Pewnego razu ksiądz idąc do autobusu w czasie zimy, spotkał człowieka, który szedł bez skarpet. Ksiądz zdjął z nóg swoje skarpety i oddał je temu człowiekowi.
NN

Wspomnienia siostry Anny Bielawskiej

Slider

 

Kiedy rozpoczęłam pracę w parafii, Ksiądz miał dwie rozlatujące się sutanny, które trzeba było stale łatać i reperować. Kiedyś Ksiądz wybierał się do Warszawy do Księdza Prymasa, na stojąco pił mleko i jadł chleb, a ja na okrętkę ścibolę na nim sutannę, bo właśnie się rozerwała. Nie mogłam Księdza namówić na kupno nowej, mimo że odgrażałyśmy się, że więcej reperować starej sutanny nie będziemy. Czasem Ksiądz sam sobie zeszywał, gdy mu się coś rozerwało.
Kiedyś siostra Zyta przez parę dni gruntownie reperowała sutannę, Ksiądz ją włożył, ale po paru godzinach widzę, że Ksiądz już w innej. Zaciekawiło mnie, dlaczego Ksiądz się tak „stroi” i idę na górę sprawdzić. Na szafie na wieszaku wisi tamta świeżo wyreperowana sutanna – rozdarta i to tak skutecznie, że Ksiądz musiał się przebrać. Pomyślałam, że nie ma co z Księdzem dyskutować, tylko trzeba pomyśleć o sprawieniu nowej sutanny. Akurat zbliżały się imieniny Księdza i kobiety przyszły się do mnie radzić, co Księdzu na imieniny kupić. Poradziłam im, żeby zebrały pieniądze od wszystkich, to kupimy Księdzu materiał na nową sutannę. Jedna z kobiet wręczając Księdzu te pieniądze mówi: „To są pieniądze dla Księdza Proboszcza i my bardzo prosimy, żeby nie były na nic innego wydane, tylko na sutannę.” A na to Ksiądz: „A to wy chcecie mieć eleganckiego proboszcza?” „Proboszcza to my mamy i tak eleganckiego, tylko chcemy, żeby miał elegancką sutannę!” Najbardziej z tego prezentu cieszyła się siostra Zyta, że już nie będzie musiała wciąż sutanny łatać.

 

Podobny los spotkał elegancką kołdrę, którą siostry z wielkim trudem uszyły Księdzu na imieniny. Kazał mi ją natychmiast zabrać, a oddać mu jego starą podartą. Ledwo uprosiłam, żeby choć jedną noc przespał pod tą nową niebieściuchną – żeby zrobił przyjemność siostrze, która tyle trudu włożyła w zdobycie materiału!
Kiedyś i ja dostałam prezent od Księdza: małą latarkę elektryczną, którą udało się Księdzu kupić w Warszawie. Ucieszyłam się tym ogromnie bo wtedy jeszcze nie było w całej parafii światła elektrycznego, a ja często musiałam wieczorami chodzić do ludzi.
Po kilku dniach Ksiądz postanowił urządzić zebranie ministrantów i mówi: „Może tym gorliwszym damy jakieś nagrody?” „No, dobrze” – odparłam machinalnie. „To może Andrzejowi dalibyśmy dysk?” – „No dobrze” – potwierdzam, zaprzątnięta dalej swoimi myślami. „A Kazikowi tę latarkę?” – tu oprzytomniałam i pytam zdumiona: „Jaką latarkę?” I znów ten specyficzny uśmieszek: „No tę, którą ja siostrze dałem”. A że ja zaniemówiłam ze zdziwienia, dodał: „No, przecież siostra się nią już nacieszyła. A ja: ”To w takim razie ja już nigdy żadnego prezentu od Księdza nie wezmę – chyba że to będzie coś takiego, co się da natychmiast zjeść.” Kazik latarkę dostał – ale wkrótce kupił mi Ksiądz drugą latarkę i to jeszcze lepszą: dużą i długą, na kształt rury, a wręczając mi ją powiedział: „W razie czego można jej użyć drugim końcem.”


