równości społecznej, równości kobiety i mężczyzny, wolności itd. Tam, gdzie się walczy siłą, mocą, gdzie na krzywdę odpowiada się krzywdą, gdzie oko za oko, ząb za ząb, tam nigdy prawdziwa wolność i równość się nie zrodzi.

„Do tego przecież, jesteście powołani, bo Chrystus także cierpiał i zostawił wam przykład, abyście wstępowali w Jego ślady”. Rzeczywiście, niewolnikom trzeba było to powiedzieć, aby mogli znieść tę straszliwą krzywdę, która ich nieustannie spotykała, „że Chrystus także cierpiał dla was i zostawił przykład, abyście wstępowali w Jego ślady” (1 P 2,21).

Nie ma już niewolnictwa, ale zawsze jest zależność jednego człowieka od drugiego, zawsze są przykrości różne, zawsze są krzywdy, świadomie lub nieświadomie wyrządzone. A jaką macie mieć postawę i jak się macie do tego ustosunkować, to macie wyraźnie napisane przez św. Piotra Apostoła, zastępcę Pana Jezusa, który o Chrystusie tak pisze: „Nie popełnił grzechu, nie znalazła się zdrada w ustach Jego, gdy Mu złorzeczono, nie złorzeczył, gdy cierpiał, nie odgrażał się pomstą, lecz sprawę swoją poruczył Temu, który sądzi sprawiedliwie. Grzechy nasze niósł sam w ciele swoim na drzewo krzyża” (1 P 2, 22-24).

Patrzcie, jak św. Piotr mówi, on, który tak dobrze widział i znał dzieje męki Pana Jezusa. „Grzechy nasze sam niósł w ciele swoim na drzewo krzyża.” To jest droga krzyżowa. Jego najcięższy krzyż — to nasze grzechy, które On niesie, żeby je przybić do krzyża: Abyście umarły dla grzechu i żyły dla sprawiedliwości, dla miłości, dla Boga, żebyście mogły być święte, żebyście mogły być tronem Bożym, żeby mogło stać się to wszystko, o czym mówiliśmy. Jesteście uczestnikami natury Bożej. I czy to był niewolnik, czy pan, czy to był urzędnik rzymski czy pogardzany wyzwoleniec, wszystko jedno, jeśli był chrześcijaninem, był dzieckiem Bożym, jeśli miał miłość Bożą w duszy, był święty, był świątynią Ducha Świętego.

I do nas to samo się odnosi: Abyśmy umarli dla grzechu, a żyli dla sprawiedliwości. „Krwią Jego ran zostaliście uzdrowieni” (1 P 2, 24; Iz 53, 5). Biczowanie zostawiło rany, a w czasie krzyżowania przebite były ręce, nogi, bok. Ciało Jego pokryte ranami uleczyło was. Już jesteście święte przez Jego ofiarę. I teraz nie pozostaje nic innego, jak Mu za to dziękować i żyć tak, jak On nakazuje.

Nauka św. Piotra ma związek z nauką, którą Pan Jezus nieustannie głosił.

I ta nauka o Królestwie Bożym, które się przybliżyło i o tym, że trzeba przebaczać bliźnim, trzeba kochać itd. ma ścisły związek z tym, co się dzieje na Kalwarii. To nie jest coś oderwanego, tylko to jest konsekwencja tego co się głosi, co się mówi. I dlatego Ewangelia jest skuteczna, a nasze kazania są często nieskuteczne, bo trzeba, by były związane z czynem. Inaczej się słucha Człowieka, który umarł za nas na krzyżu – Chrystusa, a za Nim św. Piotra. Bo jeżeli ktoś mówi a później czynem to stwierdza, przyjmuje wszystkie konsekwencje swoich słów w swoim własnym życiu, to wtedy jego słowo nabiera jakiegoś wielkiego ciężaru, wartości czynu. Więc uwierzcie i róbcie tak, jak św. Piotr nakazuje.

„Byliście niby owce zbłąkane, ale teraz powróciliście do Pasterza, który ma pieczę o dusze wasze” (1 P 2, 25). Błąkałyście się kiedyś może, ale teraz już jesteście z Chrystusem. On jest waszym Pasterzem i On czuwa nad waszymi duszami.

Dalej w swoim Liście św. Piotr zwraca się do małżonków i nakazuje im skromność w postępowaniu, w życiu, w ubraniu. A potem zwraca się ogólnie do wszystkich: „A na koniec bądźcie wszyscy jednej myśli, współczujący, braci miłujący, pełni miłosierdzia i pokory” (1 P 3, 8).

„Bądźcie wszyscy jednej myśli”. Tu raczej chodzi o jedność woli, bo jedności myśli nie da się zawsze osiągnąć, nie jest konieczne, ani nie jest możliwe, żeby wszyscy byli jednej myśli w sensie jednego przekonania, jednej opinii. Ale jeśli mówimy o jednomyślności, to myślimy o zjednoczeniu woli, o tym, że tego samego pragniemy, jakiejś jednomyślności chcemy w dążeniu, w celu. Więc bądźcie jednomyślne. Nie wolno sobie pozwalać na jakieś wyłamywanie się z jedności, z Kościoła.

„Współczujący” – o jest to, o co tak bardzo trzeba się starać. „Współczujący” – czujący to, co czuje drugi człowiek, tak, jak mówiliśmy poprzednio. Gdyby tak każdy starał się wczuć w to, co ten drugi czuje, jakby zupełnie inaczej wyglądało nasze życie. Bądźcie współczujący, braci miłujący, wychodzący naprzeciwko ze szczerą miłością, pełni miłosierdzia i pokory. Pokory przede wszystkim i miłosierdzia, bo bez pokory nie ma jedności.

Tym, co rozbija jedność, co sprawia, że nie może być mowy o współczuciu, o jednomyślności, o miłości, jest pycha, która skłania człowieka do nieuporządkowanej miłości siebie. Pycha, według św. Tomasza, to nieuporządkowana miłość do siebie, i wtedy już nie ma miejsca na drugiego człowieka, bo ja sam jestem na pierwszym miejscu. To jest ciągle ta sama sprawa: miłość siebie ponad Boga i ponad bliźnich. A miłość Boga ponad siebie, a bliźniego, jak siebie samego – to jest pokora. I dlatego bądźcie pokorne, nie wynoście się, bo niby z czego, dla czego? Dlaczego każda rzecz musi was tak strasznie boleć? Ktoś was zgani, coś wam się nie uda, skompromitujecie się czymś, ośmieszycie się, no i co z tego? Dlaczego mamy być pyszni? – Co się nam stanie, korona nam z głowy nie spadnie. Jeżeli ktoś będzie się z nas śmiał, jeżeli ktoś będzie o nas źle mówił, jeżeli ktoś nam niesłuszną uwagę zwróci – to co się przez to stanie? Ja nie będę gorszy ani nie będę lepszy na skutek tego, że ktoś coś o mnie sądzi.

Pokora jakoś człowieka wyzwala, uniezależnia od ludzkich myśli, od ludzkich sądów. Człowiek pyszny jest niewolnikiem, straszliwym niewolnikiem. On jest sam, a równocześnie straszliwie uzależniony od wszystkich. A człowiek pokorny jest ze wszystkimi, nic go od innych nie dzieli. Człowiek bowiem pokorny wszystkich kocha, nie ma przeszkód, nie ma jakichś odległości, łatwo nawiązuje kontakt z każdym, a równocześnie jest wolny od tego, co inni o nim mówią, myślą – jest wewnętrznie wolny.

A pycha – przeciwnie, sprawia, że człowiek uważając się za najważniejszego stoi z dala od wszystkich. Wszyscy – to oni, a ja jestem tym jedynym. Równocześnie jednak, będąc tym jedynym, nie jestem Bogiem, tylko jestem człowiekiem i dlatego jestem zależny od tamtych wszystkich ludzi. Niech ktoś się uśmiechnie, już mi jest jakoś nieprzyjemnie. Niech się ktoś przekona, że ja nie umiem liczyć czy pisać. Ciągle jestem zależny od tego, co ktoś o mnie pomyśli. Jakaż to głupota. Jakiż szczęśliwy był św. Franciszek, który był wolny i był w jedności ze wszystkimi. Jedność musi zakładać pokorę, bo nie mogą się zjednoczyć ludzie pyszni. Jeżeli ludzie będą wrażliwi, obraźliwi, pyszni, to jakże oni stworzą jedność, jak dojdą do porozumienia, kiedy ciągle uważają, że im się krzywda dzieje, że są pokrzywdzeni, upokorzeni itd. Nigdy nie dojdą do jedności, bo oni widzą tylko swoją słuszność, swój punkt widzenia, swoją postawę. Ich sprawa jest dla nich najważniejsza. Kręcą się dokoła siebie, i nigdy się z tego nie wyzwolą, jeżeli nie zrzucą pychy z serca. Potrzeba było takiego upokorzenia Pana Jezusa, jakiego doznał w czasie męki, kiedy był opluty, ubiczowany, sponiewierany, na oczach ludzi przybity do krzyża, żeby nas nauczyć pokory. Żebyśmy my przestali się wreszcie zajmować swoją wielkością, bo jeśli On był tak upokorzony, to dlaczego my mamy błyszczeć przed ludźmi i czym możemy błyszczeć ! Dlatego więc słowa św. Piotra są naprawdę ważne: „Na koniec bądźcie wszyscy jednej myśli, współczujący, braci miłujący, pełni miłosierdzia i pokory”.

