Ksiądz Aleksander Fedorowicz był polskim prekursorem

soborowego ducha w dziedzinie liturgii mszalnej.

 

 

„W Izabelinie nic ciekawego nie ma, tylko Msza święta”
– te słowa księdza Aleksandra skierowane do kogoś, kto chciał odwiedzić Izabelin, są znane niemal wszystkim parafianom. Msza święta była dla księdza najważniejsza, w ofierze Chrystusa uobecnianej w Eucharystii widział źródło życia Kościoła. Całe duszpasterstwo i katechezę organizował wokół niej. Za naglące zadanie duszpasterskie uważał czynny, świadomy i w duchu miłości przeżywany udział wiernych we Mszy świętej. W wytworzeniu poczucia jedności i wspólnoty istotną rolę odgrywał ołtarz ustawiony twarzą do ludu. Tylko Izabelin i Opactwo Benedyktynów w Tyńcu uzyskało zgodę Kurii na taką formę celebracji Mszy świętej Przyjeżdżali do Izabelina ludzie świeccy i księża, żeby uczestniczyć we Mszy Świętej odprawianej przez proboszcza i podpatrzeć zmiany.
Ksiądz Aleksander wypracował własną metodę pracy nad odnową życia liturgicznego swoich parafian. Po konstytucji soborowej o liturgii powiedział: „Wy macie łatwiej, ja uprawiałem partyzantkę, ani środków, ani kierunku, to był gąszcz”.
Był przeciwnikiem zakazu śpiewu ludowego podczas liturgii (postawa dosyć częsta przed reformą soborową) raczej uważał, że należałoby te przejawy pobożności wykorzystać w rozwijaniu postawy liturgicznej wiernych. Wprowadził codzienną Mszę świętą wieczorną, pomimo, że na początku nie było zainteresowania ze strony parafian. Był niestrudzony w ponawianiu wysiłków, nawet z 2-3 osobami ćwiczył Mszę Gregoriańską. Przed każdą Mszą świętą zawsze wychodził do ludzi, zapowiadał formularz, intencję, powtarzał odpowiedzi – „Byłoby niegrzecznie, gdybyście mi w czasie Mszy świętej na moje pozdrowienie nie odpowiedzieli”. Wprowadził zwyczaj składania darów – ziarenka pszenicy lub karteczki z postanowieniami od dzieci, komunikanty od dorosłych, w Tygodniu Miłosierdzia – dary dla ubogich, w święto Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny ofiarowanie przypominało dożynki. Mówiąc kazania wychodził do ludzi, zadawał pytania nie tylko dzieciom. Gdy odprawiał śpiewaną sumę, korzystał ze specjalnego przywileju izabelińskiego kościoła – pozwolenia księdza Kardynała na czytanie lub śpiewanie Lekcji i Ewangelii po polsku z pomijaniem tekstu łacińskiego. Podczas celebrowania Mszy świętej przez innego kapłana, ksiądz Proboszcz komentował jej przebieg. „Komentarz był w formie modlitwy. Nie zatrzymywał uwagi na tym tylko, co się na ołtarzu dzieje, ale podsuwał przeżycia wewnętrzne, które mają akcji towarzyszyć. Niezmordowanie ćwiczył i wyjaśniał to samo; „Pan z Wami” i „Amen”. To drugie było chyba oprócz „Bóg” i „Miłość” – słowem najważniejszym i najczęstszym tematem w jego kazaniach. „Amen oznacza wasz podpis”. Konsekwentnie dążąc do coraz lepszego udziału wiernych także zewnętrznego, zostawiał jednak swobodę i nie zżymał się na odmawianie różańca podczas Mszy świętej.
Nie wprowadzał żadnych zewnętrznych nowości liturgicznych, dopóki ich dokładnie nie wytłumaczył. Powiedział kiedyś: „Język polski może być tak samo martwy jak łacina”.
Ministranci byli jego radością i troską. Gdy mu mówiono, że się kręcą, rozmawiają, uspokajał: „Ważniejsze że są”. Ostatnie rekolekcje to: Bóg, Chrystus, Kościół, Matka Boża. Właściwie całe życie mówił to samo: Bóg, Miłość i Amen”.
Przypisy w Rozważania i Myśli
Slider

Refleksje ks. Aleksandra Fedorowicza nt. liturgii Mszy św.

