Slider

Ksiądz Aleksander Fedorowicz jako szczególnie doświadczony przez chorobę, pisał o cierpieniu i cierpiących w bardzo przekonujący i wiarygodny sposób. Artykuły swoje publikował w Apostolstwie Chorych, głosił rekolekcje dla pacjentów i pielęgniarek, jak również pisał listy ze szpitala do swoich parafian.

Wybrane myśli ks. Alego

 

 

Ofiara nie jest celem sama w sobie. Zarówno Chrystus i Jego Kościół starają się gdzie tylko można nieść ulgę cierpiącym. Niemniej jednak ofiara przyjęta i Bogu złożona jest jedynym pewnym sprawdzianem i świadectwem miłości. Chorzy, którzy kochają Boga ponad wszystko, mają na dnie duszy bolesne „Bądź wola Twoja” nawet w najcięższych chwilach, w niekończących się nocach bezsennych, wśród świdrującego bólu, którego nie można znieść bez jęku, wśród trwogi konania. Nawet wtedy gdy płaczą i narzekają, gdy skarżą się i proszą o skrócenie męki, na dnie duszy są pogodzeni. Tą samą drogą szedł Zbawiciel. Chciał przeżyć smutek śmiertelny, trwogę konania, poczucie straszliwego opuszczenia w męce, skargę żałosną, zszedł na dno ludzkiej udręki, żeby ofiara była pełna i stała się wyrazem Jego nieskończonej miłości do Ojca. Jeden jęk, wydobywający się z ust chorego pogodzonego z wola Bożą, daje większą gwarancję życia w łasce i miłości niż zachwyty i słodycze doznane na modlitwie.

 

Lekarstwem na grzech stała się ofiara. Samolubstwo i egocentryzm odwróciły człowieka od Boga, zrujnowały rozumny porządek jego miłości. Wyrzeczenie i ofiara całkowita aż do śmierci, z miłości dla Boga, odbudowały w człowieku właściwy porządek miłości, uleczyły jego rozumną i wolną naturę.
Taką ofiarę, w imieniu wszystkich swoich braci, złożył ze swojego ludzkiego życia Syn Boży na krzyżu. Taką samą też muszą składać wszyscy, którzy w Niego uwierzyli i chcą iść za Nim. Jego ofiara z natury swojej jest święta, a przez nią wszelka ludzka ofiara z miłością podjęta staje się poświęcona. Od czasu grzechu pierworodnego jedynym pewnym świadectwem miłości jest ofiara. Jeżeli jest całkowita, to świadczy niezawodnie o tym, że człowiek więcej kocha Boga niż siebie. Proste: „Bądź wola Twoja”, w wielkim cierpieniu wypowiedziane, jest większym świadectwem miłości niż wszystkie zachwyty i porywy duszy rozmodlonej. Stąd i Syn Boży, gdy się stał Człowiekiem, nie znalazł doskonalszego wyrazu dla swojej miłości niż śmierć krzyżowa.

 

Gdy jednak panienka, o której wspomniałem, lub któryś z chorych z nogą na wyciągu, leżąc w strasznie niewygodnej pozycji wśród ciemnej, bolesnej, bezsennej nocy szepnie: „Dla Ciebie Boże”, to stanie się coś wielkiego, coś, czego pogański świat nigdy nie będzie mógł zrozumieć, bo człowiek pokochał Boga więcej niż siebie. znalazł sens swojego istnienia nawet w cierpieniu, a na dnie udręczonego serca zrodziła się radość.Za przykładem Chrystusa miłość swoją podaje Bogu w bezcennym naczyniu ofiary. Szatan, któremu wtedy, na początku się tak łatwo udało, doznaje teraz całkowitej klęski.

 

Jestem wielkim dłużnikiem Apostolstwa Chorych i Księdza Sekretarza. Dwadzieścia lat chorowałem na gruźlicę płuc i już przed wojną miałem kontakt z Apostolstwem Chorych. Przeszedłem rozmaite stadia choroby łącznie z krwotokami, nieudaną odmą i wspaniale zrobioną przez prof. Rzepeckiego torakoplastyką, dzięki której już od ośmiu lat mogę pracować w parafii jako proboszcz. Pierwszą Mszę świętą odprawiałem pod opieką Księdza Sekretarza w kościele św. Łazarza we Lwowie. Nic więc dziwnego, że mam wielką wdzięczność zarówno dla Apostolstwa Chorych, jak dla Księdza Sekretarza osobiście.
Idąc za radą Księdza Sekretarza, od lat już noszę się z zamiarem napisania czegoś dla Apostolstwa Chorych. Już nawet zaczynałem, ale nie umiałem dokończyć. Dzisiaj podejmuję tę samą próbę i jestem onieśmielony świętością i wielkością ofiary tych, którzy może te słowa będą czytać.