„Miłosierdzia.” – bo przecież ten drugi człowiek cierpi, a my jesteśmy tak wrażliwi na swoje cierpienie, tak często i tak łatwo opowiadamy o nim, skarżymy się i naprawdę tak strasznie dręczymy się swoimi cierpieniami. Może mniej byśmy się dręczyli swoimi cierpieniami, gdybyśmy się nauczyli dręczyć cudzymi cierpieniami. Bo człowiek, który ma do zniesienia tylko swoje cierpienie, to wtedy to cierpienie wyolbrzymia. I ono się rozrasta w jego świadomości, w jego wyobraźni. Rodzą się jakieś dramaty, rosną gdzieś straszliwe góry i ta biedna dusza ugina się, ugina się straszliwie i załamać się może, gdyż to wszystko jest nadęte jakimiś urojonymi a może nieraz i prawdziwymi cierpieniami. Ale człowiek, który umie współczuć, który umie być miłosierny i ma do zniesienia nie tylko swoje cierpienia, ale cierpienia tylu innych ludzi – to taki człowiek łatwiej zniesie także i swoje cierpienie. Dlatego „bądźcie miłosierni”.

„Nie płaćcie złem za złe, ani złorzeczeniem za złorzeczenie”. To są praktyczne wskazówki. Rodzi się nieraz taka pokusa, gdy mnie ktoś dokuczy, by znaleźć okazję, i mu się odpłacić. Ktoś mnie obmówił, ktoś poleciał do przełożonej i coś na mnie powiedział, wtenczas ja szukam okazji, żeby mu się odwdzięczyć. To jest postawa niechrześcijańska. Przeciwnie, raczej błogosławcie tym, którzy wam złorzeczą. „Błogosławcie, bo jesteście powołani do tego, żeby dostąpić błogosławieństwa” (1 P 3, 9).

Św. Piotr znowu cytuje psalm, bo dobrze zna Pismo św. Starego Testamentu: „Kto bowiem chce miłować życie i oglądać dni szczęśliwe, niech wstrzyma język od złego i wargi – aby nie mówić podstępnie. Niech zaś odstąpi od złego, a czyni dobrze, niech szuka pokoju i niech idzie za nim. Oczy bowiem Pana na sprawiedliwych są zwrócone, a Jego uszy na ich prośby, oblicze zaś Pana przeciwko tym, którzy źle czynią” {1 P 3, 10-12). Życie chrześcijańskie jest waszą bronią, bo nie ma rzeczywiście innej broni niż życie według tych wskazówek, które nam św. Piotr podaje. Któż mógłby wam krzywdę uczynić, jeżeli z gorliwością zabiegacie o dobro?

Rzeczywiście, złość, w stosunku do dobra, ostatecznie okazuje się słaba. Powiedzmy, że jest Siostra, która chce innej Siostrze dokuczyć – załóżmy, że jest taka sytuacja – i szuka każdej okazji do tego. Kiedy ta druga Siostra będzie cierpliwie to znosić i w sposób taktowny, nie demonstracyjny, okaże jej życzliwość, a będzie to trwało tydzień, dwa, trzy, może rok lub dłużej, jeżeli Siostra jest zawzięta, w końcu jednak musi zwyciężyć dobro. Psychologicznie jest niemożliwe, żeby ktoś się stale złościł na tego, kto jest dla niego dobry. To jest niemożliwe, bo dobroć jest mocniejsza od złości. Tylko trzeba w to uwierzyć, że zło można i należy dobrem zwyciężać.

Na końcu myśli nasze zwrócimy znowu do Boga. Cała nauka chrześcijańska, którą czytamy w Piśmie św. i także w tym Liście św. Piotra, ma jedyne źródło – a tym źródłem jest Bóg Wieczny, Nieskończony, Dobry, Miłujący, Przebaczający, który, prawda że przez cierpienia, prowadzi ludzkość tajemniczymi drogami, ale prowadzi do szczęścia wielkiego, pełnego.

„Świętymi bądźcie, bo Ja jestem święty” (1 P 1, 18). To jest droga do zjednoczenia z Bogiem, i nie ma innej, jak przyjęcie tej nauki, którą Bóg nam objawił przez swojego Syna, którą podał nam przez swoich Apostołów. Wiara staje się owocna gdy tę naukę potraktujemy jako program swojego życia, jako swoją regułę, swoje Konstytucje. Ten program, który zostawił nam Pan Jezus, to są sprawy najważniejsze, i nic by nikomu nie pomogło, nie wiem jak wierne zachowanie wszystkich przepisów Konstytucji, jeśliby się nie znalazło w jego życiu miejsce na spełnienie przykazań Bożych – tych dziesięciorga, a zwłaszcza dwóch przykazań miłości.

Zapis audio rekolekcji ks. Aleksandra

 

Najlepszym komentarzem tego, co Pan Jezus mówi w Ewangelii, i co czyni, są właśnie Listy Apostołów, bo oni przejęli dzieło Pana Jezusa i naukę Pana Jezusa z pierwszych rąk. To jest oczywiste, nie mogło być inaczej.

Apostołowie przekładają język Ewangelii, język dzieła Chrystusowego, tego, co czynił, czego uczył, na język praktycznego życia ludzkiego.

Chrześcijaństwo jest życiem, nie jest doktryną, teorią, którą można sobie układać, zmieniać, jest tym, co się stało, co się na krzyżu rozwiązało. Problem grzechu, śmierci, cierpienia, to wszystko tam, w tym straszliwym tyglu męki, cierpienia, ofiary Pana, stopiło się i teraz płyną na świat strumienie łaski, miłości i prawdy dla wszystkich ludzi, którzy chcą wierzyć, którzy chcą to przyjąć i chcą zwyczajnie tym żyć. I w ten sposób rodzi się Kościół święty, jedność Kościoła przez wiarę, gdyż żeby stać się uczestnikiem tych tajemnic, trzeba uwierzyć.

Za czasów Pana Jezusa również „nie można było przystąpić do Niego, korzystać z Jego słów, czynów – jeśli się nie wierzyło. To był warunek pierwszy. Jeśli ktoś chciał uzyskać uzdrowienie, to Pan Jezus pytał: „Czy wierzysz?” Niczego nie otrzyma w Kościele ten, kto przychodzi bez wiary. Dlatego już przy chrzcie św. kapłan pyta: „Czego żądasz od Kościoła Bożego? – Wiary. A wiara co ci daje? – Żywot wieczny”. Już od razu widać, że człowiek nie chce się zatrzymać gdzieś na progu, ale chce iść w nieskończoność, iść do Boga, w którego wierzy.

Chodzi oczywiście o wiarę żywą, nie o jakiś wniosek filozoficzny. Bo co z tego, że ja sobie wydedukuję, że jest Pan Bóg – tu chodzi o wiarę żywą, o żywy stosunek do tej rzeczywistości nadprzyrodzonej, która jest mocna, wspaniała i leży u fundamentu wszelkiego istnienia – z taką wiarą od razu sięgamy po żywot wieczny. Bo wierzyć w Boga, a nie mieć w perspektywie żywota wiecznego, to szaleństwo. Cóż znaczy wiara dla nas osobiście, jeżeli za 20 – 30 lat będziemy leżeć w grobie beznadziejnie, na zawsze.

Kościół daje nam program Pana Jezusa, którego wyjaśnianiem są Listy św. Jana, św. Pawła, św. Piotra. I wszystko to, co się słyszy w Kościele od początku, jest niczym innym jak wyjaśnianiem tego programu: „Jeśli chcesz wejść do żywota, chowaj przykazania, będziesz miłował Pana Boga swego ze wszystkiego serca swego, ze wszystkiej duszy swojej, ze wszystkich sił swoich”. Jeśli chcesz wnijść do żywota to nie ma innej drogi.

Widzieliśmy przez co człowiek staje się uczestnikiem natury Boskiej – przez miłość, bo Bóg jest miłością i miłość nas jednoczy z Bogiem. Nie ma innego przystępu do Boga – jak przez miłość. Rozumem Go nie chwycimy, bo nam się wymknie ze wszystkich naszych myśli, ze wszystkich naszych pojęć i słów. Jedyną władzą, jedyną siłą, potęgą ogromną, jaka jest w człowieku, jaka może go zbliżyć, złączyć w jedność z Bogiem – jest właśnie miłość. Miłość, jako akt woli, powinna pociągnąć za sobą władze całej natury, bo wola jest tylko w świecie duchowym, a człowiek nie jest czystym duchem, jest człowiekiem. Za tą wolą powinno pójść i uczucie, i cała wrażliwość człowieka na piękno i dobro, i wszystko, co w nas jest, powinno być jakoś porwane przez tę miłość ku Dobru nieskończonemu, które jest przed nami. Wtedy dokonuje się to, co najistotniejsze – złączenie człowieka z Bogiem, zjednoczenie, uczestnictwo w Boskiej naturze.