 

Dzisiaj już mogę śmiało powiedzieć nie narażając się na konflikt ze słusznymi prawami liturgicznymi, że parafianie i księża powinni tak swoją Mszę świętą zorganizować i przeżywać, by stawała się źródłem coraz większej jedności z Bogiem i między sobą. Umyślnie świadomie mówię parafianie i księża, ponieważ Msza święta jest sprawą społeczną, sprawą Kościoła, a nie sprawą księdza tylko.

Ta jedność jest celem całej liturgii, a najbardziej Mszy świętej. Modlitwy, czytania Pisma świętego, przeistoczenie, komunia święta są drogą do tego celu.

Konkretnie – jeżeli w moim kościele zgromadzą się w niedzielę zmęczeni robotnicy z huty, przepracowane kobiety, które prócz swych domowych obowiązków pracują w szpitalach, barach, na budowach – to czynią to, by zaczerpnąć trochę miłości, czyli trochę szczęścia. I przeciwnie, jeżeli spotyka się wielu wierzących katolików, którzy nie uczęszczają na Mszę niedzielną, to dlatego, że z kościoła wychodzą równie ubodzy, jak przyszli. W ciągu trzynastu lat istnienia parafii Izabelin wprowadziliśmy kolejno różne zmiany i innowacje, a więc: Msza święta recytowana, śpiewana gregoriańska, odczytywanie przez lektora po polsku Pisma świętego i poddawanie treści oracji, ustawienie ołtarza tak, by kapłan odprawiał zwrócony twarzą do wiernych, ujednolicenie postawy ludu, składanie komunikantów do puszki przez tych, którzy przyjmują komunię świętą, przynoszenie w czasie ofiarowania darów nowego zboża, owoców, kwiatów, w końcu odczytywanie względnie śpiewanie przez celebransa lekcji i Ewangelii w języku polskim.

Wierni, jeśli chcą liturgicznie przeżywać Mszę świętą, muszą zrozumieć, że uczestniczą przez chrzest w kapłaństwie Chrystusowym. W momencie przeistoczenia są tylko świadkami tego, co czyni Chrystus przez usta kapłana, a kapłan wymawiając słowa konsekracji przestaje przemawiać imieniem zebranych, czyli Kościoła, a działa powagą i mocą samego tylko Chrystusa.

Gdy już kapłan czynu ofiarnego dokona, a Ciało i Krew Zbawiciela są złożone na ołtarzu, wówczas stają się one własnością wszystkich obecnych, czyli całego Kościoła, bo Ciało zostało za wszystkich ukrzyżowane i Krew za nich przelana. Każdy winien wtedy najpokorniej Boga prosić, by i od niego te dary przyjął na uwielbienie Stwórcy, na podziękowanie za wszystko, na przebłaganie za grzechy i uproszę nie potrzebnych łask. I nikt nigdy nie wie, z czyich rąk będzie ten święty dar Bogu najmilszy, bo to zależy od stopnia miłości, od czystości serca.

Prawda o Mistycznym Ciele znajduje tu swój najpełniejszy wyraz. Widzimy więc, że uczestniczenie wiernych w najświętszej Ofierze w swej najgłębszej istocie nie polega na recytowaniu czy też na śpiewie gregoriańskim, lecz na wewnętrznej świadomej postawie uczestnictwa w kapłaństwie Chrystusa i w Jego akcie ofiarnym, na wewnętrznym czynie. Jako zewnętrzny wyraz uczestnictwa wiernych w Ofierze znajdujemy w liturgii hebrajskie słowo Amen, to Amen, które zamyka Wielką kapłańską modlitwę eucharystyczną, a poprzedza Pater noster. Dziwne słowo, wybrane na to, by zebrało w sobie jak w soczewce wiarę, miłość, ufność, wdzięczność wszystkich uczestników Ofiary. Kto wie, może i Matka Boska szeptała Amen pod krzyżem.
Dopełnieniem Ofiary i całkowitym z nią zjednoczeniem jest komunia święta i jak kropla wody ginie w winie i staje się winem, tak przez komunię świętą ofiara naszego serca ginie i staje się jednym z Ofiarą Chrystusa. Komunia święta jest owocem Mszy świętej. Przez nią stajemy się uczestnikami życia Bożego.