 

Znając chorobę i świat chorych zdaję sobie sprawę z tego, że największą ofiarę Kościół składa Bogu w swoich chorych. Cierpienie i ofiara tu na ziemi jest koniecznym dopełnieniem i zarazem świadectwem miłości. Gdyby Pan Jezus nie przypieczętował swojej nauki ofiarą i krwią, Ewangelia pozostałaby teorią, a tak stała się, i jest nieustannie, życiem – Jego życiem i naszym życiem; jednym życiem w Kościele.

Choroby, a zwłaszcza choroby chroniczne, uczą człowieka pokory, pokora zaś usuwa to wszystko, co nas od Boga dzieli.

Myślę tak: musicie ocenić wartość drobnych rzeczy. Wartość duchowa tego, co się robi, nie zależy od tego, co robię, tylko ile wkładam w to miłości. Bo miłość to jest jedyna wartość nieprzemijająca! Wszystkie zewnętrzne dzieła w proch się rozsypują, a miłość zostaje. Nie ma reguły dla wszystkich, bo to zależy od możliwości, od warunków, ale dla każdego ważne jest pamiętać, że zupełnie drobniutkie rzeczy, jakieś małe, dobre słowo, dowód pamięci, uśmiech – zapewniam was – że ma wartość przed Bogiem i wartość dla waszych dusz. Cierpiący mimo woli jest zwrócony do siebie, skoncentrowany na sobie. Ja nie mogę iść… ja nie mogę spać… Więc wysiłek musi iść po tej linii, żeby zauważyć drugiego człowieka, żeby myśli swojej powiedzieć: I ten człowiek cierpi! Może się zjawić u nas poczucie, że „jestem ciężarem”.


 

Jeżeli chodzi o cierpienie, to sądzę, że doktryna katolicka całkiem nie jest apoteozą cierpienia. I tu się z tobą całkiem zgadzam. Cierpienie nigdy nie jest celem. Jest skutkiem grzechu. Ale dobrze przyjęte może być drogą do celu. I dlatego Kościół nie gardzi ani nie lekceważy cierpienia, ale tych wszystkich, którzy cierpią uczy, że ono może im posłużyć do dobrego, oczywiście w płaszczyźnie nadprzyrodzonej. To jest jedną z konsekwencji wiary w odkupienie, że cierpienie, które było przekleństwem człowieka, stało się dla niego drogą do szczęścia. Piszesz, że z konieczności nie trzeba robić cnoty. Oczywiście konieczność jeszcze nie jest cnotą, ale akt miłości, w którym taką konieczność przyjmujemy bez buntu jest aktem wielkiej cnoty. I to mi się wydaje jedną z wielkich krzywd, które materializm wyrządza człowiekowi cierpiącemu, że odbiera mu wiarę w wartość cierpienia. Piszesz, że nonsensem jest wychowywanie do heroizmu, że się wychowuje do życia. Zgadzam się z tym. Wielka miłość jakiegoś „sposobu życia” czyni człowieka herosem. Chrześcijaństwo stawia sobie za cel wychować człowieka do świętości i szczęścia, ale się nie łudzi, że można ten cel osiągnąć bez ofiary. Zanadto dobrze zna skazę grzechu pierworodnego. „Stary człowiek musi umrzeć, aby się nowy mógł narodzić”. Niemniej postawa chrześcijanina zawsze pozostanie optymistyczna. Śmierć, ofiara, cierpienie itp. nie mają wartości same w sobie i nigdy nie są celem ale zawsze tylko drogą. Myślę, że wszelkie cierpiętnictwo jest bardzo obce duchowi chrześcijańskiemu.

Wspomnienia


 