„Jeśli chcesz osiągnąć życie” (Mt 19, 17), to musisz kochać. Miłość bowiem nie jest niczym innym jak uczestnictwem w życiu Bożym: miłość Boga ponad wszystko, a bliźniego, jak siebie samego. Jesteśmy złączeni ze sobą więzami przez to, że jesteśmy wszyscy ludźmi, że mamy tę samą naturę ludzką. Nie zdajemy sobie dobrze sprawy z tego, jak bardzo jesteśmy sobie wzajemnie potrzebni. Jesteśmy naprawdę złączeni z tymi, którzy nas zrodzili, i z pierwszymi ludźmi, którzy nam wszystkim dali to samo życie, to samo człowieczeństwo i to nawet ze skazą, którą oni zaciągnęli przez grzech pierworodny. Naprawdę jesteśmy jednością, krewnymi, bo przecież w nas wszystkich ta sama krew płynie, wszyscy jesteśmy zjednoczeni ze sobą.

Nasza droga do Boga jest wspólna. Ta jedność nasza nie jest tylko na płaszczyźnie natury, ale jest jeszcze pełniejsza na płaszczyźnie łaski. Mamy zlać się w jedno ciało, w jedno życie, w jeden organizm. A przez co? – znowu nie przez co innego, a przez miłość bliźniego, jak siebie samego. Jeśli ja naprawdę zobaczę w drugim człowieku siebie samego i jeżeli mnie naprawdę zacznie równie zależeć na tym, żeby on mógł w nocy spać, tak jak ja chcę w nocy spać; żeby on nie był przeciążony pracą, jak ja nie chcę, żebym sam był przeciążony pracą, żeby jemu nie było przykro, jak ja sam nie chcę, żeby mnie było przykro.

Gdy naprawdę zacznę czuć, współczuć z drugim człowiekiem, kochać go z głębi serca, to wtedy ta nasza jedność w świecie nadprzyrodzonym jeszcze bardziej umocni tę jedność, która płynie już z samej natury naszej. I dlatego Kościół — to jeden organizm, jedna świątynia Boża, jedno Ciało Pana Jezusa, ze sobą i z Nim złączone. Jeślibyśmy chcieli partyzantkę uprawiać i na własną rękę się zbawić, poza Kościołem, w tym znaczeniu, że nie szukalibyśmy jedności, łączności w miłości, w dobrej woli – to świadczyłoby to o tym, żeśmy po prostu zabłądzili. Nie ma bowiem zbawienia poza Kościołem, w każdym razie poza tym duchowym Kościołem. Wiemy, że można zewnętrznie należeć do Kościoła, a duchem być całkiem dalekim od Kościoła. Co z tego, że ktoś został ochrzczony, że jest zapisany w metrykach, jeśli później całkowicie odszedł, stracił wiarę, stracił miłość. Niby jest formalnie, zewnętrznie związany – jak go zapytają o wyznanie, on powie: „Jestem katolikiem”, ale co go właściwie łączy z Kościołem?

Pan Jezus ciągle podkreślał tę jedność, kiedy mówi „wy”, kiedy mówi „o nas”, „o was”. Kiedy mówi do uczniów, do Apostołów, do innych ludzi, traktuje ich jako jedną całość. Kiedy uczy, jak się mają modlić, mówi: „Módlcie się w ten sposób: Ojcze nasz”. A więc jest jedność. Jeżeli to nie jest Ojciec mój, tylko Ojciec nasz, to już jest jakaś jedność natury rodzinnej, jedność bliskiego pokrewieństwa. Bo jeżeli wszyscy mamy tego samego Ojca i zawsze wspólnie do Niego się zwracamy, nie wyłączamy się od.innych, to znaczy, że jesteśmy ściśle ze sobą związani.

Kiedy Pan Jezus będzie mówił o tej jedności w Kościele, to powie: „Ja jestem szczep winny, a wy latorośle” (J 15, 5). On jest tym, co rośnie od korzenia, a my jesteśmy tego szczepu latoroślami. A wszystko to jest jednym życiem, czyli jednym organizmem. I to samo odnosi się do nas, trzeba to sobie dobrze uprzytomnić. Dlatego zakon, zgromadzenie, parafia, czy jakakolwiek inna społeczność w Kościele – to jedna społeczność spojona ze sobą. Na tym tle widać, jak bardzo szkodliwe i godzące w dzieło Pana Jezusa są grzechy, które rozbijają jedność Kościoła świętego. On cierpiał w tym celu, żebyśmy byli jedno, żebyśmy siebie kochając Jego kochali. Jeśli my, przez złośliwe obmowy, plotki, krytyki, szemrania, niechęci, będziemy prowadzili rozbijające działanie, to będziemy niszczyć jedność, niszczyć dzieło Pana Jezusa. Trzeba to sobie powiedzieć otwarcie i bardzo prosto.

Mogą być nieporozumienia na tym tle, więc jeszcze raz przypomnijmy, że niekoniecznie chodzi o jedność opinii, ale, że chodzi o jedność woli, o to, żebym ja z całą dobrą wolą szukał spotkania z wolą drugiego człowieka, żebym się nie nastawiał do niego wrogo, żebym nie chciał trwać wobec niego w pozycji «z góry» niechętnej, wrogiej. Może mi czasem trudno zapanować nad uczuciami, nad namiętnościami, nad tym wszystkim, co się w nas kotłuje, kiedy się spotkamy z jakąś przykrością czy krzywdą. Ale nie o to chodzi, chodzi o wolę. Muszę mieć tę zasadniczą postawę, że chcę jedności, pragnę jedności, chcę starać się zrozumieć drugiego człowieka, chociaż jest mi bardzo trudno. To jest mój obowiązek chrześcijański, mam kochać go, jak siebie samego.

O tym trzeba koniecznie pamiętać, bo przez pychę dużo się zła dzieje w całym Kościele i wśród księży, i wśród zakonnic, dlatego, że nie chcemy się podporządkować jedni drugim, chcemy by wszystko się działo według naszego myślenia, naszego rozumienia, kiedy często musi się dziać według rozumienia innych. Przecież jeżeli jest jakaś rzecz, którą kilka osób robi, to jeden musi zadecydować.

Jedność wymaga rezygnacji, zamierania – i dlatego nie ma Kościoła bez męki, tak jak nie ma zbawienia bez męki Pana Jezusa, tak nie ma Kościoła bez cierpienia i bez męki członków. Rzeczą konieczną są cierpienia i trudności. Im bardziej jedność ma być spoista, bardziej związana, tym większego trzeba wyrzeczenia.

W tym celu tworzymy dobro i chcemy je szerzyć, żeby ono ogarniało ludzi, żeby wszyscy ludzie znaleźli szczęście w tym, że chwalić będą Ojca Niebieskiego. Przecież On jeden zasługuje na wdzięczność, na chwałę. Jeśli w nas coś dobrego się czasem pojawi, coś dobrego zrobimy, czy ktoś coś dobrego uzna w nas, to przecież jest to dobro nie nasze. Byłoby strasznie głupio je przypisywać sobie, siebie wynosić dlatego, że Bóg zechciał przez nas coś dobrego zrobić, komuś pomóc, komuś łaskę wyświadczyć, czy pocieszyć.

Trzeba czytać Ewangelię, rozumieć, co to jest być chrześcijaninem. Trzeba uwierzyć – potem już iść tą drogą, którą nam Kościół przy chrzcie św. pokazał.

„Jeśli chcesz wejść do żywota…” A myśmy już weszli do żywota, bo życie nasze jest już życiem ludzi zjednoczonych z Bogiem, jeszcze w ciemnościach, jeszcze wśród nocy. Jeśli jesteś wśród najgłębszej nocy, wśród najgłębszej ciemności w jakimś miejscu – to już jesteś w tym miejscu, masz kontakt z całą rzeczywistością, która cię otacza, chociaż jeszcze jej nie widzisz, ale gdy wstanie słońce, będziesz widział, bo to przecież jest to samo miejsce. Tak samo jest i w naszym życiu. Musimy uwierzyć, że jesteśmy już zbawieni, że już żyjemy życiem Bożym, a później to już tylko problem wschodu Słońca, żeby Ono się nam objawiło i żebyśmy w pełni zobaczyli to, co teraz oglądamy w ciemnościach wiary. Amen.

Zapis audio rekolekcji ks. Aleksandra

 

Z tego, cośmy dotychczas mówili, wynikają bardzo praktyczne życiowe wnioski i konsekwencje.