Rodzą się stąd trzy możliwe formy komunii. Kto przyjmuje komunię świętą tylko duchową, dobrze czyni, kto przyjmuje komunię świętą duchową i sakramentalną, lepiej czyni, a kto przyjmuje komunię tylko sakramentalną – popełnia świętokradztwo. Dlatego oczywiście, że właśnie przed Bogiem i Kościołem daje znak największej miłości, a nie ma miłości (jest w grzechu ciężkim). Jakaś analogia z pocałunkiem Judasza, nie wiemy zresztą, czy tego pocałunku nie poprzedziło przyjęcie komunii świętej tylko sakramentalnej.
I w końcu nie należy zapominać, że nasza liturgia jest tylko cieniem chwały, którą Kościół dawać będzie Bogu w niebie.

ks. Aleksander Fedorowicz W kościele dzisiejszym

 

Jestem wiejskim proboszczem i sprawy liturgii są mi bliskie. Te sprawy są bliskie każdemu proboszczowi, chociaż rozmaicie do nich podchodzimy, bo każdy z nas pragnie, by jego parafia brała żywy udział w modlitwie Kościoła.

Andrzej Grzegorczyk nakłonił mnie, żebym krótko opisał, w jaki sposób staram się ożywić liturgię w mojej parafii. Spróbuję to zrobić na przykładzie i opowiem, w jaki sposób odprawiamy Mszę świętą w naszym kościele w niedziele i święta o godzinie dziewiątej.

Siostra parafialna przy pomocy ministrantów lub też innych osób, które wcześnie przyszły do kościoła, ustawia przenośny ołtarz na skraju prezbiterium. Na ołtarzu leżą kanony, stoi niewielki krzyż, cztery świece, jakieś kwiaty. W czasie gdy się ubieram w zakrystii, jeden z parafian odczytuje krótkie wprowadzenie do dzisiejszej Mszy. Nawiązuje w nim do okresu liturgicznego, zwraca uwagę na ważniejsze teksty. Na balustradzie komunijnej stoi puszka i naczynie z komunikantami. Każdy, kto chce w czasie Mszy świętej przystąpić do Komunii, przekłada łyżeczką swoją hostię z naczyńka do puszki. Później, w czasie ofiarowania ministrant zaniesie puszkę z przygotowanym chlebem na ołtarz.

Gdy wychodzę z zakrystii wszyscy wstają. Witają mnie, bo mam przewodniczyć ich zebraniu i modlitwie. Przy ołtarzu staję twarzą do ludzi, otwieram mszał i pozdrawiam obecnych zwykłymi słowami: Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus! Zachęcam do żywego udziału we Mszy świętej, ogłaszam intencję w jakiej się odprawia, wymieniam najważniejsze bolączki i sprawy parafii, o które będziemy się dzisiaj modlić.
Ministranci wieńcem otaczają ołtarz. Trochę się kręcą, zwłaszcza ci najmniejsi, których mam przed sobą po drugiej stronie ołtarza. W razie potrzeby ktoś z parafian podejdzie i skarci niesfornego malca. Za ministrantami widzę starsze kobiety owinięte w swoje szale, dalej młode mężatki i eleganckie dziewczęta, które jeszcze niedawno uczyłem w szkole. Po prawej ręce przysiadła gromada dzieci, jak stado wróbli spokojnych, ale w każdej chwili gotowych do odlotu. Za nimi mężczyźni. Wszystkie oczy są zwrócone na ołtarz i na mnie. Znam ich i oni mnie znają. Wierny wzajemnie o swoich słabościach i wadach, ale się-kochamy i chcemy razem Boga- chwalić. Nigdy się nie czuję tak bardzo z parafią związany jak wtedy, gdy stoję przed nimi, a dzieli nas i łączy tylko ołtarz, czekający na ofiarę Chrystusa. Jakiś dwuletni brzdąc wyrwał się matce i z palcem w buzi wędruje ku ołtarzowi, bo zobaczył swego starszego brata wśród ministrantów. Kilku chłopców w komżach stoi po stronie epistoły, ale już w nawie przy małych ławeczkach bokiem obróconych do ołtarza. – To zaimprowizowana na dzisiejszą niedzielę «schola».
Będą oni śpiewać psalmy na przemian z całym kościołem w czasie introitu, offertorium i Komunii świętej.