 

Siostry prosiły mnie, abym pośpiesznie zrobiła na drutach ciepłe skarpety dla Księdza Proboszcza. Włożył je na nogi, cieszył się, że są takie ciepłe i obchodził parafię po śniegu. Przemoczył skarpety, więc gdy je zdjął, Siostra je wyprała i wysuszyła. Potem chciała je dać Księdzu Proboszczowi, ale nie mogła ich znaleźć. Ks. zauważył, że Siostra czegoś szuka, zapytał więc, o co chodzi, a gdy Siostra wyjaśniła, powiedział: „Ktoś inny więcej ich potrzebował, więc mu dałem”. A sam marzł nadal. Podobnie uczynił z koszulą i innymi rzeczami. Raz na sumie w Izabelinie było bardzo mało osób. Ksiądz Proboszcz wiedział, że całe gromady mieszkańców parafii wyruszyły tego ranka na grzyby, których była w tym czasie obfitość. Zaczął mówić kazanie na ten temat – powiedział: „a któż nam dał grzyby” i rozpłakał się. Za Księdzem zaczęły płakać kobiety w kościele. Przez dłuższą chwilę panowała cisza w kościele, Ksiądz nie mógł mówić. Gdy się opanował, przeprosił słuchaczy i mówił kazanie dalej.
Franciszka Mindak

 

W tym okresie, kiedy Ksiądz miał jeszcze te dwie stare sutanny, przyszedł raz do kuchni powiedzieć, że jedzie do Warszawy. Ja krytycznym okiem spojrzałam na ubranie Księdza. Ksiądz chwycił to wymowne spojrzenie i pyta: ”Co? – nie podobam się siostrze?” Nic nie powiedziałam, tylko jęknęłam. Ksiądz wyszedł, po paru minutach wraca przebrany, ale widzę na nim jeszcze gorszą sutannę i bardziej powykrzywiane buty. Nic nie mówię, tylko się z lekka odwróciłam, z wyraźną dezaprobatą, a Ksiądz na to: ”Włożyłem, co miałem najlepszego i jeszcze się siostrze nie podobam? No to już chyba musiałbym tylko gębę zmienić?” – i pojechał w tym stroju do Warszawy.

 

Ksiądz miał także dwie pary butów, z których jedne były powykrzywiane, a z drugich po kawałku odpadały obcasy. Jeżdżąc po Warszawie kupiłam kiedyś Księdzu buty, jakie wydały mi się największe. Ksiądz Proboszcz przyjął je bez oporów, powiedział że dobre ale ja do tej pory nie wierzę, że one nie były za krótkie. Wobec tego szukałam dalej butów i trafiłam na takie, które wydały mi się już na pewno dość długie: istne sanie, filcowe, obłożone skórką, z zamkiem błyskawicznym. Kupiłam.
Ksiądz był u siebie na górze. Idąc po schodach mówię: „Kupiłam Księdzu Proboszczowi buty.” – „Ile kosztują?” – „Dwieście czterdzieści złotych.” – „A, to niedużo.” No i dodam, że chyba do końca Ksiądz w tych saniach chodził, a o tamtych słuch zaginął, ale je chyba komuś dałam, bo Ksiądz się o nie nie upominał.
Slider

 

Muszę dodać, że Ksiądz bardzo wielu ludziom pomagał materialnie i mnie do tego samego upoważnił, więc wiele grosza szło dla biedniejszych rodzin. Kiedy po raz pierwszy poszliśmy we troje z opłatkiem do wsi Laski, mnie przypadła w udziale najbiedniejsza część wsi. Po powrocie do domu siostra i Ksiądz Proboszcz „chwalą się” ile przynieśli pieniędzy i pytają, ile ja mam. A ja: ”Wysłaliście mnie na Głodową Wólkę i chcecie ode mnie pieniędzy? Przecież co w jednym domu parę złotych dostałam, to w drugim musiałam oddać! A jeszcze i te parę złotych które miałam przy sobie, to i te ludziom zostawiłam!” Ksiądz się tylko roześmiał i taki to był styl naszej gospodarki pieniężnej: Izabelin to nie była instytucja dochodowa. Jeśli potrzebne były np. siostrze pieniądze na pomoce szkolne dla przedszkolaków, to dawałam jej tyle, ile potrzebowała, bez wyliczenia i rachunków.