Najpierw, życie chrześcijańskie to jakiś nowy rodzaj życia: Już nie możecie żyć tak, jak poganie, myśleć tak, jak ludzie, którzy żyją daleko od Pana Boga. Trzeba ponosić konsekwencje tego, że jesteśmy ochrzczeni, że mieszka w nas Bóg, że chcemy Boga kochać. To jest po prostu nowy rodzaj życia, w innym się żyje świecie.

Drugim praktycznym wnioskiem jest to, że życie chrześcijańskie jest trudne. Chrześcijaństwo nie jest łatwą drogą i łatwym rodzajem życia. Idąc za Chrystusem Panem trzeba się decydować na cierpienie, na ofiarę. Zupełnie zwyczajnie. Nie robić z tego dramatu, nie robić z tego wielkich nadzwyczajności, tylko tak, jak to zwykle ludzie prości na wsi potrafią – pokojnie, najzwyczajniej znosić cierpienia.

Pamiętam, w szpitalu była kiedyś chora, która miała raka piersi, jedną wielką ranę. Tak się męczy już długi czas – i mówi mi, że jakoś przyjmuje to z ręki Bożej. Znosi to. O to właśnie chodzi. Ona ma wiarę i widzi w tym wolę Bożą, krzyż, który jej Pan Bóg dał. I znosi to. I ileż, ileż razy spotykamy się z takimi objawami prawdziwej, wielkiej ofiary i miłości. Życie chrześcijańskie nie jest łatwe.

W końcu jeszcze jeden wniosek, to ten, że idziemy razem, że Kościół, życie z Panem Jezusem – to życie z innymi. Nie można żyć z Panem Jezusem przy wykluczaniu innych. Jesteśmy Kościołem. Kto chce żyć z Panem Jezusem, musi. żyć z drugą Siostrą, musi żyć z przełożoną, musi żyć razem z tym człowiekiem, który jedzie z nami tym samym autobusem. Musi współżyć, łączyć się, być cząstką poprzez jedność woli, jedność miłości z innymi. Nie można inaczej.

Św. Jan wyraźnie mówi: „Kto by mówił, że kocha Boga, a nie miałby miłości bliźniego, ten jest kłamcą” (por. 1 J 4, 20). Trzeba więc sobie powiedzieć, że idziemy razem. Dlatego musimy sobie razem pomagać. Mnie powinno bardzo zależeć na tym, żeby wszyscy stawali się lepsi. Tak, jak to robili pierwsi chrześcijanie, którzy się wzajemnie zachęcali do dobrego, dodawali sobie odwagi – w cierpieniu, w smutku, w sposób szczery, prosty, nie sztuczny.
Trzeba ogromnej delikatności w tych rzeczach. Bo jeśli człowiek przychodzi komuś pomagać w sprawach wewnętrznych, a jeszcze go nie dosyć kocha, nie dosyć rozumie, to wtedy mogą wyjść straszne rzeczy. Jeżeli do matki – która się boryka z życiem, ma sześcioro dzieci i dowiaduje się od lekarza, że zachorowała na gruźlicę, i jest na skraju rozpaczy – przyjdzie pobożna siostrzyczką czy jakaś pani pobożna i zacznie jej tłumaczyć: „No widzisz, pogódź się z wolą Bożą, bo Bóg daje takie krzyżyki” – to wtenczas chciałoby się ją wziąć za kołnierz, wyrzucić. Nie można w ten sposób, nie można! Trzeba najpierw zrozumieć, co ta kobieta cierpi, trzeba z nią współczuć, zrozumieć, i dopiero wtedy delikatnie, z największą ostrożnością dotykać, bo to są rany. To są straszne rany, straszne cierpienia. Więc nie gospodarzyć sobie w cudzych duszach! Straszną rzeczą jest ten brak jakiejś delikatności wśród zakonnic, wśród księży, wśród tych ludzi niby duchownych, ludzi dobrej woli, co to chcą innymi kierować.

Z jednej strony nie wolno nam rezygnować z tego, cośmy niedawno czytali w lekcji: „Abyście z wszelką mądrością jedni drugich nauczali i krzepili…”’ (Kol 3, 18) – w czym? W tym, żebyście się coraz więcej kochali wzajemnie, Boga kochali. I to społeczne ustawienie naszej religijności, poczucie odpowiedzialności (ale znowu w dobrym znaczeniu) za wszystkich, jest rzeczą ogromnie ważną w Kościele.

Nam nie może być obojętne, gdy ktoś robi coś bardzo dobrego.Musimy się wtedy cieszyć. Jeżeli się dowiadujemy, że ktoś inny przechodzi jakieś wielkie cierpienia i poddaje się woli Bożej w tych cierpieniach, to się z tego trzeba radować. Jeżeli widzimy, że ktoś grzeszy, to trzeba boleć. Cierpieć trzeba na widok tego, że ktoś źle robi. Ale postawa nasza ma być pozytywna, a nie negatywna. Pozytywna postawa polega na tym, że ja chcę jego dobra, a nie na tym, że ja się oburzam, że ten człowiek jest grzesznikiem, że jest niedobry, że jest taki czy owaki. Nie na tym, że ja muszę z tym gdzieś lecieć, oskarżyć, rozpowiedzieć itd. Nie. To nie będzie po chrześcijańsku, bo to nie płynie z czystego źródła. Płynie z miłości własnej, może ze świerzbu języka, nie wiem z czego, ale to nie płynie z miłości. „Upomnienie braterskie” stanie się chrześcijańskie i dobre, jeżeli będzie płynęło z czystego źródła. Bo jeden jest tylko cel. Celem tym nie może być pragnienie okazania świętego oburzenia z tego powodu, że ktoś tam łamie porządek czy nie słucha przełożonej, czy robi coś po kryjomu. Ja wtedy drżę świętym oburzeniem, zwracam jednocześnie uwagę z „wielką miłością” drżącą z oburzenia. To wszystko robi się takie niestrawne… To pozorna miłość, a pod jej pokrywką niechęć. Pełna oburzenia zwróciłam uwagę, a potem również oburzona donoszę przełożonej. — Wszystko trzeba zrobić. I zwrócić uwagę, i jeżeli istnieje obowiązek, to donieść przełożonej, ale wszystko z miłości, dla dobra, nie dla czego innego.

Jeśli to pomaganie drugiemu człowiekowi w drodze do Boga będzie płynęło z innych źródeł niż z czystej miłości do niego, pragnienia jego dobra, to wtedy to wszystko nic nie będzie warte, będzie szkodliwe. I jeszcze gorzej będzie, niż było. Dlatego trzeba mieć szacunek dla dobrej sławy drugiego człowieka. Nam nie wolno szafować dobrą sławą drugiego człowieka.

A grzech obmowy, co to jest? Grzech obmowy zachodzi wtedy, gdy się wyjawia cudze tajemne grzechy. To jest grzech obmowy. I grzech ten staje się ciężki wtedy, kiedy się bez słusznej racji, bez wystarczającej przyczyny wyjawia cudze ciężkie grzechy. Im cięższe ktoś popełnia winy, tym bardziej mamy obowiązek strzec jego dobrej sławy. To się wydaje dziwne, ale tak jest.

Czym innym jest obmowa, a czym innym oszczerstwo. Oszczerstwo występuje wtedy, jeżeli my nakłamiemy na kogoś. Ktoś nie zrobił czegoś złego, a my ze złośliwości mówimy, że on to zrobił. Mamy kłamstwo przeciwko drugiemu człowiekowi, które jest też grzechem ciężkim, jeżeli dotyczy materii ciężkiej, sprawy ważnej.
Grzechem obmowy nie jest kłamstwo, tylko powiedzenie prawdy o drugim człowieku, o jego błędach, bez słusznej przyczyny. I ciężar tego grzechu wzrasta w miarę tego, jak wielką winę wyjawiamy.

Trzeba pamiętać o tym, że każdy z nas, bo wszyscy jesteśmy grzesznikami, z miłosierdzia Bożego ma prawo do dobrej sławy i tej dobrej sławy niszczyć nie wolno. Są jednak takie wypadki, kiedy zachodzi obowiązek wyjawienia błędu drugiego człowieka i to nieraz nawet natychmiast. Obowiązek ten zachodzi tam, gdzie ta sprawa jest społecznie bardzo szkodliwa – dla całości, dla społeczeństwa, dla Zgromadzenia, dla Dzieła, dla Kościoła.
Jeśliby ktoś wyjawił np., że ktoś nosi się z zamiarem zdradzenia Ojczyzny. Gdzieś usłyszałem, czy dowiedziałem się i wiem tylko ja, że ten człowiek chce zdradzić Ojczyznę, oddać Ojczyznę w ręce nieprzyjaciela, to wtedy ja mogę i mam obowiązek ze względu na dobro całości, ratować Ojczyznę, donieść o tym, aby unieszkodliwić zło. Jeżeli dowiaduję się, że ktoś głosi zasady niezgodne z nauką chrześcijańską i głosi – nie dla siebie chowa – tylko głosi, rozszerza te zasady i wiem na pewno, że to jest źle, że w tym jest jego zła wola, jego grzech – to wtedy mam obowiązek to powiedzieć, żeby chronić całość. Najpierw zwrócić uwagę. Pan Jezus mówi, by zwrócić uwagę bratu, który grzeszy, raz drugi, a później przy świadkach powiedzieć Kościołowi, bo dobro całości tego wymaga.
Ale jeżeli to nie jest zło, które grozi innym, całości, społeczności, tylko chodzi o własną duszę tego człowieka, to wtedy musimy postępować bez porównania delikatniej. Bo wtedy jedynym motywem mojego wtrącania się w sprawę drugiego człowieka jest jego dobro. Żadnego innego motywu nie może być.