Na początku wszyscy się żegnamy. Rozpoczynam półgłosem z najbliższymi ministrantami modlitwy, by się przygotować do Mszy świętej, którą mam odprawiać, a «schola» i lud śpiewają psalm. Kyrie eleison odmawiam na przemian z wiernymi. Wszyscy głośno i z przejęciem wzywamy miłosierdzia Bożego. Gloria ludzie odmawiają po polsku, chórem, lub jeszcze lepiej na dwa chóry. Na Dominus vobiscum odpowiadają mi: Et cum spiritu tuo. Niestety, najczęściej ani ja, ani oni nie pamiętamy o głębokim znaczeniu tego pozdrowienia. Wzywam teraz obecnych do modlitwy: Oremus. Aby zaś wszyscy wiedzieli, o co mają się modlić, któryś z lektorów odczytuje po polsku streszczenie kolekty, lub cały jej tekst, bez zakończenia jednak. Teraz dopiero odmawiam modlitwę głośno i wyraźnie po łacinie, a cały kościół już świadomie odpowiada: Amen, przytwierdzając tym. samym przed Bogiem, moją prośbę. Na lekcję wszyscy siadają. Lektor odczytuje ją po polsku. Domagam się, by czynił to powoli, z zastanowieniem i głośno a równocześnie obiektywnie i bez patosu. Po skończonej lekcji «schola» śpiewa krótki psalm: „Boga naszego chwalcie wszystkie ziemie”, ja zaś przygotowuję się do czytania ewangelii. Przez szacunek dla słów Chrystusa nie pozwalam lektorowi czytać ewangelii równolegle ze sobą, lecz naprzód odczytuję całą głośno po łacinie, a następnie przed kazaniem po polsku. Odstępuję od tej zasady, gdy tekst jest bardzo, długi. Po kazaniu kościół śpiewa: „Wierzę w Boga” i tak kończymy Mszę katechumenów.

Staram się tak ułożyć tok Mszy świętej, by każda część mówiła za siebie i była sama przez się zrozumiała, o ile to oczywiście możliwe. W naszym kościele jest to tym bardziej potrzebne, że nie mamy drugiego kapłana, który by mógł zająć się objaśnianiem obrzędów i modlitw. Uważam także, by się nie gubić w szczegółach, bo wówczas sprawy najważniejsze uchodzą uwagi wiernych.

Po ukończeniu Mszy katechumenów przystępujemy do składania darów. Ja ofiarowuję chleb i wino, które będą potrzebne do przemienienia, a obecni w kościele kładą na tacę pieniądze, każdy według swego uznania. Ludzie wierzący mają wewnętrzną potrzebę składania Bogu ofiar. Dążę do tego, by moi parafianie czynili to w czasie Mszy świętej, jak zawsze bywało w Kościele, a nie gdzieś potajemnie w zakrystii. Oto podnosi się kilkanaście dzieci, podchodzą do balustrady i kładą w przygotowane naczynie po parę ziaren pszenicy. To jest ich ofiara, którą dzisiaj do kościoła przyniosły. Każde ziarenko oznacza dobry uczynek w ostatnim tygodniu spełniony. Siostry różańcowe przynoszą sześć grubych świec ołtarzowych i wino mszalne. Przy jakiejś uroczystości związanej ze ślubami jasnogórskimi mężczyźni przystąpili do ołtarza z bochenkiem chleba, kobiety przyniosły jarzyny i owoce, dziewczęta kwiaty. W święto Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny mieliśmy niemal dożynki w kościele. Gospodarze ofiarowali, snopy zboża przystrojone kwiatami, kobiety i dziewczęta wieńce z kłosów, na podziękowanie za szczęśliwe zbiory. Ministranci zawiesili wieńce i ustawili snopy przy ołtarzu. W czasie ofiarowania śpiewa się psalm, lub jakąś pieśń. Tak więc staramy się ofiarowaniu przywrócić jego dawny sens i znaczenie. Pilnuję tego, by składanie ofiar skończyło się przed prefacją.