Rekolekcje dla chorych to specjalny rozdział. Pierwsze w Polsce, zamknięte rekolekcje dla nieuleczalnie chorych w Otwocku u księży Pallotynów, prowadził właśnie On. I może trochę dlatego wszystkie inne tak się powiodły, a sam zwyczaj organizowania takich rekolekcji przyjął na stałe.
To już pamiętamy wszyscy, wrażenie było zbyt silne – pokój przy zakrystii w Domu Rekolekcyjnym zmieniony na Kaplicę, z Tabernaculum na prostym stole, a wokół nosze, łóżka, wózki i Msza Święta w czasie której Siostry musiały układać, poprawiać, przytrzymywać i Komunia Święta, którą podawał leżącym, schylając się do ziemi, i przemówienie, gdy mówił, że z pokorą mówi do nich, powoływał się na to, że sam jest chory.
I z miejsca wytworzył atmosferę rodziny, najbliższych sobie. I byliśmy świadkami, jak z godziny na godzinę (to było widać po oczach chorych) topniał bunt przeciw cierpieniu. Wtedy to powstało przekonanie, że rekolekcje dla chorych to wesołe rekolekcje, bo dla ludzi widzących cel i „ważność” swego życia. A po Mszy – chodził Ksiądz Ali od pokoju do pokoju, siadał na łóżkach i słuchał chorych, trzymając ich za ręce. To już potem przyszło samo, że i w nas, usługujących wzrastała jakaś wielka radość, a najciężsi do obsługiwania chorzy, byli „rozrywani” przez personel. A wieczorem, siostry grały i śpiewały i tańczyły (w habitach) dla chorych. I całkiem już wieczorem konferencja w kaplicy dla Sióstr, gdy ksiądz Ali mówił, że ołtarz poszerzył się dziś między nami na cały dom.
I jakie to szczęście, móc w takich rekolekcjach brać udział.

Teresa Strzembosz


 

Do Łaźniewa księdza Ali zawoziłam sama. Czuł się wówczas źle, był po naświetlaniach i bał się czy podoła. Troską jednak jego największą było co ma powiedzieć chorym, jaki temat poruszyć, jak trafić do tych najbardziej cierpiących i przykutych do swoich łóżek ludzi. Naukę swoją każdą rozpoczynał jakby z lękiem, nieśmiało i mówił prosto z niesłychaną delikatnością. Wyczuwało się jak on bardzo pragnie przybliżyć im Pana Jezusa tym chorym, wpatrzonym w jego postać także schorowaną. Ksiądz Ali zawsze się do nich zwracał „my chorzy”. Był mimo swoich wielkich cierpień zawsze uśmiechnięty, pogodny. Uczył nas przez swoje życie i pokazał tę wielką konieczność całkowitego zapomnienia o sobie. Ojciec Ali, (bo tak do niego wszyscy myśmy mówili) uczył nas z jakim pragnieniem pełnego szacunku poznania mamy kochać ludzi wszystkich bez różnicy.
Nie pamiętam, ale chyba na ostatnich rekolekcjach mówił do chorych, że każde miejsce, gdzie jest chory jest święte, bo tam jest Chrystus. Pokój, w którym cierpi jest Kościołem, a łóżko, w którym nie może spać jest ołtarzem. Gdy cierpienie swoje łączy z cierpieniami Pana Jezusa odprawia Mszę świętą.
Ala Lassow

Apostolstwo Chorych

 

Apostolstwo Chorych powstało w Holandii. Założył je w 1925 roku ksiądz proboszcz L. J. Willenborg w Bloemendaal, małej miejscowości, położonej 25 km od Amsterdamu. Chciał, aby chorzy przez znoszenie cierpień, włączyli się w zbawcze dzieło Jezusa Chrystusa. Godząc się z wolą Bożą przyjmowali cierpienie, znosili je cierpliwie w zjednoczeniu z Chrystusem oraz ofiarowali je Bogu na intencję przybliżenia Królestwa Bożego, za zbawienie świata, za Kościół i za Ojczyznę.
Do Polski idea Apostolstwa Chorych przybyła z Francji. Adela Głażewska ze Lwowa, chronicznie chora pacjentka, dowiedziała się o istnieniu tej instytucji z francuskiego miesięcznika „Vie Spirituelle”. Dążyła do zyskiwania członków w Polsce i do stworzenia polskiego sekretariatu Apostolstwa Chorych. Pragnieniami swymi podzieliła się z Kazimierą Berkan, która na temat Apostolstwa Chorych napisała artykuł w prasie polskiej i zainteresowała tym dziełem polskie społeczeństwo. Arcybiskup Bolesław Twardowski ustanowił w maju 1929 roku we Lwowie diecezjalny sekretariat Apostolstwa Chorych. Papież Pius XI 12 sierpnia 1934 roku zatwierdził ostatecznie Apostolstwo Chorych jako „Unio Prima Primaria”, z centralą w Bloemendaal w Holandii. Brewem z dnia 25 marca 1936 roku nadał Papież liczne odpusty członkom Apostolstwa Chorych.
Apostolstwo Chorych w Polsce od początku swego istnienia wydawało pismo o tym samym tytule. Głównym celem było wzmacnianie wśród chorych ducha apostolskiego, pogłębianie wiary i wsparcie w znoszeniu cierpienia. W 1968 Ojciec Święty Paweł VI w dniu 6 lipca ustanowił dla chorych stałe święto ich Patronki – Matki Bożej Uzdrowienia Chorych.