Jeżeli np. ktoś popełnia jakieś tajemne grzechy przeciwko czystości, to jedynym motywem dla którego mogę próbować tutaj interwencji, wchodzić w tę strasznie delikatną sprawę – jeżeli to nie ma żadnych skutków społecznych, a są to sprawy, które tylko tej jednej osoby dotyczą i w żaden sposób nie grożą zakażeniem otoczenia – to wtedy jedynym motywem mojej interwencji ma być dobro tego człowieka grzeszącego.
Jeśli jednak będzie taka sytuacja jak z jabłkami – kiedy jedno jabłko się zepsuje, to inne jabłka zaczną się psuć – to wtedy trudno, trzeba jabłko czym prędzej wyrzucić, bo musimy ratować wszystkie inne jabłka. Każda gospodyni to wie i każda tak zrobi.

Ale jeżeli jest to sprawa tego jednego, jedynego «jabłka», to jedynym motywem zainteresowania się ma być dobro tego człowieka, o którego chodzi. Jedynie miłość, już nie miłość społeczności, ale miłość tej jednostki może tu wchodzić w grę, i ona jest najwyższym prawem w moim postępowaniu. Jeżeli to jest potrzebne, jeżeli wiem, że może być skuteczne, jeżeli wiem, że przez to nie pogorszę jeszcze jego wewnętrznej sytuacji, tylko mu jakoś dopomogę, jeśli potrafię to zrobić odpowiednio, delikatnie – to mam obowiązek pod grzechem mu pomóc.

Ale to nie płyniesz jakiejś postawy negatywnej, wyrażającej, się w chęci walki z nim, bo on jest zły, tylko z postawy pozytywnej, z przekonania, że ja muszę go kochać, ja muszę chcieć, żeby on był dobry, ja muszę cierpieć z tego powodu, że on błądzi. Jeżeli uważam, że mogę mu dopomóc, żeby był lepszy – to wtedy mam obowiązek to uczynić. I dlatego jest obowiązek tego upomnienia braterskiego, który nieraz może być bardzo ciężkim obowiązkiem. Inaczej ten obowiązek wyglądać będzie od strony przełożonych, inaczej od współsióstr. Dlaczego? Bo przełożony tak jak sąd musi karać, musi dbać o jakieś zasady, jest stróżem prawa. Dlatego, że tu chodzi również o jakieś dobro społeczne. Jeżeli przełożony nic nie mówi, to znaczy, że tak można. Przełożony musi interweniować, nieraz w sposób bolesny. To jest jego ciężki obowiązek.

Druga siostra, drugi kapłan (jeżeli to będzie wśród kapłanów) tylko wtedy ma obowiązek interweniować, wchodzić w tę sprawę, jeżeli ma nadzieję, że temu człowiekowi pomoże. Wszystko musi być dla dobra tego człowieka, z miłości dla niego. I wtedy to będzie naprawdę skuteczne. Nastawienie, że wszystko się musi wyciągać, wszystko musi się powiedzieć – to okropna rzecz.

Przełożona nie musi o wszystkim wiedzieć, tam gdzie chodzi o dobro jakiejś duszy, o ile to nie grozi innym duszom jakimiś skutkami społecznymi. Nie jest nigdzie powiedziane, że ona musi o wszystkim wiedzieć, co kto pomyślał, co kto powiedział, jak kto zgrzeszył.

Natomiast tam, gdzie chodzi o błędy, które mają echo społeczne, które rzutują na całość, które burzą jedność, miłość, z której jest zbudowany Kościół święty – to wtedy co innego. Wtedy trzeba zwrócić uwagę raz i drugi, w cztery oczy, a jeżeli nie pomaga, to wziąć świadków i przy świadkach to zrobić. Najpierw bardzo dyskretnie, a później donieść Kościołowi, już oficjalnie jako władzy, żeby interweniowała, jeżeli to zło jest społecznie szkodliwe. Trzeba w ten sposób postępować dlatego, żeby jak najmniej urazić człowieka, a to ze względu na prawo każdego do dobrej sławy. Mamy się kochać wzajemnie nie gdzieś w oderwaniu, ale w konkrecie naszego codziennego życia. Patrząc na drugich zawsze przypominajmy sobie to, co Pan Jezus powiedział o obłudniku, który mówi: „Pozwól, że wyjmę ci drzazgę” (Mt ?, 4), a sam belki w oku swoim nie widzi.

Bądźmy najpierw pokorni. Gdy mamy zacząć pomagać drugiemu człowiekowi, to najpierw sami uderzmy się w piersi. Niekoniecznie trzeba robić rachunek sumienia, bo nam czasami rachunek sumienia nie wystarczy. Rachunek sumienia można zrobić i nic nie zobaczyć. A jak człowiek wie, że jest grzeszny, to mu wystarczy. Najpierw bić się w piersi, samego siebie uważać za nędzarza, za grzesznika, a później dopiero, najostrożniej, najdelikatniej działać w sprawie drugiego człowieka.

Nie będziemy działać pochopnie, nie będziemy ot tak poprawiać wszystkiego. Bóg szanuje tajemnice ludzkiego serca, wolność ludzkiego sumienia. Bóg nie łamie naszych sumień, delikatnie się do nas odnosi, czeka, prosi, przebacza ciągle na nowo. Tak postępuje Bóg, Stworzyciel wszechświata, Ten, który jest naszym Panem. Ale czy to znaczy, że mamy się stać obojętni, że nie musimy w ogóle dbać o te rzeczy? Nie. Nie możemy być obojętni na to, co się dzieje z drugim człowiekiem. Chodzi tylko o to, żeby to wszystko płynęło z czystego źródła. Wtedy będziemy wiedzieli, gdzie, komu, jak, dlaczego mamy powiedzieć, bo będziemy się kierować pokorą i miłością a nie świerzbem języka, a nie jakąś złośliwością, czy też nieuporządkowaną gorliwością.

Każdy ma swój świat. Czy można tak łatwo zrozumieć drugiego człowieka? Każdy człowiek ma swoje myśli, swój stosunek do Boga, swoje tragedie, swoją walkę, swoje cierpienie. Jakże dużo trzeba mieć miłości i delikatności, kiedy się dotyka świata drugiego człowieka.

Patrzcie, Pan Jezus pyta się: „Czy możesz, czy chcesz?” i nie narzuca się. „Nauczycielu, co mam czynić, żeby wejść do Królestwa Niebieskiego? – A w Zakonie, co czytasz? Nie będziesz zabijał, nie będziesz kradł, nie będziesz cudzołożył. Wszystkiego tego od dzieciństwa przestrzegałem. – Jeżeli chcesz być doskonały, idź, sprzedaj wszystko, co masz i pójdź za mną” (por. Mt 19, 16-21).

„Jeżeli chcesz”. Tyś chciała, przyszłaś. Jak Pan Jezus delikatnie zaprasza: „Jeżeli chcesz”. Szanuje wolność człowieka, szanuje sumienie człowieka. I dlatego trzeba nad tym ogromnie czuwać, bo można jakąś niedelikatnością, jakimś wchodzeniem, naprawianiem, tak dużo popsuć, że dopiero Duch Św. musi cuda robić, żeby naprawić to, co myśmy „naprawiali”.

I dlatego, razem, w miłości – bo przecież chodzi o sprawy Boże – w pokorze, idźmy razem, jak grzesznicy. Wszyscy jesteśmy obarczeni, wszyscy się potykamy I każdy jeden drugiego brzemiona nosić powinniśmy. Wszyscy idziemy tą samą drogą i wszyscy w sobie jedno niesiemy światło wiary i miłości, niesiemy w sobie Boga samego. I dlatego cała nasza droga powinna być naprawdę wspólna. Mamy się kochać miłością nieobłudną, jak mówi św. Piotr, z głębi serc, szczerze, prawdziwie. Amen.