Jest coś bolesnego w tym, że nieraz pobrzękiwanie pieniędzy towarzyszy wielkiej modlitwie eucharystycznej, a czasem, się ciągnie aż do Komunii świętej To już nie jest składanie ofiar, ale zwyczajne zbieranie pieniędzy. Msza święta nie jest właściwym czasem i miejscem na to. Mam wrażenie, że w najtrudniejszych warunkach składka da się tak zorganizować, by się kończyła przed prefacją. Oczywiście, że tak zrozumiane ofiarowanie jest połączone z pewnym niepokojem i zamieszaniem w kościele. Pocieszam się tym, że za Grzegorza Wielkiego zamieszanie musiało być jeszcze znacznie większe, gdy trzeba było całymi koszami odnosić ofiarowane chleby do zakrystii. Czym większy był w czasie ofiarowania niepokój, tym bardziej potrzebne i zrozumiałe stają się uroczyste wezwania do modlitwy, poprzedzające prefację i kanon. Sursum corda wzywam wszystkich, aby się uciszyli i podnieśli serca do Boga. Gdy mi zgłoszą swoją gotowość i już wiem, że mają serca zwrócone do Pana, rozpoczynam uroczyście wielką modlitwę eucharystyczną w imieniu wszystkich obecnych i całej parafii. Lud stoi, bo kapłan ma stać przy ołtarzu, a oni wszyscy przez chrzest uczestniczą w kapłaństwie Chrystusowym. Nie są tu obcymi i gośćmi, ale dziećmi i domownikami. Chcę, by się nauczyli modlić stojąco. Postawa klęcząca bardziej sprzyja modlitwie indywidualnej, postawa zaś stojąca modlitwie społecznej. Teraz, gdy się przybliża przemienienie, poczucie łączności i jedności w kościele powinno być szczególnie mocne. Nie domagam się od parafian, którym czytanie nieraz sprawia trudność, by znali treść poszczególnych modlitw kanonu. Pragnę jednak, by sobie zdawali sprawę z tego, iż stojąc tak wszyscy razem stanowią Kościół nierozdzielnie związany z Tym, który za chwilę złoży ofiarę swojego ciała i krwi. Chcę, by wiedzieli, że teraz gdy Chrystus nadchodzi, przemawiam do Boga w swoim i ich imieniu.

Podczas kanonu nie pozwalam śpiewać pieśni. W ciszy stojący lud najłatwiej zrozumie swoje wielkie miejsce we Mszy świętej. Cisza ta nie dłuży się zbytnio, bo w czasie Memento któryś z parafian wymienia głośno, za kogo mamy się dzisiaj modlić: „Módlmy się za Kościół święty i papieża naszego Jana, za biskupa naszego Stefana, za Polskę i tych, którzy nią rządzą, by się kierowali sprawiedliwością i miłością, za naszą parafię i księdza proboszcza. Módlmy się za Franciszka i Katarzynę, którzy, są w szpitalu, za Edwarda, który spadł z rusztowania i złamał rękę, Jana, który jest w więzieniu, za chłopców z parafii odbywających służbę wojskową i za wszystkich tutaj obecnych”.