 

Od samego początku, odkąd tylko parafia powstała, wszystkie osobiste dochody Księdza szły na potrzeby parafii. Oprócz tych dochodów były jeszcze pieniądze z rozmaitych ofiar: taca, kolęda i tzw. wypominki. Ofiary za posługi religijne, a więc z okazji chrztów, ślubów i pogrzebów były całkowicie dobrowolne. Z tego powodu spotkał Księdza pewnego razu zarzut ze strony księdza dziekana, odbywającego w Izabelinie wizytację, że za te posługi powinny być wyznaczone odpowiednie kwoty. Ksiądz mi o tym powiedział. Obruszona zapytałam: ”Ale się chyba Ksiądz Proboszcz do tego nie zastosuje?” – „No oczywiście, że nie.” I dalej było tak samo.

 

Sława Izabelina w traktowaniu ofiar za posługi religijne sięgała daleko. Pewnego razu wróciwszy do domu zastałam tu dwoje młodych ludzi, czekających w jadalni z wielką walizą. Księdza proboszcza nie było w domu. Pytam, w jakiej przyszli sprawie. Okazało się, że przyjechali spod Białegostoku, żeby w Izabelinie wziąć ślub, bo są biedni i nie stać ich na urządzenie wesela, a w ich parafii musieliby dać księdzu co najmniej tysiąc złotych. Przyjechali, bo słyszeli, ze tu ksiądz bardzo mało za ślub bierze. Pytam, skąd wiedzą o tym: „a bo tu już niejedna od nas ślub brała”. Widocznie opłaciła im się podróż w obie strony, a w dużej walizie była ślubna suknia. Papiery mieli w porządku, a że Ksiądz Proboszcz był wtedy w szpitalu, więc ślub dał ks. Bronek P.
Oczywiście nie było mowy o tym, żeby od nich wziąć pieniądze. Dostali natomiast w prezencie Pismo święte i „weselną kolację”, jaką na prędce można było zrobić.
Takie zwyczaje panowały w parafii księdza Aleksandra. A przy okazji pogrzebów w biedniejszych rodzinach, Ksiądz często dokładał na pokrycie wydatków związanych z kupieniem trumny.
Co do ofiar na tacę, to Ksiądz zawsze przypominał i wymagał, żeby zbieranie na tacę odbywało się tylko w czasie ofiarowania, czasem czekał chwilę, gdy widział, że zbieranie ma się ku końcowi, ale kiedyś po prostu kazał przerwać zbierającemu, ponieważ zaczyna się najważniejsza część Mszy świętej: modlitwa Eucharystyczna. Na tacę zbierali zawsze parafianie, a Ksiądz tylko wyjątkowo, bo nawet jeśli Mszę odprawiał obcy Ksiądz, to Proboszcz siedział przeważnie na ławce miedzy ludźmi, a zbierali świeccy. Ale kiedyś Ksiądz sam wyszedł z tacą i poprzedził to uśmieszkiem i uwagą: ”Ja wiem, że jak ja zbieram, to wy więcej dajecie!” Tak dał ludziom w delikatny sposób do zrozumienia, że wielkość ofiar nie powinna być uzależniona od tego, kto je zbiera. A ludzie to rozumieli.

 

Kiedy początkowo podatek od dochodów płacił tylko Ksiądz Proboszcz, jeździłam co miesiąc do Pruszkowa z wykazem wpływów i wydatków Księdza. Dochód Księdza był zawsze taki, że nie podlegał opodatkowaniu, ale to referent zawsze jakoś wytrzymywał. Ale gdy się kiedyś okazało, że Ksiądz ma tylko 600 zł. dochodu, to tego było mu za wiele – zdenerwował się i pyta: – No to jakżeż ten ksiądz żyje? A ja niewinnie: Niech pan przyjedzie kiedyś do Izabelina, to pan zobaczy, jak się żyje za 600 zł. miesięcznie.
No i przez dłuższy czas trzymałam w pogotowiu jako dochód rzeczowy buty księdza, z których obcasy wypadły, żeby pokazać referentowi, w jakich butach się chodzi, gdy się ma 600 zł. miesięcznie dochodu.