Zapis audio rekolekcji ks. Aleksandra

 

Bez milczenia, bez ciszy, nie będzie ani miłości Boga, ani miłości bliźniego. Bo miłość rozwija się w ciszy zewnętrznej i wewnętrznej. I dlatego musimy uznać za rzeczy zasadnicze, bardzo ważne milczenie, kochanie ciszy, ujarzmienie języka.
Patrzcie na Matkę Boską. Przecież milczy. Tak ważne rzeczy się dzieją, a Ona słucha i rozważa w sercu swoim, I modli się. I nic nie mówi, milczy.
Można zagadać całą pobożność i Pana Boga i religię i wszystko to, co jest najważniejsze, można się tak zarzucić słowami wewnętrznymi czy zewnętrznymi, zagadać, że będzie tylko nasze gadanie. A spotkanie z Panem Bogiem dokonuje się w akcie całkowitej wewnętrznej ciszy i oddania się Bogu. Rzecz jest tak prosta, że nawet jej wyrazić nie można. To co stanowi istotę naszego Spotkania z Bogiem, jest sprawą tak niezłożoną, prostą, pogrążoną w ciszy, że nawet tego wypowiedzieć nie można, tylko można to mieć albo tego nie mieć. Stać przed Bogiem, być Jego własnością, kochać Go.
I wtedy każde słowo przeszkadza. Każde słowo jest niepotrzebne. Bo cóż my mamy do powiedzenia, jeżeli jesteśmy z Nim, w Nim i dla Niego. W łonie Trójcy Przenajświętszej jest chyba jakaś cisza, ogromna cisza, która wszystko mówi. Tam nie ma słów. Jest „Słowo” — jedno, które ogarnia wszystko i wypowiada wszystko.

Musicie pokochać milczenie. Ale na to trzeba trochę umartwienia. Po co macie ciągle mówić? Po co macie ciągle zajmować się czymś zewnętrznym? Wtedy miłość społeczna będzie bezpieczna. To jest asekuracja dla miłości. Bo wiecie, że przez słowo najwięcej się niszczy dzieło miłości. Bardziej niż przez czyny. Czynami trudno jest rozbić jedność Zgromadzenia, społeczności, Dzieła, Parafii, bo czyny, to tak jak duży kamień, który się gdzieś rzuciło. Stało się, coś się tam zawaliło, ale wszystko inne stoi.

A słowo jest jak pożar, który wnika wszędzie, wszystko przenika jak termity czy mrówki, które gdy wejdą w jakiś dom, i po kryjomu drążą, nic o tym nie wiadomo i nagle cały dom się wali, bo jest cały spróchniały, cały wydrążony, cały zniszczony. Słowo bez miłości jest czymś, co rozbija w sposób nieznaczny, ale bardziej skuteczny niż czyny. Dlatego milczenie jest potrzebne, żeby ratować, żeby strzec, stać na straży miłości Boga w duszy. Nie łudźcie się, bez umartwienia języka, bez milczenia, nie potraficie dojść do wielkiej jedności z Bogiem. Trzeba to sobie od razu powiedzieć.

A druga rzecz – milczenie jakoś broni całą społeczność. Bo największe niebezpieczeństwo dla tej jedności, która rodzi się w zgodności woli ludzi, którzy dążą do jednego celu, których wole są jak gdyby zjednoczone w tym celu, bo uczestniczą w naturze Boga samego, w życiu Bożym, największe niebezpieczeństwo jest wtedy, kiedy jakieś złe słowo zaczyna krążyć w społeczności i tę społeczność rozbijać. I dlatego tak wiele mówiłem o obowiązku uszanowania cudzej dobrej sławy.

Obmowa – cóż to jest? – to właśnie to „nicowanie”, ciągłe zajmowanie się sprawami duszy drugiego człowieka, zupełnie niepotrzebnie. Czy to będziemy obmawiać naszych współtowarzyszy przed przełożonymi, czy przełożonych przed współtowarzyszami – obmowa wszędzie. Czy odnosi się do przełożonych, czy do podwładnych, wszystko jedno, obmowa jest zawsze grzechem obmowy. I nie wolno bez ważnej przyczyny wyjawiać błędów drugiego człowieka, mówić o tych błędach, wywlekać te błędy. Bo każdy ma prawo do dobrej sławy. Każdy sam ze sobą się boryka. I dlatego nad tym trzeba tak ogromnie czuwać.

Św. Tomasz o obmowie mówi, że jest grzechem ciężkim z natury swojej. Jeżeli pochodzi z lekkomyślności, jest wtedy grzechem powszednim, ale nawet wtedy może się stać grzechem ciężkim, jeżeli będzie z wielką ujmą dla dobrej sławy drugiego człowieka.

I powiada św. Tomasz, że to jest grzech cięższy od kradzieży, bo przy kradzieży zabiera się człowiekowi dobra mniejszej wartości. Jeżeli komu wezmę zegarek, to ostatecznie zegarek nie jest tak bardzo człowiekowi potrzebny, człowiek nie ceni sobie tak zegarka, jak dobrej sławy. Każdy ma prawo do dobrej sławy, nawet grzesznik. Każdy z nas, choć jest grzesznikiem, ma prawo do dobrej sławy. I tej dobrej sławy nie wolno człowiekowi zabrać. A jeżeli mu ją zabieram, niszczę dobrą sławę mojego bliźniego, to postępuję gorzej niż gdybym mu zegarek ukradł, czy portfel wyciągnął z kieszeni, bo większym dobrem człowieka jest jego dobra sława, niż jakieś zewnętrzne dobra.

Św. Tomasz zaznacza dalej, że kto słucha obmów bez sprzeciwu, ten zdaje się je potwierdzać i w ten sposób staje się uczestnikiem tych obmów. Więc jeżeli ktoś słucha, tym samym jak gdyby potwierdza – jeżeli chętnie słucha, wtedy staje się uczestnikiem. A jeśli swoją postawą nakłania, prowokuje do obmowy, lubuje się w niej, z powodu nienawiści do tego, kogo ta obmowa dotyczy, to wtedy tak samo grzeszy, jak ten, który obmawia. Po prostu wola tego, który słucha, jest w tej rozmowie tak samo zła, jak woła tego, który obmawia. Natomiast, gdy słucha tej obmowy z jakiegoś lęku, z jakiegoś wstydu, to wtedy – św. Tomasz mówi – mamy grzech powszedni, ale grzech. Trzeba obmowę usuwać ze swojego otoczenia, jeżeli można. Czasem jest tak, że nie można. Św. Tomasz bardzo surowo te grzechy ocenia, właśnie chyba dlatego, że one godzą w miłość, w jedność. Jeżeli mówimy przełożonym o cudzych błędach, to obmowa nabiera wtenczas jeszcze posmaku, który się nazywa donosicielstwem. To jest też obmowa, zwyczajnie obmowa. I to jest niedozwolone, jak każda inna obmowa.

Czym jest „szemranie”? To wyciąganie czyichś błędów, mówienie o cudzych błędach drugim, w celu skłócenia braci, przyjaciół. Temu powiedzieć o tym, tamtemu powiedzieć o tamtym, żeby to, co ich łączy przerwać, żeby ich ze sobą pokłócić, żeby tę życzliwość wzajemną, zgodność woli, która jest między nimi, zniszczyć. To jest szatańskie dzieło. Bo celem tego szemrania jest wprost niszczenie jedności między ludźmi. To jest rzecz straszna.

Św. Tomasz stwierdza, że jeżeli ktoś z taką intencją wyciąga błędy drugich, to popełnia ciężki grzech. Cięższy od grzechu obmowy. Dlaczego cięższy? Dlatego, że miłość braterska, przyjaźń, zgodność woli z drugim człowiekiem jest większym skarbem niż nawet dobra sława. Mniejszym złem jest zabrać komu dobrą sławę, niż mu zabrać to, że on się rozumie z drugim człowiekiem, że oni są sobie życzliwi, że jest między nimi zgodność woli – bo przyjaźń jest większym skarbem, większym dobrem niż dobra sława. I dlatego „szemranie”, które ma na celu niszczenie przyjaźni, jest grzechem cięższym od obmowy.

Pismo św. mówi, że przed Bogiem jest obrzydliwy ten człowiek, który sieje niezgodę wśród braci. Musi być obrzydliwy, bo Bóg chce, żeby przez miłość Boga spływała miłość na ludzi, żeby była jedność, i jeżeli ktoś tę jedność świadomie chce niszczyć, burzyć, podważać, to wyrządza ogromne zło.

Ciągle mam z tym do czynienia w parafii. Jedna sąsiadka przychodzi gdzieś tam do drugiej mówi na inną. I prawdziwe rzeczy mówi. „Ona powiedziała to a to”, a później leci do tamtej i powiada: „Ta powiedziała to a to”. I później ma tę szatańską rzeczywiście radość, że one się między sobą pokłóciły. To jest radość szatańska, bo to diabeł się cieszy, jeżeli ludzie między sobą się kłócą. Jeżeli więc teraz one wezmą się za czupryny i będą się darły, będą się przeklinały a ona będzie się przez okno patrzyła i będzie się uśmiechała, bo jest w przyjaźni z jedną i drugą i uciechę jej sprawia to, że tamte się ze sobą gniewają, to już naprawdę jest w tym coś diabelskiego, coś szatańskiego.