Na przemienienie wszyscy klękają. Przestaję przemawiać ich imieniem, kościół milknie. Usta oddaję Chrystusowi, aby dokonać ofiary Ciała i Krwi. Parafia jest niemym świadkiem swojego odkupienia.
Zaraz po przemienieniu wszyscy wstają. Wielokrotnie im powtarzam i uczę, że teraz, gdy Baranek Boży już jest na ołtarzu, każdy chrześcijanin ma do Niego prawo i może Go od siebie Bogu ofiarować. Tego zaś ofiara będzie najmilsza, kto ma serce najczystsze i miłość największą. W czasie Memento za zmarłych, któryś z mężczyzn w kościele wymienia ostatnio zmarłych parafian, aby się wszyscy za nich modlili. Ostatnie słowa kanonu wymawiam głośno i dobitnie, by lud odpowiedział: Amen, dając tym świadectwo, że sprawa, której na ołtarzu dokonałem, jest także jego sprawą. Już w II wieku św. Justyn męczennik wspomina, że po odmówieniu modlitwy eucharystycznej wszyscy wierni z radością wołają: Amen. Któryś z Ojców Kościoła pisze, że się ono jak grzmot po kościele rozlega. Jestem zdania, że ten ksiądz nauczył ludzi «liturgicznie» uczestniczyć we Mszy św., w którego kościele owo Amen rozbrzmiewa z ochotą i zrozumieniem. Jeśli tego braknie, to ani śpiewy gregoriańskie, ani recytacja, ani ołtarz ku ludziom’ zwrócony, ani mszały nie sprawią, by liturgia była żywa. Najcenniejsza lampa pozostanie ciemna, póki się w nią światła nie włoży. Najpiękniejsze ciało pozostanie martwe, póki się w nie życia nie wieje.

Od chwili przemienienia wiele się w kościele zmieniło. Wprawdzie wciąż ci sami parafianie – stoją przede mną, a chłopcy ciągle trochę się kręcą, ale między nami na ołtarzu jest teraz Jezus. Jeszcze raz przeżyliśmy nasze odkupienie, a On jest z nami, tak jak był wtedy z Apostołami w Wieczerniku. Przez Niego pouczeni, odmawiamy razem „Ojcze nasz”, po łacinie, żeby się dobrze do Komunii świętej przygotować. Po Pater noster lud śpiewa „ Baranku Boży” na melodię którejś litanii. Komunię świętą rozdaję przy śpiewie Magnificat czy jakiejś pieśni eucharystycznej. Chrystusa na ołtarzu już nie ma, ale jest w nas. Jeżeli z kościoła wyjdziemy do ludzi z otwartym sercem i otwartymi rękoma, to będzie znak, że nie na próżno Chrystus za nas umarł na krzyżu, a Jego ofiara zrodziła w nas dobry owoc. Ostatecznym bowiem celem Eucharystii jest miłość w sercu człowieka. Osiągnięcie tego celu decyduje o tym, czy liturgia była żywa, czyśmy we Mszy świętej liturgicznie uczestniczyli. Na zakończenie muszę ze smutkiem powiedzieć, że uczestnictwo mojej parafii we Mszy świętej jeszcze nie jest żywe. Sądzę jednak, że rozumiem, jakie być powinno.

W uzupełnieniu jeszcze kilka uwag i wyjaśnień. Na odprawianie twarzą do wiernych mam zezwolenie Ordynariusza. W poddawaniu treści kolekty i modlitwy po komunii przez lektora w języku narodowym, w urządzaniu ofiarowania i niektórych innych sprawach idę za wskazówkami Kardynała Lercaro. Ważniejszym od sprawy języka jest rozbudzenie świadomości liturgicznej w Kościele.

ks. Aleksander Fedorowicz Rozważania i Myśli

 

Siostra parafialna przy pomocy ministrantów lub też innych osób, które wcześnie przyszły do kościoła, ustawia przenośny ołtarz na skraju prezbiterium. Na ołtarzu leżą kanony, stoi niewielki krzyż, cztery świece, jakieś kwiaty. W czasie gdy się ubieram w zakrystii, jeden z parafian odczytuje krótkie wprowadzenie do dzisiejszej Mszy. Nawiązuje w nim do okresu liturgicznego, zwraca uwagę na ważniejsze teksty. Na balustradzie komunijnej stoi puszka i naczynie z komunikantami. Każdy, kto chce w czasie Mszy świętej przystąpić do Komunii, przekłada łyżeczką swoją hostię z naczynka do puszki. Później, w czasie ofiarowania ministrant zaniesie puszkę z przygotowanym chlebem na ołtarz.
„Msza święta, liturgia” w „Rozważania i Myśli” – ks. Aleksander Fedorowicz