Dlatego trzeba milczeć, bo człowiek w nadmiarze słów nigdy nie wie, kiedy zaczyna się ześlizgiwać i wchodzić w tego rodzaju grzechy, które są bezpośrednim niszczeniem, burzeniem, deptaniem tego, czego dokonał Pan Jezus na krzyżu.

Jest jeszcze jeden grzech z tej samej rodziny, tj. wyśmiewanie cudzego braku lub grzechu, szydzenie. Można to robić dwojako. Mówię żartobliwie, bo uważam, że sama rzecz, grzech jest drobny, więc można sobie pożartować, niepotrzebnie wyjawiam, niepotrzebnie mówię o tej słabostce, ale uważam, że ta rzecz jest tak drobna, że mu nie zrobię krzywdy, jak się pośmieję z tej jego wady, z tego jego braku. W tym wypadku mamy grzech powszedni, bo w tym nie ma złej intencji, a według intencji się mierzy grzechy tego rodzaju.

Ale można też żartować, szydzić i śmiać się z cudzych grzechów, czy błędów, czy pomyłek dlatego, że się uważa, że ta osoba jest mało warta. Lekceważy się osobę i dlatego wyśmiewa się jej grzechy, jej wady. Gardzi się po prostu tym człowiekiem. Mamy tu grzech, który wynika z lekceważenia i pogardy tego człowieka, tej osoby. Mówi się, że ta osoba jest tak mała, że nie warto się przejmować tym, iż popełnia jakieś grzechy. I wtedy się popełnia grzech ciężki, gdyż godzi on bardzo ciężko w miłość drugiego człowieka. Św. Tomasz powiada, że jest to grzech cięższy niż zniewaga. Weźmy znowu za przykład kobietę ze wsi, która idzie do drugiej i znieważa ją, poniewiera, obrzuca przekleństwami, w tym wypadku mamy mniejszy grzech, gdyż ona uważa, że chodzi o sprawę ważną, która zasługuje na taki gniew. A większego dopuści się grzechu, jeżeli będzie się wyśmiewać, bo wtedy potraktuje niepoważnie samą osobę i jej błąd. I czym większa będzie godność człowieka w ten sposób wyśmiewanego, tym większy będzie grzech. Dlatego największym złem będzie wyśmiewanie się z Boga, szydzenie z Boga, następnie z rodziców, wreszcie z innych ludzi, zależnie od ich godności. To są grzechy, które się rodzą z języka, z mowy. Nie można ich lekceważyć. Pokochajcie milczenie. Tylko w milczeniu dobro się rodzi. Jeżelibyście miały jakieś wątpliwości, czy należy w jakimś wypadku wchodzić w sprawę drugiego człowieka, mówić gdzieś komuś, przełożonym, czy komu innemu, czy lekarzowi (bo rozmaite są sytuacje w życiu) o jego sprawach, a nie wiedziałybyście, czy należy, pytajcie w konfesjonale. Chodzi bowiem o sprawę delikatną. Każdy z nas jest bardzo wrażliwy na swoje własne cierpienia, na swój własny ból, nie czujemy zaś bólu drugiego człowieka. Rządzimy się w duszy drugiego człowieka — nie można tak, nie można. I pod pozorem miłości, największej serdeczności chcemy naprawiać drugiego człowieka. Jak my możemy naprawiać drugiego człowieka, kiedy Chrystus się nad tym trudzi, na krzyżu umiera, i prosi pokornie, żeby się poprawił, a my chcemy od zewnątrz przyjść, przekręcić kontakt i w ten sposób wszystko zmienić. I pod pozorem miłości jeszcze przełożonych w to wciągamy. To jest jakieś oszukiwanie siebie. Trzeba się modlić. Milczeć i modlić się. A równocześnie byłoby bardzo wielkim nieszczęściem i błędem, gdybyście to wszystko, co ja mówię, zrozumiały jako coś, co godzi we wzajemne zaufanie i szczerość. Musicie się zdobywać na szczerość w stosunku do przełożonych i w stosunku do wszystkich w ogóle. Niech wasza mowa będzie: Tak – tak, nie – nie. Niech w waszym sercu nie będzie takich rzeczy, które musicie ukrywać. Dlaczego ukrywać? Po co ukrywać? Nie macie obowiązku wszystkiego mówić, ale trzeba być otwartym w tym sensie, że chcecie być szczere, że jesteście gotowe, że nie macie co ukrywać. Bo człowiek najczęściej się kryje, kiedy jest zbyt wrażliwy, podszyty miłością własną, pychą, zarozumiałością, gdyż wtedy się boi, żeby ktoś nie dotknął i czegoś, co w nim boli. A niechże już raz ta pycha, ta zarozumiałość, miłość własna w człowieku przepadnie! Jakżeż można tak pieścić się ze sobą i równocześnie mówić, że kocham Boga, a siebie obnosić tak jak jajko, żeby przypadkiem się nie stłukło? Bądźmy w końcu tak jak dzieci, zwyczajni, prości, jeden dla drugiego życzliwi, serdeczni, szanujący wzajemnie swoją autonomię, nie wchodzący w sprawy drugiego człowieka, kiedy to nie jest potrzebne, miłujący się wzajemnie, z głębi serca i szczerze, bez obłudy, bez zdrady. To są słowa, które ciągle znajdujemy w Ewangelii i u św. Pawła, i u św. Piotra – bądźcie właśnie tak, jak te dzieci nowo narodzone, boście się narodziły do nowego życia. Trzeba w to uwierzyć, że to jest jakieś nowe życie, którym żyje całe Zgromadzenie, którym żyje cały Kościół. Tak trzeba żyć, tym trzeba żyć.

Kiedy powstanie klimat prawdziwej życzliwości, miłości wzajemnej, przychylności, to wtedy nie trzeba będzie żadnych konferencji ani o obmowie, ani o szemraniu, ani o upomnieniu braterskim, bo to wszystko będzie jakieś oczywiste, jasne. I dlatego módlcie się o to i czuwajcie nad sobą, nie zajmujcie się wszystkimi. Każdy swoje brzemię poniesie, wszystkich kochajcie, ale swoją duszę macie zbawić, więc nad sobą czuwajcie. Uszanujcie drogę każdego, bo tylko Bóg zna drogę moją i twoją i jego, tylko Bóg, a odrobinę może jeszcze konfesjonał znać.

Czasami przyjdzie do nas ktoś zbolały i sam szuka oparcia. Miłość bliźniego wymaga, żeby czasami bliźniego wysłuchać, bo on jest tak obolały, tak jest cierpiący, że jak nie powie, to grozi mu jakieś załamanie. Może być tak. Tyle już narosło w tej duszy poczucia krzywdy, żę wtedy trzeba wysłuchać. Tego człowieka trzeba wysłuchać, trzeba ratować cierpliwie, z miłością, pozwolić niech się wszystko wyleje z niego. Jeżeli się tego nie uczyni, to ten człowiek zginie. Trzeba uspokoić, ułagodzić, bo tego miłość wymaga. Ale to wtedy, kiedy się wie, że to jest naprawdę potrzebne. A takie sobie ot nicowanie, rozmawianie, zajmowanie się ciągłe wszystkim, nie jest rzeczą dobrą. Dlatego o milczenie módlcie się i starajcie. Patrzcie, jak cichy jest Pan, kiedy Go wiodą na krzyż. Zamilkł i nie otworzył ust swoich. I robią z Nim, co chcą. I biją i popychają i plują na Niego i szarpią, a On idzie, jak Baranek na zabicie wiedziony. W milczeniu. Kiedy Go przybijają, może jęczy, bo Go boli straszliwie. Kiedy Go wciągają na krzyż milczy, tylko modli się do Ojca: „Ojcze, odpuść im, bo nie wiedzą, co czynią” (Łk 23, 24).

Cała treść ofiary Pana Jezusa i tego, co się dzieje na Kalwarii, zmierza ku temu, żeby wszczepić w nasze złe serca, w nasze złe dusze prawdziwą miłość, życzliwość, dobroć, przychylność dla drugiego człowieka. I dlatego, kto chce być uczniem Pana Jezusa, ten musi taką drogą iść: „Po tym poznają wszyscy, żeście uczniami moimi, jeśli miłość będziecie mieli jeden ku drugiemu” (J 13, 35). „Patrzcie, jak oni się wzajemnie miłują”. Czy to byli aniołowie? Nie, tacy sami ludzie, jak my, tylko mieli jedną myśl, jedno pragnienie: Kochać Pana Jezusa. Pan Jezus był w ich życiu sprawą najważniejszą.

Powróćmy teraz myślą do tej ciszy nieskończonej, która jest w Bogu, bo ku temu wszystko ostatecznie powraca. I Chrystus wraca na łono Ojca Niebieskiego, tam gdzie jest ta cisza nieskończona, cisza głębi, cisza miłości, która cierpliwie patrzy i cierpliwie czeka na nawrócenie każdego z nas… cisza nieskończonej miłości Bożej. Amen.

Zapis audio rekolekcji ks. Aleksandra

 

Wielkie wesele dzisiaj jest i wielka radość w Kościele Chrystusowym, bo w czasie tej Mszy świętej, Wy, Siostry, oddajecie swoje życie Panu Bogu. I to właściwie wszystko, co można powiedzieć dzisiaj. Dobrze jest, że się to dokonuje w czasie Mszy św., w czasie ofiary Pana Jezusa. I dobrze, że się dzieje wieczorem, tak jak się odprawiała ta pierwsza Msza św. wieczorem, w Wieczerniku, kiedy Pan Jezus ofiarował swoje Ciało, swoją Krew. To Ciało, które miało być zaraz, na drugi dzień, ukrzyżowane, tę Krew, która miała zaraz, na drugi dzień popłynąć.

Wszystko w Kościele żyje z miłości, nie ma innego prawa, innej siły. Ile razy ludzie próbowali w Kościele w inny sposób coś czynić, to zawsze się jakoś psuło, a to, co wyrosło z miłości trwa, i to przetrwa, bo miłość jest z Boga i Bóg jest Miłością.

Wy wierzycie w Boga, którego nie znacie, nie pojmujecie – bo któż z nas Boga zna? My Boga kochamy, ale Go nie znamy; tęsknimy do Boga, bo nam jest potrzebny. Piękno, Dobro, Prawda, Szczęście, Miłość – my tego na ziemi nigdzie nie znajdziemy i dlatego tęsknimy. Potrzebujemy Boga, kochamy Go, choć Go nie pojmujemy, bo jak byśmy mogli pomieścić Boga w sobie, pojąć Boga, objąć Boga? Nie możemy. Ale możemy Go kochać i możemy Mu siebie oddać. W tej chwili dokonuje się tajemnica całkowitego oddania Bogu waszego życia.

Wy także nie znacie siebie, nie wiecie, czym jest człowiek. Kto z nas może powiedzieć, że zna tajemnicę swojego bytu. Myśmy się przyzwyczaili do tego, że jesteśmy, ale nie rozumiemy tego. To jest jakiś odblask potęgi, mądrości, wszechmocy Bożej, że ja jestem i czym jestem.

I Siostry są wdzięczne Bogu za wszystko czym są i oddają Mu wszystko. To jest tajemnica miłości, która szuka zjednoczenia z Bogiem niepojętym, nieraz ukrytym w straszliwych ciemnościach. Bo wiecie, że was nie czekają jakieś przyjemności i róże na tej drodze, nie, będziecie szły wśród rozlicznych cierpień. Na pewno nie na próżno brałyście przed chwilą ten krzyż na ramiona i przypominały sobie słowa Pana Jezusa: „Kto chce za Mną iść, niech weźmie krzyż i niech idzie za Mną.” (Mt 16, 24). I wyście zechciały. To jest radość. Czyja radość? Przede wszystkim Chrystusowa radość, bo On po to przyszedł na świat, tego szukał. Kwas przyniósł na tę ziemię i ten kwas ciągle działa, zakwasza i rozchodzi się, to jest wielka potęga. Świat nie zdaje sobie zupełnie sprawy, nie rozumie w ogóle, czym jest chrześcijaństwo, nie zdaje sobie sprawy z tej ogromnej mocy, potęgi miłości, która przyszła na świat i która teraz przemienia, przetrawia i pociąga serca ludzkie. Miłość jest potęgą dużo większą niż nienawiść, bo miłość jest z Boga, a Bóg jest Miłością. Nienawiść jest sprawą szatana, który sieje ciągle zło, ale wszystko, co dobre, jest z Boga.

Siostry drogie, miejcie radość dzisiaj, wesele, cieszcie się, bo to jest naprawdę wielka radość znaleźć w życiu taką miłość, na której warto wszystko postawić, która godna jest tego. żeby wszystko oddać, żeby zatopić się w niej całkowicie. Taką miłość wyście znalazły w Chrystusie i On wychodzi naprzeciwko was. On też z krzyżem i też na krzyżu, w boleści, w cierpieniu, bo zna życie i chce człowiekowi pokazać drogę, jaką ona jest, aby nie oszukiwać człowieka. Ale Chrystus daje wam miłość, On was miłuje i pociąga ku sobie.

Wiecie doskonale, że za chwilę będę przygotowywał chleb i wino do Mszy św. i do wina wleję kilka kropel wody, może ich dzisiaj akurat wpadnie cztery do tego wina. Wiecie, jaki jest sens jego zjednoczenia wody z winem — oznacza ono, że nasza ofiara, ofiara naszego ludzkiego życia, która sama nie ma wartości, bo cóż to jest kropla wody, przez miłość ma stać się własnością Chrystusa, złączyć się z ofiarą Chrystusową i tak się zjednoczyć, że będzie już tylko jedna ofiara.

Jeśli będziecie kochać naprawdę, to już nie rozróżnicie, gdzie się kończy ofiara Ukrzyżowanego, a gdzie się kończy wasza ofiara. Przez miłość człowiek nabiera prawa do tego, kogo kocha, do jego ofiary. Jeżeli miłujecie Chrystusa, to macie prawo do tego, co się stało na Kalwarii. Jesteście jakoś bliskie Jego ofiary. Matka Najświętsza stała pod krzyżem i dlatego Ona największe ma prawo, by dawać Bogu Chrystusa na krzyżu, bo Go kochała najbardziej. I wy, miłując Go, nabieracie prawa do Jego ofiary.

Chrystus jednak miłuje was jeszcze bardziej niż wy Jego i dlatego też On ma pełne prawo do waszej ofiary, do waszego życia. I w ten sposób przez miłość dokonuje się jakaś jedność, zatraca się granica, tak jak ta woda zatraciła się w winie, nikt już jej nie odnajdzie, bo już jest tylko wino, które będzie przemienione w chwili przeistoczenia. Tak samo życie wasze całe pogrążone jest w Bogu. Boga nie trzeba szukać w mądrych książkach, bo nie tam się Go znajduje (choć czasem można Go i tam znaleźć). Trzeba szukać Boga w miłości. Człowiek, który tęskni do Dobra, do Piękna, do Prawdy, tęskni do Boga. To są inne słowa, ale znaczą to samo, co Bóg. Prawda, Piękno, Dobro, Świętość — to do nich się człowiek wyrywa i tęskni.

I dlatego, Siostry kochane, cieszcie się dzisiaj. Nauczcie się cieszyć tak, jak Matka Najświętsza się cieszyła. Kiedy Bóg złączył się z Nią najpełniej, zaśpiewała: „Wielbi dusza moja Pana i rozradował się duch mój w Bogu, Zbawicielu moim, bo uczynił mi wielkie rzeczy, który możny jest i święte Imię Jego” (Łk 1, 48-49). Miłość to coś, co trawi, wszystko przenika, wszystko przemienia, jakaś siła ogromna, która człowieka i uszczęśliwia, i porywa, i na cierpienie skazuje. Mylą się ci, którzy mówią, że miłość wyklucza cierpienie, a cierpienie wyklucza szczęście. Nieprawda, może być i cierpienie wielkie, i szczęście wielkie, i miłość wielka. Miłość świadczy się ofiarą, nie słowami, nie gestami. Nie świadczy się miłości zachwytami na modlitwie. Nie. Choćbyście się rozpływały na modlitwie, choćby się wam wydawało, że się aż do nieba wznosicie, to wszystko jest piękne i dobre, ale to jeszcze nie świadczy o tym, że macie miłość.

Ale jeżeli będzie bardzo ciężko kiedyś, będzie może coś strasznie bolało, będziesz może miała straszliwy ciężar na duszy i nie będziesz mogła spać, będziesz się przewracała całą noc i nie zmrużysz oka, a nad ranem powiesz: „Boże, niech odejdzie ode mnie ten kielich, ale nie moja wola niech się stanie, lecz Twoja.” – to wtedy, Siostro, bądź pewna, że kochasz Boga ponad wszystko, bo dopiero ofiara jest pewnym sprawdzianem, pewnym dowodem, że kochamy Boga, a nie siebie, Boga ponad siebie. To wyzwala człowieka. Póki człowiek kocha siebie więcej niż Boga i Bóg jest tylko na usługach człowieka, to wtedy jest tylko całkowita pomyłka, zwichnięcie całego życia duchowego. To jest pomyłka, która tak bardzo niszczy ludzi, którzy nawet i wierzą w Boga. Dopiero, jeśli ktoś potrafi pokochać Boga więcej niż siebie, staje się szczęśliwy, bo staje się wolny od siebie. To jest najwyższa wolność, gdy człowiek przestaje być niewolnikiem siebie samego, swego samolubstwa, egoizmu, krążenia ciągle koło siebie. Kiedy człowiek znajdzie Boga prawdziwego, wtedy się wyzwala, wtedy zaczyna być szczęśliwy, bo ma przed sobą perspektywy, widzi sens swojego życia, istnienia, i wszystkiego, co czyni.