Wspomnienia parafian z Mszy świętej

Nie brak pewnie osób pamiętających np. jego konferencję o Najświętszym Sakramencie, o której mi opowiadano. Usiadł przy ołtarzu i miał tak powiedzieć. – Chciałem Siostrom wytłumaczyć, co to jest Najświętszy Sakrament. Tu przerwał, zamyślił się, jakby przypominał sobie opracowany plan konferencji, a po długiej chwili miał ponoć tak się wyrazić. – Co tu tłumaczyć? Przecież to takie proste. I wyszedł z kaplicy.
Samo patrzenie na Księdza Aleksandra przy Ołtarzu już było modlitwą. To się nie da słowami wyrazić. Gdy mówił tyle było pokory, miłości i uwielbienia w samym wyrazie twarzy, że się wprost czuło wyraźną obecność Boga. Zwykle zaczynał mówić – nie pewnie, nieśmiało – korzył się sam przed Majestatem Boga, a potem ogarniała go coraz większa fala miłości i tę miłość chciał przelać w serca wszystkich. Z jasnym jakże dobrym, uroczym, chłopięcym uśmiechem chciał wszystkim pokazać Boga i prosił, prosił o miłość – prosił o zawierzenie Jedynej Miłości o Zawierzenie Bogu.
s. Olga Kańska

 

No i przede wszystkim Msze Święte. Przez sposób, w jaki je odprawiał, zmuszał do osobistego zaangażowania, zmuszał swym przejęciem. To były na pewno najważniejsze dla Niego chwile w życiu. Będąc na Jego Mszy było się pewnym, że On bierze na serio to, co się dzieje, uczestniczy w Ofierze Chrystusa.
Teresa Strzembosz

 

Potem widziałem jeszcze raz w kościele świętego Krzyża w czasie jakichś uroczystości odprawiał Mszę świętą. On właściwie nie odprawiał, on odtwarzał. Źle wyraziłem się ale jakoś nie mogę inaczej. On nie był obok On tkwił w samym wnętrzu w samej treści tej Ofiary.
ks. Bronisław Piasecki

 

Charakterystyczne było dla Księdza Aleksandra to, że gdy odprawiał Mszę świętą i miał zacząć kazanie, przez chwilę spoglądał na wiernych w Kościele z serdecznym uśmiechem – dopiero potem zaczynał mówić. Każdy z obecnych był w zasięgu tego spojrzenia i uśmiechu. Tak było chyba zawsze.
Zofia Wyrzykowska

 

Pamiętam jak bywałam nieraz na Mszy świętej w Izabelinie, gdy Ksiądz Proboszcz sam bezpośrednio nie odprawiał Mszy świętej i gdy nie było ludzi do spowiedzi, stawał wśród wiernych razem w ławkach, to było takie wzruszające, to był naprawdę Ojciec, tak dobrze rozumiał tę wspólnotę, jedność.
s. Beata Kiełczewska

 

Bardzo lubiłam chodzić na Jego Mszę Świętą. Ksiądz Aleksander odprawiał w takim ogromnym skupieniu, że patrząc na Jego twarz można się było modlić bez trudności, bardzo to był uderzający moment w czasie podniesienia. Ksiądz Aleksander podnosił Chrystusa w jakimś zachwycie, był tak bardzo skupiony, że dreszcze jakieś przechodziły po moim ciele, jak patrzyłam na tego człowieka, prosiłam Boga żeby choć cząstkę mnie dał tej łaski, jaką On posiada.
Helena Czarniecka

 

Wnet zaszedłem Go pożegnać, był bardzo zmęczony. Chyba to ostatnie, co mi powiedział:
„Wiesz, ja już teraz mogę być spokojny. Skoro już nie tylko w Konstytucji o Liturgii, gdzie przejaskrawienie mogłoby być zrozumiałe, ale nawet Konstytucji o Kościele powiedziano, że dla Kościoła, w jego życiu najważniejsza jest Msza święta – to ja już mogę być spokojny. Mnie właśnie o to najbardziej chodziło, żeby tak to zostało zrozumiane i powiedziane.
ks. Wojciech Danielski